Samotność zabija.
 
Osoby samotne częściej chorują na depresję – wynika z najnowszych badań. I to nie jedyny zły skutek izolowania się od innych ludzi.
Czy mieszkanie w pojedynkę nam służy? Nie – odpowiadają krótko naukowcy z University of Michigan pod kierownictwem dr. Alana Teo, którzy przyjrzeli się zdrowiu psychicznemu ponad 11 tysięcy osób mieszkających samotnie. Ludzie rzadko odwiedzani przez rodzinę i znajomych prawie dwa razy częściej zapadali na depresję niż ci, którzy mieli częste kontakty z bliskimi. Ludzie rzadko odwiedzani przez rodzinę i znajomych prawie dwa razy częściej zapadali na depresję niż ci, którzy mieli częste kontakty z bliskimi.
Brak towarzystwa może szybko zrujnować nie tylko psychikę. Jest coraz więcej dowodów na to, że kontakty z drugim człowiekiem mają ogromny wpływ także na zdrowie fizyczne, i to w każdym wieku. Mogą być więc one kluczowym czynnikiem zapobiegającym poważnym chorobom, takim jak zawały serca czy nowotwory.
Ludzi mieszkających w pojedynkę jest coraz więcej. 
 
W USA samotni są po 50 - tce, a większość miała skończone 70 lat. O ile osobom do 70 - tki łatwo jest zaspokoić potrzebę bliskości poprzez spotkania z przyjaciółmi, to po 70 - tce ryzyko depresji w istotny sposób obniżają wyłącznie wizyty rodziny. Dla zdrowia istotny jest tylko kontakt twarzą w twarz. Z badań jasno wynika, że żadne maile, telefony, czy listy nie są w stanie, choćby w najmniejszym stopniu zastąpić prawdziwego spotkania. Nawet codzienne rozmowy telefoniczne nie obniżą ryzyka depresji u tych osób.
 
Nie fizyczna samotność, ale właśnie uczucie osamotnienia najbardziej destrukcyjnie wpływa na psychikę. Nie tylko u staruszków, ale u każdego, również u młodzieży.
BBC zrobiła badania przed Świętami Bożego Narodzenia w zeszłym roku. Tylko jeden na dziesięciu Brytyjczyków planował wówczas spędzić Święta w pojedynkę, ale już uczucie samotności zgłaszało 30% staruszków i dokładnie tyle samo ludzi młodych w wieku 18-24 lata. A u ludzi młodych brak towarzystwa prowadzi nie tylko do klinicznej depresji, ale także do innych zachowań autodestrukcyjnych.
 
To dotkliwe uczucie opuszczenia może pchnąć dzieci nawet do samobójstwa. Gdy w trakcie badań zapytano 11 tys młodych Szwedów “jak najczęściej spędzasz wolny czas?” dzieci do 12 lat odpowiedziały “sam w swoim pokoju”. W wieku 24 - 25 lat to właśnie one statystycznie częściej popełniały samobójstwa niż pozostali badani z grupy.
 
Serce choruje z samotności.
 
Depresja z osamotnienia nie jest czymś szczególnie zaskakującym, ale stan ten może zrujnować także zdrowie fizyczne. Najszybciej samotność uderza w serce. I to dosłownie. Prowadzi do dużego nadciśnienia. Im człowiek starszy, tym negatywny efekt jest bardziej nasilony.
 
Również rak częściej dopada żyjących w pojedynkę. Nowotwory, które rozwijają się u samotnych, są bardziej agresywne niż te, na które zapadają ludzie żyjący w grupie.
 
Osoby samotne mają podwyższony poziom epinefryny. Jest to hormon ostrej reakcji stresowej zwanej “uciekaj albo walcz”, wydzielany przez organizm w trakcie zagrożenia życia. Tak więc na poziomie biologii samotność jest podobnie destrukcyjna jak trwające uczucie lęku o życie, powodujące nieustanny wyrzut hormonu stresu. A z kolei hormony uderzają przede wszystkim w układ odpornościowy, który u osób samotnych nie pracuje prawidłowo. Monitorowano u ponad 300 kobiet z grupy kontrolnej poziom interleukiny-6 we krwi, produkowanej przez układ odpornościowy i wywołującej stany zapalne w organizmie. Wynik wykazał, że u wszystkich żyjących w pojedynkę stężenie tej substancji było dużo wyższe niż u osób żyjących w związkach. A właśnie to bezpośrednio przekłada się na powstanie stanów zapalnych, które prowadzą do chorób układu krążenia i leżą u podłoża procesu nowotworowego.
 
Inna grupa uczonych poszła w badaniach dalej. Wykazali oni, że uczucie społecznej izolacji wpływa bezpośrednio na pracę genów odpowiedzialnych za odpowiedź immunologiczną organizmu na zagrożenie. Zaburzona praca genów układu odpornościowego prowadzi do nasilenia stanów zapalnych w organizmie i rozstrojenia odporności.
Naukowcy przyjrzeli się genom i odkryli, że u samotników pracuje inaczej aż 209 genów, np gorzej działa gen odpowiedzialny za produkcję leukocytów, białych krwinek chroniących organizm przed wirusami i bakteriami.
Tak więc, korzystając z okazji do świątecznych życzeń, nieważne, czy jesteście młodzi, czy starzy, ważne żebyście unikali samotności. Być może pora wyjść z przyjaciółmi na piwo i wpaść na zupę do mamy. I obyśmy na wszystkie choroby mieli tak prostą receptę !
 
    MÓZG NA PEŁNYCH OBROTACH
 
 
W filmie "Jestem Bogiem" postać niespełnionego pisarza grana przez Bradleya Coopera wchodzi w posiadanie tajemniczego specyfiku, który po zażyciu "odblokowuje 100% potencjału mózgu". Niestety, jest mały szkopuł – groźne dla życia efekty uboczne. Podobną wizję przedstawiającą spektakularne następstwa zdjęcia barier, które rzekomo hamują nasz umysł przed wykorzystaniem pełnych możliwości, oglądaliśmy w "Lucy" ze Scarlett Johansson. Nie jest przypadkiem, że temat ten przewija się przez popkulturę właśnie teraz, kiedy po eksperymentach nad specyfikami stymulującymi ciało, przyszła epoka na doping mózgu. Właśnie takim terminem zwykło się nazywać potocznie grupę neurostymulantów, czyli leków uaktywniających poprzez zmianę gospodarki hormonalnej określone partie mózgu. Przy ich pomocy od II poł. XX wieku walczy się m.in. z narkolepsją, ADHD czydepresją. Wszystkie stosowane do tej pory środki przeznaczone były jednak dla wąskiej grupy osób zmagających się z poważnymi chorobami natury psychicznej, często wiązały się również z nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi. Wszystkie poza jednym – Modafinilem, w Stanach Zjednoczonych znanym jako Provigil. Część badaczy, a przed nimi tysiące studentów, prawników, maklerów giełdowych, pilotów czy gwiazd Silicon Valley twierdzi, że odkryliśmy neurostymulant idealny. Czy na pewno?
 
Grupa naukowców z Oxfordu i Harvardu w niedawno opublikowanym artykule w periodyku European Neuropsychopharmacology zdaje się potwierdzać wspomnianą hipotezę. Modafinil, stosowany do tej pory u osób z zaburzeniami snu, faktycznie poprawia zdolności kognitywne u zdrowych ludzi. W przeanalizowanych 24 badaniach na różnych grupach osób, które zażyły farmaceutyk, prawidłowością okazało się poprawienie zdolności decyzyjnych, planowania, przetwarzania informacji i przede wszystkim – skupienia na wykonywanym zadaniu. Niemniej jednak neurostymulant w żaden wyraźny sposób nie zwiększał kreatywności żadnego z uczestników licznych eksperymentów. Jednym zdaniem, im dłużej trwały testy, tym bardziej Modafinil pozwalał się skupić na nieprzerwanej pracy nad konkretnym, złożonym problemem. Niestety, rzeczywistość nie jest równie łatwa do kontrolowania jak warunki laboratoryjne, a żaden z analizowanych przypadków nie zakładał zażycia większych dawek, bądź nie uwzględniał regularnego stosowania Modafinilu w dłuższym odcinku czasu i jego wpływ na socjalizację i relacje międzyludzkie stosującej go osoby. Na te wątpliwości po części odpowiada samo życie, ponieważ wszelkie pochodne Modafinilu/Provigilu stanowią łatwo dostępny środek na licznych stronach internetowych, oferujących ich bezproblemowy zakup. W związku z czym konsekwencje długotrwałej ekspozycji na neufostymulant opisują sami zainteresowani, wskazujący z jednej strony na jego zalety, ale z drugiej widzący wady np. w relacjach z innymi ludźmi, którym podwyższony stan skupienia po prostu nie sprzyja. Wielu blogerów opisało skutki działania leku na swoich stronach internetowych - mogą to robić bez obaw, ponieważ o ile nielegalny handel lekiem jest karany, samo jego zażywanie nie podlega penalizacji zarówno w Europie jak i Ameryce Północnej. Coraz więcej osób prosi również o przepisanie farmaceutyków, skarżąc się na charakterystyczne dla ADHD objawi. Dlatego też pomiędzy 2008 a 2013 rokiem ilość recept wystawionych na Modafinil czy podobny w działaniu Adderall wzrosła prawie dwukrotnie.

Pomimo powszechnego stosowania, naukowcy nadal nie są pewni, w jaki sposób środek wpływa na funkcjonowanie naszego mózgu. Czas jego skuteczności wykosi około 15 godzin. Przez ten czas przy średniej dawce 100-200 miligramów obserwuje się znaczne zwiększenie produkcji noradrenaliny oraz dopaminy – dwóch niezwykle silnych neuroprzekaźników. Szczególnie dopamina wpływa na zmniejszenie objawów senności i w widoczny sposób podnosi zdolności skupienia oraz mobilizacji organizmu do długotrwałego wysiłku intelektualnego. Strukturalnie Modafinil nie przypomina żadnego z narkotyków stymulujących układ nerwowy, takich jak kokaina czy amfetamina, choć niektóre badania sugerują podobny jak narkotyki proces pobudzania układu dopaminowego, mogącego odpowiadać za uzależnienia. Dużym problemem okazuje się również przedawkowywanie neurostymulantu, gdzie w samej Wielkiej Brytanii wśród studentów w latach 2005-2011 zaobserwowano trzykrotne zwiększenie liczby pacjentów, uskarżających się na negatywne konsekwencje zażywania podobnych związków. Wśród dolegliwości najczęściej pojawiają się zaburzenia rytmu snu, przewlekłe migreny, zaburzenia ciśnienia tętniczego, a nawet stany psychotyczne. Nie zmienia to jednak faktu, że w obecnej chwili brakuje udokumentowanych przypadków, wskazujących na Modafinil jako przyczynę śmierci choć jednej zażywającej go osoby. A te na całym świecie można liczyć już w milionach.
 
Wykorzystanie pozalecznicze zaczęło się bowiem od wojska, które wykazało zainteresowanie Modafinilem jako bezpiecznym zamiennikiem amfetaminy. Do tej pory stosowano ją w skrajnych sytuacjach deprywacji sennej, w której kluczowym czynnikiem dla powodzenia operacji była długa aktywność żołnierzy oraz utrzymywanie ich uwagi. Właśnie w taki sposób wielu pilotów podczas II wojny światowej wykonywało długie, nocne naloty bombowe. Francuska Legia Cudzoziemska potwierdziła nawet, że Modafinil wykorzystywany jest w jej szeregach podczas tajnych operacji, które wymagają od uczestników żmudnego przygotowania i długiego oczekiwania na rozkaz. Nie jest tajemnicą, że również rząd Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii oraz Indii eksperymentuje ze zwiększeniem efektywności swoich pilotów, właśnie przy użyciu podobnych neurostymulantów. Modafinil stosowany jest również przez astronautów na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej oraz najprawdopodobniej przez Baracka Obamę – który zażywa lek w celu uporania się z rozregulowanym trybem dnia i nocy po licznych podróżach zagranicznych. Nawet pomimo stosunkowo niegroźnych efektów ubocznych, do których zalicza się przede wszystkim odwodnienie (zażywając Modafinil często oddaje się mocz, przy jednoczesnym braku pragnienia i łaknienia), bóle głowy czy rozregulowanie zegara biologicznego, neurostymulanty prowokują wiele pytań natury etycznej. Do rzadkości na prestiżowych zagranicznych uczelniach nie należą umieszczane przez studentów w bibliotekach reklamy leku, który ma zagwarantować „zdaną sesję i przewagę nad konkurencją”. Czy przeciąganie aktywności podczas dnia do 20 godzin i sztuczne zwiększanie zdolności do koncentracji to jeszcze oszukiwanie, czy już naturalna konsekwencja rozwoju medycyny? W jaki sposób traktować sportowców, którzy zażywają podobne medykamenty nie będące na liście środków dopingujących. Czy profesjonalny szachista, będący w trakcie turnieju pod wpływem Modafinilu, powinien zostać zdyskwalifikowany? Na te i podobne pytania musimy zacząć szukać odpowiedzi już dzisiaj, ponieważ użycie neurostymulantów w świecie nieustannej konkurencji, w którym dzisiaj żyjemy, z czasem będzie jedynie rosło.

Doskonale "zamiast" modafinilu sprawdza się połączenie Zybanu i Welafaxu. Działanie zostało potwierdzone poprzez porównanie w okresie dawkowania przez pół roku raz Modafinilu, a przez kolejne pół Zybanu łącznie z Welafaxem.
 Nerwica.
 
 
Zaburzenia psychiczne to coraz częstsze dolegliwości obecnych czasów. Jedną z nich jest nerwica, inaczej zwana zaburzeniem nerwicowym lub neurozą. Nerwice zaliczają się do grupy zaburzeń psychicznych o bardzo rozmaitych symptomach, zarówno w sferze fizycznej (dysfunkcja narządów), psychicznej i emocjonalnej. Symptomy występują w tym samym czasie i są ze sobą powiązane. Klasyfikacja ICD-10 zastąpiła termin „zaburzenia nerwicowe” nazwą „zaburzenia lękowe”. W dawnych czasach nerwicę nazywano podrażnieniem mlecza, nerwospazmami, newrozą zmienną, ogólną nadczułością czy newrozyzmem.
 
Od różnego rodzaju psychoz nerwicę odróżnia fakt, że osoba chora ma świadomość absurdalności swoich zachowań (fobii, natręctw) oraz brak podstaw objawów ze strony ciała, jednakże nie jest w stanie powstrzymać się od wykonywania ich. Chory jest krytyczny wobec swoich objawów, często zaniepokojony nimi dobrowolnie zgłasza się do lekarza.
 
Charakterystyczną cechą nerwicy jest dodatnie sprzężenie zwrotne objawów, które przejawia się np. tym, że lęk powoduje dodatkowe objawy wegetatywne, a one z kolei nasilają działanie lęku. Lęk jest w tym momencie punktem wywołującym dodatkowe zaburzenia wegetatywne jak np. bóle, zaburzenia snu, łaknienia czy seksualne.
 
Objawy nerwicy mogą występować w różnym nasileniu. Dzielimy je na somatyczne, zaburzenia funkcji poznawczych i zaburzenia emocji. W ramach tych kategorii występują:
 
- objawy somatyczne – brak czucia w pewnym obszarach skóry, zaburzenia wzroku, słuchu, utrudnione oddychanie, uczucie duszności i ciasnoty w klatce piersiowej, ból i zawroty głowy, ból żołądka, kręgosłupa, uderzenia gorąca, ból i/lub kołatanie serca, zaburzenia seksualne
 
- zaburzenia funkcji poznawczych – natręctwa myślowe lub ruchowe, zaburzenia pamięci, problemy ze skoncentrowaniem się, zmiany w odbiorze rzeczywistości odczuwalne dla chorego
 
- zaburzenia emocji – niepokój, fobie, ciągły lęk lub jego napady, apatia, anhedonia (nieumiejętność odczuwania przyjemności), poirytowanie, labilność emocjonalna, zaburzenia snu, przygnębienie
Istnieje podział nerwic na:
 
nerwicę neurasteniczną – charakteryzuje się uczuciem ciągłego zmęczenia, nie mającego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Może występować na podłożu organicznym (dochodzą do tego problemy ze zdrowiem, np. ból głowy) lub bez podłoża somatycznego
 
- nerwicę hipochondryczną – chory jest przekonany, że cierpi na rozmaite dolegliwości, interpretuje wszystkie fakty na korzyść tych złudzeń, skupia całą swoją uwagę na udowodnieniu samemu sobie i otoczeniu, że to nie są jego wymysły

- nerwicę histeryczną – chory przenosi swój lęk na sferę somatyczną (cielesną), objawy są ekspansywne, intensywne, chory zachowuje się teatralnie

- nerwicę depresyjną – charakteryzuje się smutkiem, apatią i ogólnym zahamowaniem psychoruchowym

- nerwicę lękową – inaczej nazywaną fobią

- nerwicę anankastyczną – chory roi sobie szereg wyobrażeń, stara się dopełnić rytuałów, które mają na celu zminimalizowanie lęku. W tym typie występuje również zespół natręctw i kompulsyjnych zachowań

Przyczynami zaburzeń nerwicowych są przede wszystkim konflikty wewnętrzne, które trawią chorego. Ciężko jest mu pogodzić własne pragnienia, dążenia z możliwościami czy obowiązkami albo normami społecznymi. Nerwica pojawia się w momencie, kiedy człowiek tkwi w sytuacji, którą często świadomie akceptuje, ale podświadomie kłóci się ona z jego pragnieniami i stoi w sprzeczności z prawdziwymi potrzebami. Najbardziej narażone na dotknięcie przez nerwicę są wrażliwe i nieodporne na stresy jednostki, które znalazły się w stresowej sytuacji. Inna przyczyna może leżeć w dzieciństwie, kiedy dziecko nie otrzymywało wystarczającej ilości miłości i opieki od rodziców lub stało się ofiarą jakiejś traumy (wypadek, molestowanie, głęboki szok).
 
Skutkami nerwicy może być obniżenie poczucia własnej wartości, a to w prostej linii może prowadzić do nadmiernym pracoholizmem lub dążeniem do osiągania odznaczeń społecznych, naukowych itp. W ten sposób chory stara się zrekompensować samemu sobie poczucie, że jest mało warty. Chory może również mieć problem z odczuwaniem zwykłej radości życia. Przestaje uczestniczyć w życiu społecznym, pogrąża się w nałogach, obniża się jego aktywność fizyczna, spada wydajność w pracy. Cierpiący może chcieć odizolować się od społeczeństwa, zamknąć w domu. Brak udzielonej pomocy i wsparcia może popchnąć go nawet do samobójstwa.
 
Leczenie nerwicy powinno przebiegać dwutorowo – poprzez psychoterapię i farmakoterapię. Na terapii psycholog pomaga pacjentowi zmienić zachowanie, zrozumieć jego przyczyny oraz przerwać błędne koło objawów i pozbyć się lęku. Chory poznaje swoje podświadome pragnienia i uczy się akceptacji samego siebie. Podczas farmakoterapii leczy się przede wszystkim doraźne objawy. Najczęściej stosuje się leki anksjolityczne oraz antydepresyjne.
 Borderline.
 
 
Zaburzenia psychiczne dotykają coraz większy odsetek społeczeństwa. Nerwice, depresje, schizofrenia, anoreksje, bulimie… Równie popularne jak chodzenie do kina stały się wizyty u psychologa. Bycie „psychicznym” przestaje być potępiane, chory często jest postrzegany jako „wyjątkowy”, mimo, że sam może tego się wstydzić i ukrywać. Medycyna jest w stanie rozpoznać i wyleczyć coraz więcej zaburzeń. Niestety, nadal nie wszystkie.
 
Jednym z takich zaburzeń jest osobowość chwiejna emocjonalnie typu borderline (ang. BDP – Borderline Personality Disorder), zaburzenie osobowości na pograniczu psychozy i nerwicy. Chorobę tę charakteryzują silne wahania nastroju, ciągłe poczucie pustki, braku sensu w życiu wymieszane z nagłymi napadami intensywnego gniewu, chroniczne odczuwanie lęku, niestabilny obraz własnej osoby, strach przed odrzuceniem popychający do działań mających przed tym uchronić z jednoczesnym wikłaniem się w intensywne, silnie emocjonalne związki, działania autoagresywne. Na borderline choruje od 1-2% ludzkości (z czego 75% dotyczy płci żeńskiej).

Borderline może wykształtować się jako odpowiedź na negatywne doświadczenia przeżyte w dzieciństwie, takie jak:
 
maltretowanie i molestowanie dziecka – zarówno słowne, jak i emocjonalne, fizyczne czy seksualne
zaniedbywanie dziecka przez rodziców – brak oparcia w opiekunach
długotrwałą rozłąkę dziecka z rodzicami
traumatyczne przeżycia z dzieciństwa
niekorzystne czynniki środowiskowe występujące w dzieciństwie
negatywne i krytyczne nastawienie opiekunów do dziecka i jego działań
 
Cierpiący na borderline mogą:
 
- wykazywać zaburzenia tożsamości – chorzy mają problemy z samoidentyfikacją – zawodową, seksualną lub interpersonalną. Kryzys może przejawiać się poprzez zaburzony obraz własnej osoby – sprzeczne spojrzenie na samego siebie, zawyżoną lub zaniżoną samoocenę czy przypisywanie sobie cech obcych ludzi.

- stosować mechanizmy obronne – najczęściej dosyć prymitywne, w związku z czym są niezdolni do przeżywania sprzecznych emocji, nie widzą również sprzeczności w samych sobie lub skutecznie je ignorują. Występowanie tych systemów nie pozwala choremu na zintegrowanie własnego „ja”.
wykazywać przekonania i sądy o urojeniowym lub paranoidalnym charakterze. Często mają problemy z poczuciem rzeczywistości – niekiedy ich objawy są mylone z objawami schizofrenii lub manii.
impulsywnie reagować na różne czynniki. Duży procent chorych ma problemy z narkotykami, alkoholem, lekami czy innymi substancjami psychoaktywnymi, doświadcza zaburzeń w odżywianiu, napadów samookaleczeń lub prób samobójczych. W przypadku niektórych pacjentów występuje odwrotna reakcja nadmiernego kontrolowania się.

- nie radzić sobie z własnym lękiem. Sytuacje, w których są poddani działaniu czynników stresogennych sprawiają, że czują się przytłoczeni i nie umieją się zorganizować. Często występują u nich ataki paniki lub zachowań impulsywnych.

- nie radzić sobie z silnymi uczuciami. Mogą one być bardzo chwiejne, od wściekłości po radość w ciągu 3 sekund, znacznie eskalowane. Chorzy miewają częste napady złości czy burze emocji. W związku z tym często angażują się w związki, które są bardzo burzliwe.

- stale odczuwać złość, jako dominujące w ich życiu uczucie. Czasem obok złości pojawia się również odczucie pustki, osamotnienia oraz poczucie depresji.

- panicznie bać się porzucenia, co może objawiać się poprzez dążenie do bycia w ciągłej relacji z innymi ludźmi, przy czym jednocześnie mogą unikać pozytywnych doświadczeń i przyjaznych im osób
 
– starają się trzymać wszystkich na dystans, ani zbyt blisko, ani zbyt daleko.

- mieć zaburzone poczucie własnej wartości, zależne od aprobaty i szacunku okazywanego im przez otoczenie.

- cierpieć na przerost superego, co przejawia się w impulsywnym uciekaniu do działań prowadzących do uczucia nienawiści do samego siebie – lub wręcz odwrotnie, trzymanie się ścisłych i surowych norm moralnych, które jednak czasem łamią.

Osoby cierpiące na borderline bezsprzecznie przeżywają burzę, nie tylko pozytywnych, emocji. W leczeniu tego zaburzenia stosuje się leki antypsychotyczne oraz antydepresyjne i poddaje pacjenta długotrwałej terapii psychologicznej.
 Nerwica natręctw.
 
 
Czy jesteś przesądny? Czy na myśl o chorobie lub śmierci dostajesz zimnych potów? Czy przed wyjściem z domu obsesyjnie sprawdzasz kurek od kranu lub żelazko? Czy obsesja oraz natrętne myśli nie pozwalają Tobie normalnie funkcjonować? Jeśli tak, to prawdopodobnie cierpisz na nerwicę natręctw. Na czym dokładnie polega ta choroba i jak się ją leczy?
 
Nerwicę natręctw psycholodzy opisują jako chorobę cechującą się natrętnymi, często obsesyjnymi myślami oraz czynnościami, którym towarzyszą strach, lęk i obawa. Myśli te pojawiają się w najmniej oczekiwanym momencie, są uporczywe i natrętne. Cierpiący na to schorzenie boryka się z poczuciem winy, ciągłą analizą swojego zachowania, wykonywanych czynności i w każdej dolegliwości widzi symptom śmiertelnej choroby. Nerwica natręctw może mieć także tło religijne graniczące niejednokrotnie z fanatyzmem - chory w każdym swoim zachowaniu szuka grzechu, ma potrzebę ciągłej modlitwy i medytacji, czuje się gorszy i odczuwa poczucie winy. Wielu cierpiących na to schorzenie przyznaje się, że miewa myśli samobójcze i destrukcyjne. Charakterystyczne dla nerwicy natręctw jest obsesyjna dbałość o higienę i czystość, ciągła kontrola oraz sprawdzanie, np. zamkniętego samochodu czy zakręconego gazu. Nagminne porządkowanie otoczenia oraz liczenie, np. mijanych schodów, płyt chodnikowych czy znaków drogowych, również wskazuje na występowanie nerwicy natręctw.
 
Nerwica natręctw poddawana jest różnym metodom leczenia. Początkowo podaje się pacjentom leki przeciwdepresyjne, których nadmiar może wywołać długotrwałe skutki uboczne. Coraz częściej jednak odchodzi się od tej metody leczenia, podając pacjentowi leki z zawartością fluwoksaminy i paroksetyny. W niektórych przypadkach stosuje się również terapię psychologiczną, pozwalającą ustalić przyczynę i źródło zaburzeń oraz cofnąć objawy nerwicy natręctw. Jeśli wcześniej wspomniane metody nie przynoszą wymiernych rezultatów, niezbędne jest przeprowadzenie operacji, która ma na celu przerwanie szlaków nerwowych, odpowiadających za wywoływanie nerwicy natręctw.
 
 Hipohondria.
 
 
Hipochondria jest przekonaniem, pewnością istnienia choroby, schorzenia bądź dolegliwości, które tak naprawdę nie ma żadnego potwierdzenia w rzeczywistości i w diagnozie będącej wynikiem przeprowadzonych badań, wywiadu lekarskiego czy obserwacji. Czy chęć bycia koniecznie zauważonym wskazuje na hipochondrię? Czy choroba ta, będąca wynikiem zaburzeń psychicznych, poddawana jest leczeniu? Jeśli tak, to jakie metody są w tym celu obecnie wykorzystywane?
Hipochondrycy stale skarżą się na ból oraz skupiają dużą uwagę na swojej fizyczności. Nierzadko, jako główną przyczynę swojego cierpienia, wskazują groźne choroby i dolegliwości. Zwykle oskarżają także służbę medyczną o niekompetencję i bierność w udzieleniu pomocy, postawieniu diagnozy i podjęciu leczenia. Upierają się przy swojej tezie, pomimo że przeprowadzone badania nie wykazują żadnych niepokojących zmian.
 
Psycholodzy zauważyli związek pomiędzy hipochondrią, depresją a zaburzeniami psychicznymi oraz stanami lękowymi. Główną przyczyną zaburzeń hipochondrycznych jest egocentryzm i narcyzm chorego, który odczuwa potrzebę bycia w centrum uwagi, stałego zainteresowania i wzbudzenia w otoczeniu współczucia i empatii. Badania dowiodły, iż osoby będące hipochondrykami miały trudne dzieciństwo, były molestowane seksualnie lub przez całe swoje młodzieńcze życie były ofiarami przemocy. Hipochondrycy próbują winą za swoje niepowodzenia i porażki życiowe obarczyć rzekomo występującą u nich chorobę. Niestety, zdiagnozowanie hipochondrii jest niezwykle trudne, długotrwałe i czasochłonne. Specjaliści potwierdzają, że u 20 – 30 % osób dorosłych cierpiących na zaburzenia psychiczne, 4 – 9% choruje na hipochondrię, bez względu na płeć. Leczenie hipochondrii odbywa się poprzez stosowanie leków antydepresyjnych lub psychoterapii behawioralno – poznawczej. Działania te jednak muszą być poprzedzone zdobyciem zaufania hipochondryka, gdyż tylko w ten sposób można nakłonić go do podjęcia leczenia.
 
Hipochondryk ma obsesję na punkcie swojego stanu zdrowia, często odwiedza gabinety lekarskie, desperacko szukając w nich pomocy. Chory w każdym naturalnym zachowaniu organizmu wyszukuje symptomów śmiertelnych chorób takich jak nowotwór czy AIDS oraz mimowolnie odczuwa urojone bóle. Hipochondryk cierpi na depresję, czuje się opuszczony i wyalienowany, często choruje na nerwicę natręctw i miewa myśli samobójcze. Nie ulega wątpliwości, ze hipochondria jest chorobą na tle psychicznym, w przypadku której konieczna jest konsultacja z psychologiem wraz z poddaniem się odpowiedniej terapii.
  Ibuprom
 
 
Jednym z najpopularniejszych i często reklamowanych leków przeciwbólowych jest Ibuprom. Lek ten posiada składnik o nazwie Ibuprofen, który jest odpowiedzialny za działanie przeciwbólowe i przeciwzapalne.  Powoduje on między innymi zmniejszenie obrzęków, poprawę ruchomości stawów oraz redukcję ich odrętwienia, jak również zmniejsza krzepliwość krwi. Ibuprofen działa przeciwbólowo w ciągu 30 minut od  jego połknięcia, a jego działanie trwa od 4 do 6 godzin. 
 
Bezpieczeństwo to podstawa!
 
Ibuprom jest bezpieczny dla zdrowia, jeżeli zażywa się go zgodnie z zaleceniami producenta.  Leku nie powinny przyjmować osoby poniżej 12 roku życia. Natomiast osoby starsze, które przekroczyły wiek 65 lat powinny zażywać go z zachowaniem ostrożności. Bezpieczna dla zdrowia jest dawka 1-2 tabletek Ibupromu, co 4-6 godzin. Nie należy przyjmować jednak więcej niż 6 tabletek na dobę. Nie zaleca się również podwójnej dawki leki, nawet jeżeli pomięliśmy jedną wcześniej. Nie wolno stosować leku, jeżeli nic wcześniej nie jedliśmy, ani przyjmować go jednocześnie z napojami alkoholowymi. Pamiętajmy również o niełączeniu Ibupromu z innymi lekami niesteroidowymi o działaniu przeciwzapalnym.
 
Jak rozpoznać zatrucie?
 
Jeżeli cierpimy na silny ból, który nie przechodzi po zażyciu dopuszczalnej dawki, warto dobrze się zastanowić, czy sięgnąć po kolejna tabletkę. Nadmiar Ibuprofenu może skutkować zatruciem z licznymi nieprzyjemnymi objawami. Jeśli je zauważysz, bezwzględnie zaprzestań dalszego zażywania leku. O zatruciu lekami przeciwbólowymi mogą świadczyć takie dolegliwości jak: 
 
szumy w uszach
bóle brzucha
wzdęcia
niestrawność
zespół ostrej niewydolności oddechowej
zaparcia
niezborność ruchowa
bóle i zawroty głowy
wymioty
śpiączka
drgawki
bezdech

Pierwsza pomoc przy zatruciu.
 
Gdy zauważysz u siebie powyższe objawy, nie zwlekaj i natychmiast zgłoś się do lekarza. Możesz spróbować wywołać wymioty, jednak nie później, niż do 20 min po połknięciu lekarstw. Możesz zmusić się do wymiotów, pijąc wodę z dodatkiem soli. Nie istnieje jednak żadne antidotum na zatrucie Ibuprofenem. W takich przypadkach często stosuje się jednak węgiel aktywowany. W medycynie służy on często jako środek odtruwający na różnego rodzaju związki chemiczne i leki, a jego działanie polega na usuwaniu toksyn oraz bakterii z organizmu.
 
Zachowaj ostrożność!
 
Zażywając Ibuprom i inne leki zawierające Ibuprofen koniecznie pamiętajmy, by nie przekroczyć zalecanej dawki. Nasz organizm jest w stanie przyswoić sobie tylko określoną ilość leku, a jeżeli będzie ona większa, może dojść do zatrucia. Należy zachować szczególną ostrożność w przypadku, gdy cierpimy już na jakieś choroby, np. w sytuacji, gdy mamy uszkodzoną wątrobę. Choremu organizmowi trudniej będzie walczyć ze szkodliwymi składnikami lekarstw. Z tego powodu, zanim zaczniemy łykać Ibuprom najlepiej skontaktować się z lekarzem, który będzie wiedział o wszystkich przeciwwskazaniach do jego stosowania oraz o dawkowaniu w przypadku różnych chorób. 
Jeżeli przyjmujesz Ibuprom pamiętaj, że jak każdy lek może on spowodować niepożądane skutki. Dlatego kontroluj jego dawkę i pamiętaj o wszystkich przeciwwskazaniach. W innym wypadku możesz doprowadzić do tego, że zamiast pomóc, jeszcze bardziej ci zaszkodzi.
 Kleptomania.
 
 
Kleptomania – zaburzenie objawiające się pojawieniem się niemożliwego do powstrzymania i zahamowania impulsu do kradzieży. Osoba cierpiąca na kleptomanię odczuwa wewnętrzny przymus dokonania kradzieży i choć zdaje sobie doskonale sprawę z tego, że jest to czyn zabroniony, karalny i aspołeczny, nie jest w stanie nad tym impulsem zapanować – w efekcie kradnie. Osoby z kleptomanią kradną zwykle drobiazgi – batonik, gazetę, paczkę baterii – są to rzeczy które ani nie przynoszą materialnych korzyści ani też nie są tej osobie szczególnie do szczęścia potrzebne. Osoby te, aby móc przestać odczuwać wewnętrzny przymus muszą jednak coś ukraść. Niezależnie od tego, czym jest ukradziona rzecz.
 
Skąd bierze się kleptomania?
 
Dokładne przyczyny kleptomanii nie są znane. Zaburzenie to, jest najczęściej rozumiane jako zaburzenie obsesyjno – kompulsywne (OCD). Wydaje się, że na pojawienie się kleptomanii wpływ mogą mieć czynniki genetyczne, ale nie wyjaśniają one całości przyczyn. Kleptomania współwystępuje również z takimi zaburzeniami jak depresja, zaburzenia odżywiania(korelacja z bulimią na poziomie 65%), fobie społeczne, zaburzenia lękowe. Żadne z tych zaburzeń nie jest jednak traktowane jako przyczyna pojawienia się kleptomanii. Niektórzy traktują kleptomanię jako jeden z rodzajów uzależnienia – na podobieństwo wskazuje tu fakt nie możności przeciwstawienia się przymusowi kradzieży.
 
Kleptomanię, jako zaburzenie psychiczne po raz pierwszy uznano w latach 60 tych w USA (podczas sprawy sądowej California v. Douglas Jones – za wikipedia)
 
Kto może zostać kleptomanem?
 
Badania statystyczne dowodzą, że kleptomania częściej dotyka kobiety. Pierwszy epizod kleptomanii pojawia się najczęściej przed 30 rokiem życia. Częściej też kleptomaniacy to osoby, które doświadczyły życiowych niepowodzeń i kryzysów. Nie ma jednak danych, które mówiłyby wprost kto może, a kto nie może zachorować. Kradną bogaci i biedni, starzy i młodzi, rudzi i szatyni – jednym słowem – każdy może zostać kleptomanem. Szacuje się, że to zaburzenie występuje w społeczeństwie na poziomie 0,6%.
 
Kryteria kleptomanii.
 
Kleptomania została wpisana do DSM IV jako zaburzenie kontroli impulsu. Aby stwierdzić występowanie kleptomanii, chory musi:
 
- nie być w stanie przeciwstawiać się impulsom zmuszającym go do kradzieży drobnych przedmiotów
musi doświadczać wrastającego uczucia napięcia, które rozładowywane jest przez kradzież
po kradzieży, musi doświadczać uczucia odprężenia i ulgi
- kradzież nie może być wynikiem urojeń i halucynacji, ani tez wynikiem odczuwania złości czy chęci zemsty
- u chorego należy wykluczyć antyspołeczne zaburzenie osobowości, manię i inne zaburzenia zachowania

Osoba z kleptomanią, zazwyczaj doświadcza też poczucia winy po kradzieży – choć nie jest to konieczne do potwierdzenia diagnozy.
 
Osoby, które chorują na kleptomanię są w pewnym sensie chronione przez prawo, które pozwala uznać kradzież popełnioną przez kleptomana, jako działanie wskutek zakłócenia czynności psychicznych i jako takie , kradzież taka nie jest karana. Oczywiście, nie wystarczy powiedzieć, że jest się kleptomanem, aby uniknąć odpowiedzialności za kradzież (tylko 5% kradzieży w sklepach jest efektem działania osób z kleptomanią). W przypadku podejrzenia kleptomanii, powołuje się biegłych psychiatrów, którzy wydają odpowiednie orzeczenie. Jeśli kleptomania zostanie zdiagnozowana, chory zostaje skierowany na leczenie.
 
Leczenie kleptomanii.
 
Kleptomania leczona jest podobnie jak i inne zaburzenia z gatunku zaburzeń kontroli impulsów. Stosuje się farmakoterapię(np. fluoksetyna) oraz psychoterapię. Uznaje się, że bardziej niż inne formy psychoterapii,  skuteczna jest terapia racjonalno – emotywna oraz poznawczo-behawioralna. Leczenie kleptomanii jest o tyle trudne, że pacjenci rzadko sami zgłaszają się na terapię. Dopóki nie zostaną złapani na kradzieży, tkwią w zaklętym kole przymusu, adrenaliny i rozładowywania napięcia.
 
 
 
 Schizofrenia.
 
 
Pierwsze wzmianki o schizofrenii można znaleźć już w Piśmie Świętym czy w „Księdze Serc”, części papirusu Ebersa sprzed 1550 r. p.n.e., gdzie nazywana była opętaniem. W odróżnieniu do innych przypadłości, jak np. depresja czy padaczka, które dosyć wcześnie zostały uznane za odrębne choroby, schizofrenia długo pozostawała dla lekarzy i uzdrowicieli zagadką i nosiła znamiona opętania przez nieczyste, tajemne moce. W starogreckiej i rzymskiej literaturze można znaleźć zapiski świadczące, iż ówcześni zdawali sobie sprawę z  zaburzeń psychotycznych, nękających ludzkość.
 
Pierwszy raz schizofrenię opisać próbował psychiatra Morel w 1860 roku, kiedy to nazwał ją terminem dementia praecox (wczesna demencja) i wyodrębnił cztery jej rodzaje (formy) – paranoidalną, katatoniczną, hebefreniczną i prostą. Jako osobna jednostka chorobowa schizofrenia została zakwalifikowana przez Emila Kraepelina w 1883 roku.
 
Kilkanaście lat później, w 1908 roku Eugen Bleuler (psychiatra ten był lekarzem Wacława Niżyńskiego, wybitnego tancerza chorującego na schizofrenię) stworzył wywodzące się z greckich słów pojęcie schizofrenii oznaczające rozszczepienie umysłu. Opisał również cztery główne objawy choroby. Miały nimi być według niego afekt, autyzm, upośledzenia asocjacji i ambiwalencja.
 
W obecnych czasach psychiatrzy mają już większe pojęcia na temat tego, czym jest schizofrenia, chociaż nadal do końca nie poznali czynników, które ją mogą wywoływać. Schizofrenii nie da się „zmierzyć” czy wykryć żadnym, obecnie dostępnym badaniem laboratoryjnym, tylko na podstawie obserwacji, rozmów z chorym i dzięki przeprowadzonemu wywiadowi z jego rodziną i otoczeniem. Istnieją kategorie diagnostyczne ICD-10, które pozwalają na rozpoznanie pewnych typowych objawów choroby, jednak nie są one skuteczne w przypadku osób cierpiących na upośledzenie umysłowe bądź które przebyły poważne urazy mózgu. Jednym ze wskazywanych objawów fizycznych jest zwiększona aktywność dopaminergiczna w szlaku mezolimbicznym mózgu. Schizofrenia jest również nazywana chorobą królów z tego powodu, że rzadko zdarza się przypadek, aby dwie cierpiące na nią osoby miały takie same objawy i przebieg choroby.
 
Czym jest schizofrenia?
 
Generalnie mówiąc, jest to choroba, która atakuje umysł chorego. Zaliczana jest do psychoz endogennych (zaburzeń, w których osoba doznaje poważnych zakłóceń w odbiorze rzeczywistości).
 
Początek choroby zaczyna się najczęściej we wczesnej dorosłości, pomiędzy 20-32 roku życia, chociaż nie wyklucza to możliwości zachorowania osób spoza tego przedziału wiekowego (15% wszystkich zachorowań). Schizofrenia ujawnia się wcześniej u mężczyzn (20-28 rok życia) niż u kobiet (26-32 rok życia). Postacią, która ujawnia się najpóźniej, jest schizofrenia paranoidalna. Często też atak schizofreniczny, który wydarza się w okresie dojrzałości lub starości, jest nawrotem choroby, przy czym poprzednie ataki mogły minąć niezauważone.
 
Na schizofrenię zapada ok. 1% populacji na świecie. Według badań, zapadalność na chorobę różni się pomiędzy państwami a nawet lokalnymi obszarami. W 2004 roku J.J. McGrath opublikował wyniki badań, według których kobiety chorują 1,4 raza rzadziej niż mężczyźni, natomiast według badań przeprowadzonych w 2002 roku w Irlandii wskaźnik ten pokazuje nawet 7,5 raza rzadsze zachorowania kobiet od mężczyzn.
 
Osoby urodzone w zimie i na wiosnę na półkuli północnej mają nieco większe szanse zachorowania. Szanse te zwiększa również powiązanie rodzinne z osobami chorymi, np. osoba, której jeden rodzic (krewny pierwszego stopnia) choruje na schizofrenię ma o 10% większe prawdopodobieństwo na zachorowanie, a dziecko tej osoby ok. 3-4%.
 
Jedna czwarta szpitali psychiatrycznych to pacjenci ze schizofrenią. Mimo tego, duża część chorych nawet nie zdaje sobie sprawy ze swojego stanu, bądź unika leczenia. Schizofrenia uznawana jest za jedną z poważniejszych przyczyn niepełnosprawności. Osoby nią dotknięte nie dość, że przeżywają problemy społeczne (bezdomność, ubóstwo, bezrobocie), wynikające z niedostosowania do norm społeczeństwa, to prawdopodobna długość ich życia jest mniejsza o ok. 10 lat z powodu problemów ze zdrowiem fizycznym oraz częstych przypadków samobójstw czy ciężkiego samookaleczenia.
 
Skąd bierze się schizofrenia?
 
Prawdę mówiąc, ciężko stwierdzić. Uczeni do tej pory nie odnaleźli przyczyn, które warunkują zapadalność na schizofrenię. Badania wskazują, jako przyczyny, na czynniki genetyczne, warunki środowiskowe we wczesnym dzieciństwie, procesy socjologiczne i neurobiologiczne. Lekarze najbardziej skupiają swoje badania na neurobiologii, lecz nadal nie udało się odnaleźć konkretnej przyczyny.
 
Wiele osób mylnie postrzega schizofrenię jako przypadłość, w której dotknięta nią osoba ma rozszczepienie osobowości. Może wiązać się to z faktem słyszenia głosów przez niektórych chorych, jednak w trakcie choroby cierpiący nie przyjmuje odmiennych osobowości. Przeświadczenia chorych o byciu przysłowiowym Napoleonem czy Jezusem są mocno zakorzenionymi urojeniami dotyczącymi własnej osoby.
 
Głównym objawem choroby jest rozszczepienie pomiędzy myśleniem, zachowaniem, emocjami i ich ekspresją czy motywacją. Objawia się ono m.in. niedostosowaniem zachowania czy emocji do sytuacji, np. chory może śmiać się na pogrzebie lub wściekać się z powodu wygranej w konkursie. Psychiatrzy uważają, że schizofrenia zaburza funkcjonowanie procesów poznawczych. U chorych istnieje też większe prawdopodobieństwo popadnięcia w depresję czy zaburzenia lękowe. Również nałogowe nadużywanie alkoholu, leków czy narkotyków występuje w życiu chorych 40% częściej niż u osób zdrowych. Różnicą pomiędzy schizofrenią a chorobą afektywną, która również może prowadzić do różnego rodzaju uzależnień jest uczucie wszechogarniającej pustki zamiast smutku.
 
Jak zaczyna się schizofrenia?
 
Ciężko jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ „choroba królów” może mieć swój początek na kilka różnych sposobów i nie zawsze łatwo jest ją rozpoznać. Nagły początek choroby nie zostawia żadnych wątpliwości, że to choroba psychiczna. Chory praktycznie z dnia na dzień zmienia diametralnie swoje zachowanie, tryb życia, przyzwyczajenia. Zaburzone procesy myślowe powodują niewłaściwą interpretację niektórych faktów czy zdarzeń i mogą powodować urojenia (np. przeświadczenie, że chory jest notorycznie śledzony przez osoby, które czyhają na jego życie) lub halucynacje (głosy przemawiające do chorego, komentujące jego zachowanie bądź otoczenie, w którym się znajduje). Objawy te mogą występować w połączeniu z silnym podnieceniem, uczuciem lęku, rozkojarzeniem toku myślenia czy omamami wzrokowymi. Mieszanka taka często skutkuje dziwnym zachowaniem, nieskładnymi wypowiedziami, uciekaniem chorego z niektórych miejsc bądź od pewnych osób. W silnym stadium mogą prowadzić do samookaleczenia się lub do podejmowania prób samobójczych. Pacjent w trakcie choroby często nie zdaje sobie sprawy ze swojego odmiennego od wcześniejszego zachowania i tym samym nie jest w stanie wyjaśnić powodów, które nim kierują. Nagły początek choroby daje najlepsze rokowania jeśli chodzi o leczenie neuroleptykami.
 
Schizofrenia może również rozwijać się powoli, miesiącami czy latami. Zachowanie chorego zmienia się stopniowo, często nawet niezauważane przez najbliższe otoczenie. Chory zachowuje normy i pozory towarzyskie, uczęszcza do szkoły, pracy. Zmianę w nim raczej się wyczuwa niż zauważa. Sami pacjenci czują się, jakby nie należeli do tego świata – coraz trudniej jest im odnaleźć się wśród ludzi, normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Zaczynają szukać samotności, odosobnienia. Mogą zacząć zaniedbywać podstawowe obowiązki – zrezygnować z pracy, zaniechać nauki, przestać gotować nawet sobie samym czy myć się. Częste są też aspekty porzucenia dawnych zainteresowań na rzecz poszukiwania swojego miejsca w życiu – szukanie religii, filozofii. Dodatkowo, osoby chore zaczynają mieć coraz większe problemy z pamięcią – umykają im nie tylko wydarzenia sprzed kilku lat, ale też sprzed kilku dni czy nawet godzin, ich emocje stają się coraz płytsze i słabiej odczuwalne oraz są nieadekwatne do sytuacji. Chory podobnie jak w nagłym początku choroby nie potrafi wytłumaczyć przyczyn swojego zachowania i często sam może czuć się przez to jeszcze samotniej.
 
Schizofrenia może mieć również swój początek w nerwicy, chociaż ciężko wtedy odróżnić jedną od drugiej. Objawem przeważającym na rzecz schizofrenii może być poczucie chorego o byciu innym niż reszta ludzi, wrażenie pustki w życiu i dziwaczność skarg zgłaszanych przez chorego (przykładowe wszczepienie mu implantu w wybraną część ciała służącą np. do podsłuchu przez szpiegów bądź Obcych).
 
Czy mam schizofrenię?
 
Na tak postawione pytanie odpowiedzi udzielić może tylko i wyłącznie lekarz. Pewnymi symptomami, będącymi jednocześnie typowymi objawami schizofrenii, które powinny skłonić do odwiedzenia gabinetu psychologa lub psychiatry, są przede wszystkim:
 
objawy pozytywne, inaczej zwane wytwórczymi: halucynacje – zarówno wzrokowe, jak i słuchowe, przy czym te drugie występują częściej
urojenia – błędne przekonania na temat własnej osoby, mania prześladowcza, zaburzenia hipochondryczne
dziwne zachowania – np. przekonanie o panującym brudzie i zarazkach może powodować ciągłe noszenie przez chorego rękawiczek i unikanie dotykania wszystkich miejsc poza swoim domem – takie urojenie może również skutkować wiecznym sprzątaniem przez chorego
objawy negatywne:mutyzm (zubożenie mowy) – chory stopniowo może przestawać odzywać się aż do stadium całkowitego zamilknięcia
anhedonia, inaczej mówiąc jest to niezdolność chorego do spontanicznego przeżywania pozytywnych uczuć w sytuacjach, które powinny takie uczucia bezsprzecznie wywoływać
apatia – niechęć do wykonywania codziennych czynności, uczucie ogarniającego bezsensu wykonywanych czynności
nieuwaga – rozkojarzenie myśli
zobojętnienie emocji
zubożenie mimiki – twarz chorego z czasem zaczyna wyrażać coraz mniej emocji

Ponieważ nie ma dwóch chorych, u których występowałyby takie same objawy w takim samym nasileniu, schizofrenia została podzielona na kilka kategorii (podtypów), wśród których wyróżniamy:
 
schizofrenię paranoidalną – występują w niej przede wszystkim objawy pozytywne (urojenia i omamy), natomiast objawy negatywne jak dezorganizacja uczuć, zachowania i toku myślenia nasilone są w nieznacznym stopniu. Urojenia często mają charakter paranoidalny (mania prześladowcza, wyolbrzymione przekonania o własnej osobie), a omamy dotyczą najczęściej słuchu. Ten podtyp schizofrenii ujawnia się stosunkowo najpóźniej w czasie życia i rokuje najlepsze szanse na wyleczenie.
schizofrenię hebefreniczną - inaczej zwaną zdezorganizowaną, w której dominuje przede wszystkim ogromne uczucie pustki w życiu, zaburzenia myślenia (wlicza się w nie również zaburzenia pamięci), absurdalność zachowań, płytki afekt i zubożenie wyższych emocji bądź całkowity ich brak. Chory jest bardzo wrażliwy na bodźce i doznania płynące od niego samego, przy czym wskazuje dosyć dużą obojętność na bodźce płynące z zewnątrz (np. w momencie głośnego wystrzału lub wybuchu, gdzie osoba zdrowa może się wystraszyć lub zainteresować źródłem huku, pacjent nie zareaguje w ogóle na dźwięk lub zrobi to z opóźnioną reakcją). Często występuje również alogia, czyli zaburzenia mowy – u chorego zmniejsza się zasób słów, ma trudności ze składnym układaniem zdań bądź z precyzyjnym odpowiadaniem na pytania. Halucynacje czy urojenia są obecne, ale nie przeważają oraz nie są spójne i usystematyzowane. Charakterystyczne dla cierpiących na schizofrenię hebefreniczną często jest zaniedbanie higieny osobistej oraz czasem koprofagia, czyli spożywanie kału. Ten podtyp schizofrenii rozpoczyna się najwcześniej, pomiędzy 15 a 25 rokiem życia. Rokuje najgorsze szanse na wyleczenie.
schizofrenię katatoniczną - charakteryzuje się przyjmowaniem przez chorego nienaturalnych póz ciała przez długi okres czasu, zastyganiem bez ruchu na długie godziny, niemożnością zmiany tej pozycji nawet siłą przez osobę trzecią bądź wręcz odwrotnie, chory poddaje się wszelkim próbom „ułożenia jego ciała”. Możliwe jest jeszcze pobudzenie katatoniczne, podczas którego cierpiący wykonuje mnóstwo nieukierunkowanych i bezcelowych ruchów dla samego poruszania się.
schizofrenię rezydualną – występuje wtedy, kiedy rozwój schizofrenii nagle skierował się w stronę długo trwających objawów negatywnych, a nie pozytywnych. Nie należy mylić jej ze schizofrenią prostą, w której powoli rozwijają się jedynie objawy negatywne.
schizofrenią niezróżnicowaną – psychoza, w której występują objawy schizofrenii niedające zakwalifikować się do żadnej z wyżej określonych grup.
depresja poschizofreniczna – epizod depresyjny, który ujawnia się i rozwija w następstwie schizofrenii z możliwym wystąpieniem niektórych jej objawów.
Czy schizofrenię da się wyleczyć?
 
Chociaż zdania się podzielone, większość lekarzy specjalistów jest zdania, że schizofrenia nie jest chorobą wyleczalną. Dzięki odpowiedniemu leczeniu można co prawda spowodować wycofanie się objawów (tzw. okres remisji), czyli tymczasowe wyzdrowienie, jednak nigdy nie ma pewności, że choroba nie powróci nawet przy ciągłym zażywaniu lekarstw. Nie jest to jednak powód, aby móc pozwolić sobie na zaniedbanie leczenia. Dopóki medycyna nie zna przyczyn schizofrenii, ma również problemy z dobraniem odpowiednich do niej leków. Często lekarze eksperymentalnie przepisują środki, które jednej osobie mogą pomóc, natomiast u innej spowodują tylko efekty uboczne – wtedy lekarz zmienia środek. Przypomina to trochę grę w ciemno, mimo wszystko ważne jest regularne przestrzeganie zaleceń lekarza w nadziei, że nauka w końcu wynajdzie środek działający na wszystkich chorych.
 
Mam schizofrenię. Jak mam się leczyć?
 
Leczenie schizofrenii, aby było skuteczne, powinno być przeprowadzane na kilku frontach. Podstawą jest farmakologia, czyli leki przeciwpsychotyczne, inaczej zwane neuroleptykami. Najpopularniejsza wśród nich jest substancja znana jako risperidon oraz jej pochodne. Leki początkowo wyciszają objawy pozytywne psychozy. Aby ocenić skuteczność działania neuroleptyków, należy przyjmować je min. 4 tygodnie, do nawet 3 miesięcy. Niestety, farmakoterapia idzie w parze z występowaniem dużej ilości efektów ubocznych, takich jak senność, sztywność mięśni, uczucie niepokoju, niemożność siedzenia, zawroty głowy, drżenie kończyn czy wykonywanie mimowolnych ruchów. Dodatkowo, często występuje przyrost masy ciała.
 
Innym aspektem, ważnym podczas leczenia, jest prawidłowo prowadzona psychoterapia. Ważne jest, aby pacjent dobrze czuł się w towarzystwie swojego terapeuty, inaczej leczenie może nie przebiegać prawidłowo. W psychoterapii powinna wziąć również udział najbliższa rodzina chorego, aby bliscy chorego mieli świadomość, z czym on musi walczyć oraz jakie działania z ich strony mogą przynieść poprawę jego stanu. Również terapia społeczna może pomóc choremu w ponownym nabyciu umiejętności odnalezienia się w społeczeństwie oraz w kontaktach międzyludzkich.
 
W przypadku ostrej fazy choroby, zwłaszcza kiedy chory wykazuje agresję w stosunku do siebie lub innych osób, może okazać się, że chorego trzeba umieścić w zamkniętym oddziale szpitala psychiatrycznego, gdzie będzie przebywał pod nieustanną opieką lekarską do czasu załagodzenia objawów. W bardzo ekstremalnych przypadkach zdarza się, że choroba postępuje w takim stopniu, że rokowania pacjenta nie przedstawiają się zbyt pomyślnie i większość życia zmuszony jest spędzić w odosobnieniu.
 
Rokowanie w leczeniu zależne jest od kilku czynników. Generalnie większe szanse występują w sytuacji, kiedy:
 
choroba rozpoczęła się nagle
wiek zachorowania jest późny (po 30 roku życia)
u chorego nie odnotowano wcześniej problemów ze zdrowiem psychicznym
dominują objawy pozytywne
stwierdza się obecność objawów afektywnych (emocjonalnych)
chory podejmuje leczenie i współpracuje z lekarzem
rodzina chorego czynnie wspiera go podczas leczenia
zastosowano w stosunku do chorego wszystkie rodzaje leczenia (leki i psychoterapia)
pacjent to kobieta
Mniejsze szanse wyleczenia występują w sytuacji, kiedy:
 
dominują objawy negatywne (głównie uczucie pustki), a objawy pozytywne w ogóle nie występują lub w małym stopniu
wiek zachorowania jest wczesny
początek choroby był powolny
u chorego zdarzały się inne zaburzenia psychiczne
chory nie współpracuje z lekarzem, nie przestrzega jego zaleceń, nie przyjmuje leków
chory ma dodatkowo inne problemy, np. nieprawidłowe relacje z rodziną, uzależnienie od substancji psychoaktywnych
Częstym przypadkiem jest, że chorzy sami rezygnują z przyjmowania leków, robią nieuzasadnione przerwy w ich przyjmowaniu, odmawiają przyjęcia pomocy lekarskiej czy terapeutycznej. Może wynikać to z obawy pacjenta przed wyzdrowieniem. Z jednej strony bardzo pragnie wyzdrowieć, pozbyć się natarczywych głosów, móc normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Z drugiej strony natomiast świat „chorobowy” jest jedynym światem, jaki zna i w którym czuje się swojsko. Pacjent w obawie przed tym, że po wyleczeniu nie będzie umiał się odnaleźć w społeczeństwie, że ono go nie zaakceptuje, będzie nieprzychylne ozdrowiałemu, postanawia przerwać leczenie i tkwić w stanie chorobowym. Warto zdać sobie również sprawę z tego, że wielu chorych nie jest świadomych swojej choroby, która dla nich jest normalną rzeczywistością – a rzeczywistość jest dla nich czymś ułomnym. Także pacjenci, którzy zostali poinformowani o chorobie i zdają sobie generalnie z niej sprawę, mogą w stanach zaostrzenia objawów przestać mieć świadomość choroby i żyć w wyimaginowanym świecie.
  Jak radzić sobie z gniewem ?
 
 
Jak można poradzić sobie z narastającym uczuciem gniewu? Czy najlepszym rozwiązaniem jest tłumienie tego uczucia? Zygmunt Freud i Ann Landers mieli po części rację zakładając, że nie ujawniona złość może mieć negatywne skutki dla jednostki. Badania dowodzą, że tłumienie silnych emocji może być źródłem fizycznych chorób i dolegliwości (tzw. psychosomatycznych).
 
Zatem negatywne efekty przynosi zarówno nie ujawnianie uczuć, jak i ich swobodna ekspresja (złość prowadząca do agresji wyzwala destrukcyjne uczucia i również szkodzi poprzez generowanie kolejnej złości i kolejnej agresji, a przezywanie tych uczuć nie jest ani przyjemne ani korzystne dla zdrowia, wzrasta poziom adrenaliny, kortyzolu, wzrasta ciśnienie krwi).
Jak wobec tego powinniśmy postępować gdy czujemy złość? Co robić z naszymi uczuciami? Problem ten nie jest tak trudny, jak się wydaje. Trzeba zdać sobie sprawę, że istnieje zasadnicza różnica między doświadczaniem uczucia gniewu a wyrażeniem go poprzez przemoc i akty niszczycielskie. Ujawnianie gniewu w odpowiedni sposób, we właściwych okolicznościach, jest zjawiskiem normalnym, nie przynoszącym żadnych niepożądanych następstw. Istnieją formy wyrażania gniewu, nie wiążące się ze stosowaniem przemocy. 

Jedną z nich jest jasne asertywne zakomunikowanie otoczeniu, że jesteś zły i podanie przyczyn twojej złości. Przyznanie się do własnej złości łagodzi napięcie i poprawia samopoczucie.
Jednocześnie nie uruchamia procesów poznawczych służących dewaluacji, poniżania obiektu agresji, gdyż nie krzywdząc drugiej osoby, nie musimy usprawiedliwiać swojego zachowania.
Co więcej, otwarte, jasne i pozbawione pretensji powiedzenie o doświadczanych negatywnych uczuciach umacnia wzajemne zrozumienie i sprzyja nawiązaniu bliskiej więzi między stronami konfliktu.
 
Czy to rozwiązanie nie wydaje się zbyt proste?

Okazuje się, że przyznanie się do gniewu przynosi więcej korzyści niż krzyki, przekleństwa, lub cierpienie w milczeniu i robienie dobrej miny do złej gry.
 
Prawdopodobnie najlepszym wyjściem jest powiadomienie o odczuwanej złości tej osoby, która ją wywołała, jednak określone korzyści może także dać mówienie o swoich negatywnych uczuciach innym ludziom. Chociaż James Pennebaker nie zajmował się bezpośrednio problemem agresji, odkrył jednak zależność, która do uczuć agresji także może się odnosić. Stwierdził on mianowicie, że w przypadku doświadczania stresu emocjonalnego pomocne jest podzielenie się własnymi uczuciami z drugą osobą. W przeprowadzonym przez niego eksperymencie badani doświadczali różnych traumatycznych wydarzeń. Po sześciu miesiącach lepiej się czuli i przejawiali mniej somatycznych dolegliwości ci badani, którym w trakcie eksperymentu pozwolono opowiadać innym osobom o okolicznościach owych nieprzyjemnych i towarzyszących tym zdarzeniom uczuciach. Więcej negatywnych skutków stresu w postaci złego samopoczucia i dolegliwości fizycznych doświadczali ci, którzy cierpieli w milczeniu lub ci, którzy relacjonowali co prawda innym przebieg przykrych wydarzeń, ale nie mogli dzielić się z nimi własnymi uczuciami.
 
Pennebaker sądzi, że efekty pozytywne, jakie przynosi „zwierzenie się", związane są nie tylko z wyładowaniem emocjonalnym, ale także ze zdobywaniem samoświadomości i wglądu we własne procesy psychiczne.
 
  Migrena, podstawy leczenia.
 
 
Mi­gre­ny wy­stę­pu­ją głów­nie u osób po 30. roku życia, trzy­krot­nie czę­ściej u ko­biet niż męż­czyzn. Nie ogra­ni­cza­ją się je­dy­nie do bólu głowy. U co trze­ciej osoby po­prze­dza go aura (w po­sta­ci mrocz­ków, bły­sków, plam lub mi­go­czą­cych ko­lo­ro­wych zyg­za­ków). Kilka dni wcze­śniej chory może od­czu­wać rów­nież roz­draż­nie­nie, zmę­cze­nie i przy­gnę­bie­nie.
 
Cha­rak­te­ry­stycz­ny dla mi­gre­ny pul­su­ją­cy ból głowy po­ja­wia się zwy­kle po jed­nej stro­nie głowy. Potem ogar­nia całą głowę, do­cho­dzą rów­nież za­wro­ty głowy, nud­no­ści i wy­mio­ty. Do­le­gli­wo­ści są tak silne, że unie­moż­li­wia­ją nor­mal­ne funk­cjo­no­wa­nie. Ból zwięk­sza ja­ki­kol­wiek bo­dziec ze­wnętrz­ny: świa­tło, hałas, za­pa­chy, a nawet naj­mniej­szy wy­si­łek fi­zycz­ny.
 
Wiele za­le­ży od tego kiedy chory zgło­si się do spe­cja­li­sty. Zwy­kle im wcze­śniej roz­pocz­nie się le­cze­nie, tym lep­sze są efek­ty. W naj­gor­szej sy­tu­acji są cho­rzy, u któ­rych do­cho­dzi do błęd­ne­go koła le­cze­nia. Przez wiele lat nad­uży­wa­ją oni róż­nych leków prze­ciw­bó­lo­wych, a potem same te leki wy­wo­łu­ją bóle głowy. Z kolei mi­gre­na epi­zo­dycz­na prze­cho­dzi w cięż­ka mi­gre­nę prze­wle­kłą.
 
W le­cze­niu mi­gre­ny sto­so­wa­ne są za­rów­no leki prze­ciw­bó­lo­we i tryp­ta­ny (leki na mi­gre­nę), jak rów­nież an­ty­de­pre­san­ty a nawet leki prze­ciw­pa­dacz­ko­we - tych far­ma­ceu­ty­ków cho­rzy czę­sto nie za­ży­wa­ją, gdyż uwa­ża­ją, że nie mają de­pre­sji ani pa­dacz­ki. - Nie ro­zu­mie­ją, że sto­sowane są różne me­to­dy le­cze­nia, w le­cze­niu mi­gren wy­pró­bo­wa­no bo­wiem nie­mal wszyst­kie leki. 
 
Cho­rym mogą pomóc blo­ka­dy ner­wów, np. nerwu po­ty­licz­ne­go, a także fi­zjo­te­ra­pia, psy­cho­te­ra­pia i re­flek­sjo­te­ra­pia. U osób z cięż­ką mi­gre­ną prze­wle­kłą po­twier­dzo­ną na­uko­wo sku­tecz­ność wy­ka­zu­je tok­sy­na bo­tu­li­no­wa (tzw. bo­toks). Śro­dek ten wstrzy­ku­je się do mię­śni twa­rzy i szyi, które uci­ska­ją lub draż­nią nerwy wy­wo­łu­ją­ce mi­gre­nę. Gdy doj­dzie do ich roz­luź­nie­nia u nie­któ­rych cho­rych mi­ja­ją rów­nież do­le­gli­wo­ści mi­gre­no­we.
  Lyrica.
 
 
Lyrica /Pregabalina/ to lek niezastąpiony pod wieloma względami. Jest stosowany nie tylko w chorpbie półpaśca, gdzie niweluje ból do zera, ale również w innych schorzeniach.
 
Pregabalinę stosuje się w leczeniu osób dorosłych z:
 
- bólem neuropatycznym: jest to ból spowodowany uszkodzeniem nerwów. Preparat Lyrica można stosować w bólu neuropatycznym pochodzenia obwodowego, takim jak ból występujący u pacjentów z cukrzycą lub u pacjentów z półpaścem, a także w bólu neuropatycznym pochodzenia ośrodkowego, takim jak ból występujący u pacjentów z urazem rdzenia kręgowego.

- padaczką: Preparat Lyrica stosuje się, gdy u pacjentów występują napady częściowe, których nie daje się kontrolować samym aktualnie stosowanym leczeniem (preparat Lyrica dołącza się do aktualnie stosowanego leczenia).

- uogólnionymi zaburzeniami lękowymi: jest to zaburzenie, w którym u pacjenta występuje długotrwały nadmierny lęk i obawa, które trudno jest zwalczyć.
   Patrz czym popijasz leki. Najlepsza woda !
 
 
Kawa w połączeniu z antybiotykami oraz lekami przeciwwrzodowymi u niektórych osób wywołuje drżenie z napięcia nerwowego oraz podrażnienia żołądka. Znajdujące się w nich kofeina i teofilina zmieniają motorykę żołądka (podobnie działają również inne zawierające kofeinę używki, takie jak cola). W połączeniu z niektórymi lekami powstaje wtedy mieszanka piorunująca. Kobiety zażywające doustne środki antykoncepcyjne już po wypiciu jednej filiżanki kawy są rozdygotane i roztrzęsione.
 
Niebezpieczne jest popijanie farmaceutyków sokami grejpfrutowym i pomarańczowym. Napoje te w ogóle nie nadają się do popijania leków, gdyż zmieniają ich wchłanianie.
 
W USA zdarzały się zgony spowodowane połączeniem soku grejpfrutowego z preparatami przeciwuczuleniowymi. Powoduje on również wielokrotny wzrost stężenia we krwi statyn, leków obniżających poziom cholesterolu we krwi, takich jak lowastatyna, simwastatyna i atorwastatyna. Podwyższa także stężenie niektórych preparatów stosowanych przy nadciśnieniu (ich poziom we krwi będzie wtedy np. trzy razy wyższy, niż gdyby zostały popite wodą). Bezwzględny zakaz popijania sokami grejpfrutowym i pomarańczowym dotyczy leków na osteoporozę, które w takim zestawieniu przestają działać. Dużo bezpieczniejsze jest popijanie farmaceutyków niegazowaną wodą.
 
Sok grejpfrutowy może powodować aż trzykrotnie większe stężenie leków. Dlaczego? Zawiera on furanokumarynę, pochodną kumaryny, która hamuje rozkład niektórych leków w przewodzie pokarmowym, zanim jeszcze przedostaną się one do krwiobiegu. Ten proces jest uwzględniany podczas opracowywania odpowiednich dawek preparatów. Gdy zostanie zakłócony jakimś sokiem lub napojem, lek może przenikać w zbyt dużym stężeniu, co z kolei zwiększa ryzyko działań niepożądanych. Wielu chorych nie jest tego świadomych, z kolei lekarze zwykle nie pytają pacjentów, czym popijają leki.
  Świąd odbytu również z podłożem psychogennym. 
 
 
Z definicji świąd odbytu to nieodparta potrzeba drapania okolicy odbytu. Występować może w każdym czasie, lecz nasila się po wypróżnieniu, zwłaszcza po wolnych stolcach oraz bezpośrednio przed zaśnięciem. Dotyczy populacji szczególnie pomiędzy 40. a 60. rokiem życia. Występuje częściej u mężczyzn niż kobiet w stosunku 4:1. Nasilenie może być różne, często świąd współistnieje z innymi objawami takimi jak pieczenie, uczucie dyskomfortu czy nawet bólu w okolicy odbytu. Niekiedy staje się trudny do zniesienia i uniemożliwia normalne funkcjonowanie. Ciągłe energiczne drapanie doprowadza do uszkodzenia skóry, zmian zapalnych, krwawienia a także zakażeń.
 
W zależności od badaczy w 25–75% przypadków nie można rozpoznać przyczyny świądu i mówimy wówczas o świądzie idiopatycznym. Świąd odbytu nazywamy wtórnym (secondary pruritus), jeżeli jesteśmy w stanie zidentyfikować jego przyczynę, a jej eliminacja prowadzi do ustąpienia objawów.
Grupy czynników wywołujących świąd wtórny wymieniono poniżej.
 
1. Choroby odbytu, odbytnicy i jelita grubego. Przyczynę świądu stanowi niekontrolowany wyciek śluzu (choroba hemoroidalna, szczelina odbytu, wypadanie odbytnicy) powodujący permanentne zawilgocenie skóry okolicy odbytu (tzw. mokry odbyt). Zaburzenie kontroli defekacji skutkuje zmianami skórnymi okolicy odbytu w wyniku drażnienia przez resztki stolca. Wydzielina ropna stale lub okresowo wydobywająca się z ujścia zewnętrznego przetoki lub z kanału odbytu w przebiegu chorób zapalnych odbytnicy czy jelita grubego także jest często powodem świądu odbytu.
 
2. Nadmierna potliwość, szczególnie u pacjentów przez wiele godzin pozostających w pozycji siedzącej ze względu na rodzaj wykonywanej pracy, oraz alergiczne zapalenia skóry związane z kontaktowym działaniem środków higienicznych lub bielizny to jedne z częstszych przyczyn świądu odbytu.
 
3. Zakażenia okolicy odbytu. Kolonie grzybów występują u 15% pacjentów dotkniętych świądem odbytu. Bakterie z grupyStreptococcus β-hemolizujący, Staphylococcus aureus i Corynebacterium minutissimum rozpoznaje się u 18% chorych.

4. Choroby ogólnoustrojowe (choroby alergiczne, mocznica, cholestaza, cukrzyca, białaczka, niedokrwistość z niedoboru żelaza, nadczynność tarczycy).
 
5. Nie można zapominać także o psychogennym pochodzeniu świądu. Depresja, stres i choroby lękowe mogą przebiegać z uporczywym świądem odbytu.
 
6. U kobiet nadmierna wydzielina z pochwy w przebiegu zapalenia narządu płciowego, a także brak wydzieliny w przebiegu atrofii błony śluzowej pochwy w okresie menopauzy.
 
7. Nowotwory okolicy anorektalnej (rak odbytu/ odbytnicy, choroba Pageta, choroba Bowena).
 
8. Czynniki pokarmowe. Z praktyki wiadomo, że wykluczenie z diety produktów takich jak pomidory (także keczup), kawa, czekolada, owoce cytrusowe, przyprawy, mleko, coca-cola czy piwo redukują objawy w ciągu 2–3 tygodni od odstawienia.
 
Patomechanizm świądu odbytu nie jest jeszcze do końca poznany. Alergeny, resztki stolca, a także enzymy grupy endopeptydaz pochodzenia bakteryjnego stymulują zakończenia nerwów sensorycznych w okolicy anorektalnej (podgrupa C włókien nerwowych z receptorami histaminowymi, niewrażliwa na bodźce mechaniczne i termiczne), wywołując odczucie świądu. W wyniku drapania oraz działania endopeptydaz dochodzi do uszkodzenia skóry i nacieku zapalnego.
 
W zależności od stanu miejscowego skóry okolicy odbytu świąd odbytu klasyfikujemy w czterech klinicznych stopniach:
stopień 0 – świąd bez zmian skórnych
stopień 1. – skóra zaczerwieniona i nacieczona zapalnie
stopień 2. – lichenizacja z białawym zabarwieniem skóry
stopień 3. – lichenizacja z przerośniętymi obrzękniętymi bruzdami i często owrzodzeniami w następstwie uporczywego drapania.
 
Rozpoznanie.

Pozornie proste rozpoznanie świądu odbytu pada po zebraniu wywiadu. Czasami jednak pacjent z trudem identyfikuje objawy i ich nasilenie i dopiero pełne badanie proktologiczne z oceną stanu miejscowego, a także konsultacje – dermatologiczna, internistyczna czy ginekologiczna pozwalają zidentyfikować czynnik odpowiedzialny za wystąpienie świądu.
Badanie ma na celu rozpoznanie przyczyny świądu oraz wykluczenie nowotworu. W przypadku wątpliwości konieczna jest biopsja zmienionej okolicy oraz zdrowej skóry z sąsiedztwa. Podejrzenie bateryjnego czy grzybiczego podłoża świądu wymaga wykonania badania bakteriologicznego i mikologicznego. Należy pamiętać, że większość środków poślizgowych używanych w badaniu proktologicznym zawiera środek bakteriobójczy, co może skutkować fałszywie ujemnymi wynikami badania. Konieczne jest wykonanie pełnego badania proktologicznego.
 
Leczenie świądu odbytu, który jest dolegliwością o wieloczynnikowej etiologii, wymaga cierpliwości zarówno ze strony pacjenta, jak i lekarza prowadzącego. Najczęstszym błędem, zresztą jak w przypadku większości chorób proktologicznych, jest zaordynowanie pacjentowi leku bez szczegółowego wywiadu i oglądania. Stosowane przypadkowo maści czy czopki często nasilają objawy i utrudniają ustalenie prawidłowego rozpoznania.
 
Leczenie – początek to rozmowa z pacjentem, której celem jest zapoznanie go z charakterem choroby, koniecznością zmiany przyzwyczajeń dietetycznych i higienicznych. Przyjęta w piśmiennictwie i praktyce terapia powinna przebiegać w trzech równoległych fazach.
 
Pierwsza faza to eliminacja czynnika wywołującego/drażniącego (kremy, mydło, papier toaletowy, niektóre składniki diety stałej i płynnej itp.). Pacjent musi być świadomy, że sama eliminacja niektórych spożywanych produktów takich jak kawa (wg niektórych doniesień 30–60 min po wypiciu kawy dochodzi do relaksacji zwieracza odbytu), kakao, czekolada, mleko, piwo, ostre przyprawy - w ciągu 2–3 tygodni prowadzi do ustąpienia objawów. Przypuszczamy, że niestrawione resztki pokarmu oraz produkty ich przemiany przyspieszają perystaltykę, powodując częstsze wypróżnienia oraz pobudzają odbytniczo-odbytowy odruch hamowania (recto¬anal inhibitory reflex), co skutkuje relaksacją zwieraczy i ucieczką niewielkich objętości stolca drażniących okolicę odbytu. Mimo powszechnego powoływania się na hipotezę dotyczącą eliminacji dietetycznych nie ma badań klinicznych z randomizacją, które mogłyby ją potwierdzić.
 
Faza druga to przedstawienie pacjentowi podstawowych zasad codziennego życia, czyli: po defekacji toaleta wodą (zalecany bidet) bez mydła i wysuszenie okolicy odbytu bawełnianym ręcznikiem lub lepiej suszarką do włosów. Po toalecie miejscowo działające maści (cynkowa lub parafinowa). Toaleta musi być powtarzana po każdym wypróżnieniu, a także w razie nawrotu nagłego świądu bez defekacji (świadczy to o pozostawaniu resztek stolca w szparze odbytu). Poza domem należy stosować bawełniane chusteczki z preparatami oleju do utrzymania higieny. Bawełniane chusteczki umieszczone w szparze odbytu absorbują wydzielinę i zmniejszają podrażnienie. Potwierdzają to pojedyncze serie badań, niestety nie ma badań z randomizacją.

Trzecia równoległa faza dotyczy aktywnego leczenia farmakologicznego i ewentualnie zabiegowego.
 
Stosuje się:
 
• miejscowe leczenie przeciwgrzybicze, jeśli potwierdzi się grzybica (leki imidazolowe empirycznie lub wg wyniku mikogramu)
• miejscowe leczenie antybiotykiem w razie potwierdzenia zakażenia bakteryjnego; jeśli objawy trwają dłużej niż rok, wskazana jest antybiotykoterapia doustna
• eliminacja guzków krwawniczych oraz przerośniętych fałdów anodermy jako jednej z częstszych przyczyn świądu odbytu; obecnie dostępne są nieinwazyjne metody zabiegowe (wybiórcze podkłucie końcowych gałęzi tętnic hemoroidalnych w warstwie podśluzowej, hemoron, radiofrequency) leczenia choroby hemoroidalnej, bez ryzyka upośledzenia funkcji zwieraczy
• regulacja rytmu wypróżnień, z podawaniem loperamidu włącznie w razie częstych wypróżnień
• układowe leczenie lekami antyhistaminowymi redukuje świąd nocny, co potwierdzają niektórzy autorzy, aczkolwiek nie ma badań z randomizacją; wątpliwa jest skuteczność miejscowo stosowanych leków antyhistaminowych
• ponieważ zdecydowana większość chorych odczuwa nasilenie świądu w nocy, do rozważenia pozostaje przyjmowanie leków ułatwiających zasypianie.
 
Większość autorów zaleca miejscowo stosowane steroidy (1% maść z hydrokortyzonem) rano i wieczorem po toalecie okolicy odbytu u pacjentów ze średnio zaawansowanymi zmianami skórnymi, także w połączeniu z antybiotykiem i lekiem przeciwgrzybiczym. Kuracja steroidem nie powinna trwać dłużej niż 6–8 tygodni. Nie ma wskazań do steroidoterapii ogólnoustrojowej, natomiast Lysy i wsp. opisują regresję świądu po wstrzyknięciu steroidu w miejsce zmian na skórze wokół odbytu u chorego przez rok leczonego bez efektu innymi metodami.
 
Ciekawe i obiecujące są doniesienia Lysy’ego i wsp. dotyczące miejscowego stosowania 0,006% maści z kapsaicyną, naturalnym alkaloidem z czerwonej papryki chili. Powoduje ona aktywację podgrupy C włókien nocyceptywnych i krótkie intensywne uczucie pieczenia, które prawdopodobnie poprzez wyczerpanie neuroprzekaźnika z neuronów sensorycznych (substancja P) znosi na długi okres odczucie świądu i potrzebę drapania. W badaniach z randomizacją obejmujących chorych skarżących się od ponad 3 miesięcy z powodu świądu odbytu u 70% odnotowano pozytywną odpowiedź na miejscowe stosowanie powtarzanych 3 razy dziennie dawek kapsaicyny. Próbowano także miejscowo stosować mentol, jednak wywołuje on jedynie uczucie ochłodzenia bez efektu znoszącego świąd.
Opisane przez Rygicka w 1968 roku wstrzyknięcie (tatuaż) błękitu metylowego jest alternatywną inwazyjną metodą postępowania w przypadku chorych ze świądem odbytu opornym na inne sposoby leczenia. Wstrzykuje się śród- i podskórnie w znieczuleniu ogólnym lub sedacji 10% roztwór błękitu metylenowego (10 ml błękitu metylenowego + 0,25% bupiwakaina + 0,5% lignokaina w równych częściach do objętości 20 ml). Botterill, a także Farouk uzyskali u 76–88% pacjentów leczonych tą metodą dobre wyniki w obserwacji rocznej. Mechanizm działania potwierdzony badaniami w mikroskopie elektronowym przez Wollocha i wsp. polega na porażeniu zakończeń nerwowych skóry okolicy odbytu.
 
Takrolimus, lek z grupy inhibitorów kalcyneuryny o działaniu immunosupresyjnym, hamuje uwalnianie mediatorów zapalenia. Stosowany miejscowo w postaci 0,1% maści powoduje ustąpienie objawów świądu i stanu zapalnego, co poparte jest wynikami badań z randomizacją przeprowadzonych przez Suysa. Uzyskał on ustąpienie objawów u 68% chorych w trakcie 2-tygodniowej terapii. Jednakże ten sam autor zwraca uwagę na brak statystycznej różnicy w wynikach leczenia w porównaniu z grupą placebo.
 
Nie należy bagatelizować tej przypadłości, którą wydawałoby się można traktować humorystycznie. Świąd odbytu jest trudnym problemem dla chorego, gdyż znacznie upośledza jakość życia. Wyzwala mechanizmy obronne z trudnymi do odwrócenia reakcjami somatycznymi i psychicznymi. Świąd odbytu może być objawem poważnych chorób ogólnoustrojowych, także nowotworów. Jak zawsze w medycynie, wczesne rozpoznanie i ukierunkowane leczenie pozwala na eliminację przyczyny, ustąpienie objawów czy wdrożenie leczenia onkologicznego w razie rozpoznania nowotworu.
   Depresja.
 
 
Depresja niszczy mózg. Dopóki nie uda się naprawić uszkodzeń, choroba nie minie. Tak wynika z najnowszych badań naukowców. Wiemy też, jak leki antydepresyjne mogą odbudowywać mózg.
Kiedy prof. Poul Videbech z duńskiego Aarhus University zaczął badać mózgi osób chorych na depresję, początkowo otwierał szeroko oczy ze zdumienia. Choć od wielu lat zajmował się leczeniem tej choroby, nie przypuszczał, że może ona poczynić aż takie spustoszenia. Niektóre rejony mózgu były wyraźnie skurczone, jakby obumierały – u chorych były mniejsze aż o 10 proc. w porównaniu ze zdrowymi ludźmi. Jednak u osób, które zażywały leki przeciwdepresyjne, zmiany te były mniejsze niż u tych, które się nie leczyły – stwierdził prof. Videbach.
 
Do niedawna sądzono, że istota oddziaływania leków przeciwdepresyjnych, zwłaszcza tych nowej generacji, zwanych selektywnymi inhibitorami wychwytu zwrotnego serotoniny (SSRI), polega na podniesieniu poziomu serotoniny w mózgu. Hormon ten ma wprawiać nas w dobry nastrój i tym samym leczyć depresję. Jak wynika z badań, kluczowy mechanizm działania tych leków może być jednak inny – trwałe wyleczenie depresji następuje nie dzięki poprawie humoru chorego, ale dzięki odbudowaniu zniszczonych przez chorobę struktur mózgu.
 
Jak najwięcej komórek.
 
Mechanizm, który pozwala antydepresantom odbudować uszkodzony mózg, odkryli naukowcy z Johns Hopkins University. Kiedy badali wpływ antydepresantów na mózg myszy, zauważyli, że leki mają duży wpływ na produkcję białka sFRP3. Ma ono ogromne znaczenie, bo jest genetycznym regulatorem tworzenia się nowych neuronów w mózgu zwierzęcia. Geny za pomocą tego białka dają mózgowym komórkom macierzystym sygnał do przekształcania się w dojrzałe neurony. Dzięki wpływowi antydepresantów produkcja nowych neuronów w mózgu przyspiesza.
 
Choć do niedawna nie było żadnych dowodów na to, że depresja uszkadza komórki nerwowe, psychiatrzy zajmujący się osobami chorymi od dawna to podejrzewali. Zauważyli bowiem, że chorzy na depresję często cierpią na różnego rodzaju zaburzenia poznawcze, mają kłopoty z pamięcią i logicznym myśleniem. Badania prowadzone przez prof. Poula Videbecha oraz uczonych z innych ośrodków pozwoliły na ustalenie, że u osoby z depresją kurczą się i obumierają komórki w hipokampie, zmienia się też wygląd ciała migdałowatego. To rejony bardzo ważne nie tylko dla działania pamięci i uczenia się, lecz także dla naszych emocji.
 
Problem w tym, że komórki tych rejonów mózgu są niezwykle wrażliwe na działanie kortyzolu – hormonu stresu. Kiedy jesteśmy poddani wpływowi długotrwałego stresu, jak to się dzieje na przykład w depresji, ciało zaczyna wydzielać duże ilości kortyzolu. Kortyzol wpływa na zanikanie wypustek komórek nerwowych, przez co przestają one wytwarzać połączenia między sobą, kurczą się i zanikają.
Im więcej kortyzolu, tym bardziej zniszczony jest hipokamp, natomiast neurony ciała migdałowatego stają się bardziej rozgałęzione. A ta struktura odpowiada za agresję i negatywne emocje. Tymczasem im większe zniszczenia neuronów w hipokampie, tym większa podatność na stres. Dlatego aby depresja trwale się cofnęła, nie tylko trzeba przywrócić równowagę neuroprzekaźnikową w mózgu, ale przede wszystkim skłonić organ do produkcji nowych neuronów, które zastąpią zniszczone komórki.
Możliwe więc, że najskuteczniejszymi lekami przeciwdepresyjnymi przyszłości będą te, które powodują zwiększanie się liczby komórek nerwowych w mózgu. Na horyzoncie jest już jedna, obiecująca substancja. To dobrze znana anestezjologom oraz fanom narkotycznych odlotów ketamina. Jej właściwości przeciwdepresyjne badali przez ostatnie lata naukowcy z Yale School of Medicine, a wyniki opublikowali pod koniec zeszłego roku w „Science”. W badaniu klinicznym prowadzonym na ochotnikach uczeni dowiedli, że ketamina ma działanie przeciwdepresyjne i pobudza w mózgu zupełnie inny system neuroprzekaźnikowy niż dotychczasowe leki – oddziałuje na neuroprzekaźnik glutaminian, który stymuluje odnowę synaps – połączeń między neuronami, zniszczonych przez nadmiar kortyzolu w czasie depresji.
 
Co najważniejsze, ketamina działa bardzo szybko, czyli pozbawiona jest jednej z podstawowych wad antydepresantów – opóźnienia działania, w wyniku czego na zauważalne efekty pacjenci czekają nawet kilka tygodni. Niestety, substancja ta ma jeden poważny skutek uboczny – po 10 dniach zażywania powoduje łagodną psychozę i halucynacje, co wyklucza ją z długotrwałego stosowania. Lekarze jednak i tak są niezwykle podekscytowani tym odkryciem, bo jak twierdzi prof. George Aghajanian, jeden z autorów badania, pozwoli ono na opracowanie innych leków, podobnie stymulujących odnowę mózgu, ale niewywołujących takich skutków ubocznych.
 
A może prądem?
 
Nie tylko leki mają działanie regenerujące mózg. Badania dowiodły, że podobnie działają również stosowane od niemal stu lat elektrowstrząsy. One również stymulują tworzenie nowych neuronów. Szybko przywracają też prawidłową pracę mózgu, czego dowiedli w zeszłym roku uczeni ze szkockiego University of Aberdeen. Badając skanerem mózg osoby poddanej elektro-wstrząsom, przekonali się, że po serii impulsów elektrycznych natychmiast zaczynał pracować jak u zdrowej osoby.
 Głośna muzyka zaburza rozwój mózgu.
 
Napady drgawkowe wywołane gorączką oraz głośna muzyka mogą w podobnym stopniu zakłócać procesy angiogenezy w ośrodkowym układzie nerwowym niemowląt – twierdzą naukowcy z Yale.
Badanie przeprowadzono na myszach, jednak jego autorzy uważają, że narażenie we wczesnym dzieciństwie na głośną muzykę (lub napady drgawkowe) może – w podobnym mechanizmie – upośledzać rozwój mózgu także u ludzi.
 
Naukowcy poddawali młode myszy (w wieku poniżej 1 miesiąca) powtarzalnemu działaniu hałaśliwej muzyki. Okazało się, że bodziec ten znacznie spowalniał tworzenie się nowych naczyń krwionośnych w mózgach gryzoni. Ponadto, pod wpływem muzyki dochodziło do uwalniania się w mózgu tlenku azotu, który dodatkowo hamował angiogenezę. W badanych mózgach myszy stwierdzano potem obecność nieodwracalnych uszkodzeń.
 
Co ciekawe – ani głośna muzyka, ani sztucznie wywoływane napady drgawkowe – nie zaburzały procesów formowania się naczyń krwionośnych w mózgach myszy starszych niż 1 miesiąc (myszy osiągają dojrzałość w wieku 2-3 miesięcy).
Autorzy badania (choć nie uwzględniało ono wpływu hałasu na rozwój mózgu w okresie płodowym) zwracają uwagę, że płyn owodniowy nie tylko dobrze przewodzi, ale wręcz wzmacnia dźwięki o niskich częstotliwościach. Dlatego kobiety ciężarne zdecydowanie powinny unikać miejsc, gdzie głośno odtwarzana jest muzyka bogata w niskie tony oraz wszelkich innych miejsc o dużym natężeniu hałasu.
  Bruksizm.
 
 
Zgrzytanie zębami może mieć poważne skutki: problemy z kręgosłupem, wzrokiem, słuchem, bóle głowy. Leczenie bruksizmu jest wieloetapowe i wielospecjalistyczne.
 
Twój partner albo współlokator skarżą się, że w nocy wydajesz nieprzyjemne dźwięki, przypominające... skrzypienie? Nie lekceważcie tego. Zgrzytanie zębami, czyli bruksizm, to nie tylko uciążliwa dolegliwość na tle nerwowym - podłoże depresyjno lękowe.
 
Nieświadomość bruksizmu prowadzi do powikłań.
 
Choroba staje się problemem społecznym. Skarży się na nią coraz więcej pacjentów. Specjaliści podejrzewają, że dotyka już ponad połowę populacji! Część osób nie wie nawet, że cierpi na bruksizm albo go po prostu bagatelizuje. Niestety wciąż niewiele chorych zdaje sobie sprawę, że zwykłe zgrzytanie zębów może mieć poważniejsze konsekwencje niż ścieranie szkliwa. Szkoda, bo nieleczone jest przyczyną silnych bóli głowy i twarzy, problemów z kręgosłupem, słuchem oraz wzrokiem. Często lekarze nie mogą znaleźć konkretnego winowajcy wszystkich dolegliwości, a okazuje się, że czasem wystarczy wizyta u dobrego ortodonty i neurologa.
 
Bruksizm: od zębów, przez kręgosłup, aż po stawy skokowe.
 
Bruksizm to fachowa nazwa na mimowolne zaciskanie oraz zgrzytanie zębami. Gdy do tego dochodzi, człowiek zaciska szczękę nawet do 10 razy mocniej niż podczas np. jedzenia. Z czasem pojawiają się uszkodzenia zębów, przyzębia oraz stawów skroniowo - żuchwowych. Ale nie tylko. Zaburzenia równowagi w nadmiernie napiętych mięśniach żwaczowych i mimicznych, przez system szlaków powięziowych, oraz wspólny system unaczynienia i unerwienia, przekazywane są dalej do mięśni podpotylicznych, obręczy barkowej, mięśni przykręgosłupowych, mięśni obręczy biodrowej i dalej aż do okolic stawów skokowych.
 
Ten system transmisji napięć i objawów, jest doskonale znany fizjoterapeutom zajmującym się terapią manualną. Dysfunkcje stawów skroniowo-żuchwowych wpływają na pozostałe układy człowieka, dlatego bardzo często wady zgryzu współwystępują z wadami postawy. Kolejne zaburzenia równowagi napięć mięśniowych powodują stopniowe zmiany w układzie kostno-stawowym.
 
Bruksizm - przyczyny.
 
Organizm człowieka składa się z różnych części połączonych w jedną całość. Dysfunkcja jakiegoś organu ma bezpośredni wpływ na inne układy. Bóle różnych okolic głowy, mięśni karku oraz mięśni okołokręgosłupowych i obręczy barkowej mogą być właśnie objawem bruksizmu. Wiele osób cierpiących na bóle głowy okolicy skroniowej i czołowej uważa że ma migrenę. W rzeczywistości u 80% osób te dolegliwości są spowodowane bruksizmem. Migrena jest chorobą o podłożu neurologiczno - naczyniowym. Podczas ataku dochodzi do zwężenia naczyń mózgowych, przy jednoczesnym wydzielaniu dużej ilości serotoniny. Silny ból jest jednym z jego objawów.

W przypadku bruksizmu, bóle głowy powstają w wyniku wzmożonego napięcia mięśni głowy i szyi. Źródłem tego napięcia są nadmierne i często asymetryczne przeciążenia w obrębie narządu żucia. Co je powoduje? Wady zgryzu, źle dopasowane plomby, mostki, protezy, korony albo ... żucie gumy. To nie wszystkie przyczyny. Lekarze uważają, że zaciskanie zębów jest schorzeniem psychosomatycznym, podobnie jak np. choroba wrzodowa żołądka. A więc powodem bruksizmu, poza czynnikiem "zwarciowym" jest też czynnik " psychiczny" czyli po prostu długotrwały stres i silne napięcie. Dopiero współistnienie tych dwóch czynników oraz swoistej podatności tkankowej prowadzi do wystąpienia pełnych objawów schorzenia.
 
Zęby:

ścieranie i pękanie zębów
rozchwianie zębów
ubytki klinowe
 
Dziąsła:

zaniki przyzębia
krwawienia dziąseł
przygryzanie policzków
przygryzanie języka
 
Stawy skroniowo - żuchwowe:

bolesność okolicy stawów skroniowych lub kąta żuchwy
trzaski oraz przeskakiwanie żuchwy (nie zawsze) przy szerokim otwieraniu ust
zaburzony tor żuchwy przy otwieraniu lub zamykaniu ust
ograniczona ruchomość żuchwy
 
Mięśnie:

jedno lub obustronny przerost mięśni twarzy i ewentualnie szyi - tzw. "twarz kwadratowa"
bolesność samoistna lub uciskowa
przykurcze mięśniowe
ograniczona ruchomość głowy
 
Wzrok:

bolesność okolicy oczodołów
uczucie wysadzania oka
suchości oka
okresowe nieostre widzenie
 
Słuch:

szum w uszach
bóle ucha
zaburzenia równowagi
 
Diagnoza i leczenie bruksizmu:
 
Objawy tego schorzenia są bardzo charakterystyczne, dlatego stosunkowo łatwo je zdiagnozować. - Wszelkiego rodzaju dysfunkcje zwarcia zębów oraz zaburzenia balansu sił żucia ujawnione w trakcie specjalistycznych testów świadczą o bardzo dużym prawdopodobieństwie występowania bruksizmu. Należy jednak pamiętać, że przyczyn jego powstawania jest wiele. Informacje uzyskane z wywiadu lekarskiego dotyczące stylu życia, typu pracy, konstrukcji psychicznej pacjenta, przebytych chorób i urazów, aktualnych "innych" dolegliwości znacznie ułatwiają i przyśpieszają postawienie prawidłowej diagnozy.

Nie zawsze pomoże jeden specjalista. Leczenie jest wieloetapowe i wielospecjalistyczne. Oprócz opieki gnatofizjologicznej bardzo ważna jest współpraca ze stomatologami wszystkich specjalności, a przede wszystkim ortodontami i protetykami. Często lekarze polecają zakładanie na noc specjalnej nakładki na zęby /my jej nie polecamy/, która uniemożliwia ścieranie, wyrównanie zgryzu oraz ... relaks i zmianę trybu życia. Dlatego istotna jest również współpraca z neurologiem, psychologiem i terapeutą manualnym, oraz z ekspertami z wielu innych dziedzin, jeżeli pacjent cierpi na dodatkowe schorzenia.
Leki polecane i skuteczne: ogólnie wszystkie miorelaksanty, w tym Lorafen, Clonazepam, Diazepam, Hydroxyzyna, leki antydepresyjne oraz stosowane w leczeniu nerwic: Tranxene, i wiele innych. Równie skutecznym lekiem jest Lyrica /Pregabalina/. 
 .  Genowa terapia głuchoty.
 
 
Dzięki wstrzyknięciu niegroźnego wirusa wyposażonego w odpowiedni gen ma być możliwe przywracanie słuchu – informuje „New Scientist”.
 
Utrata słuchu często spowodowana jest przez uszkodzenie komórek rzęsatych w ślimaku ucha wewnętrznego. Komórki rzęsate mogą zostać uszkodzone przez hałas, niektóre choroby i leki (na przykład chemioterapeutyki czy pewne antybiotyki). Ludzkie komórki rzęsate – w odróżnieniu od występujących u ptaków czy ryb – nie są zdolne do regeneracji.
 
W roku 2003 naukowcy odkryli geny, które potrafią zmienić komórki podtrzymujące komórki rzęsate w same komórki rzęsate. Obecnie gotowa jest już opracowana przez zespół Hinricha Staeckera z University of Kansas Medical Center metoda, która ma przywracać słuch dzięki wstrzyknięciu niegroźnego wirusa, zawierającego gen Atoh1, zapoczątkowujący regenerację komórek rzęsatych. Podczas doświadczeń na myszach udało się osiągnąć poprawę słuchu aż o 20 decybeli.
Metoda powinna dać lepsze wyniki (na przykład gdy chodzi o rozpoznawanie mowy) niż aparaty słuchowe (tylko wzmacniają dźwięki) czy implanty ślimakowe - które nie wychwytują wszystkich częstotliwości odbieranych przez normalny słuch).
 
W rozpoczynających się w maju badaniach ma uczestniczyć 45 ochotników w wieku od 18 do 70 lat, którzy stracili słuch na skutek urazu lub choroby. Nie mogą to być głusi od urodzenia, ponieważ często nie występują u nich struktury podtrzymujące niezbędne do odbierania dźwięków komórki rzęsate. Dzięki wprowadzeniu wirusa bezpośrednio do ślimaka ochotnicy w ciągu dwóch miesięcy powinni odzyskać słuch.
 
Naukowcy nie spodziewają się wystąpienia skutków ubocznych – poza krótkotrwałymi zawrotami głowy lub nudnościami (często pojawiają się po zabiegach chirurgicznych dotyczących ucha). Podczas testów przedklinicznych specjaliści z firmy Novartis sprawdzali, czy wirus przedostał się do innych tkanek. Jak się jednak okazało, występował tylko w miejscu wstrzyknięcia. Miał też ograniczoną zdolność do rekombinacji z DNA ochotnika, co zmniejsza prawdopodobieństwo wystąpienia problemów.
 
Zdaniem Staeckera genetyczna terapia mogłaby pomóc 1-2 proc. wszystkich głuchych (tylko w USA jest około 7 milionów niesłyszących).
  Krótszy sen – większe ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2.
 
 
Badania wykazują na ogólna tendencję do skracania się czasu snu z 9 do 7 godzin na dobę, coraz częściej śpimy nawet poniżej 6 godzin na dobę. Często występują problemy zarówno z zasypianiem, jak i budzeniem się w nocy.
 
Ostatnie sondaże wskazują, że ponad 30% zarówno dorosłych Amerykanów, jak i Europejczyków śpi krócej niż 6 godzin na dobę. 42% Niemców skarży się na problemy ze snem – trudności w zasypianiu czy budzenie się w środku nocy. Jednocześnie obserwuje się zwiększenie występowania otyłości i cukrzycy typu 2. Czy istnieje jakiś związek między długością snu a tymi schorzeniami?
 
W badaniu NHS (Nurse Health Study) wykazano, że niezależnie od wartości BMI, ryzyko rozwoju cukrzycy typu 2 zwiększało się dwukrotnie u kobiet, które spały mniej niż 5 godzin na dobę, miało to związek ze zwiększeniem insulinooporności. Im krótszy sen, tym większe ryzyko wystąpienia cukrzycy.
 
Wykres zależności między długością snu a otyłością przyjmuje kształt litery U. Zarówno sen krótszy niż 6 godzin na dobę, jak i dłuższy niż 9 godzin ma związek z nadwagą.

Wpływ na zwiększoną częstość rozwoju cukrzycy ma nie tylko długość snu, ale też jego jakość. Kłopoty z zasypianiem czy częste budzenie się w nocy podwaja ryzyko wystąpienia zaburzeń węglowodanowych.

Zbyt długi sen ma związek z małą aktywnością fizyczną.

Zbyt krótki sen lub sen niskiej jakości spowodowany jest również małą aktywnością fizyczną wynikającą ze zmęczenia.

W przypadku zbyt krótkiego snu w patogenezie otyłości odgrywają rolę mechanizmy metaboliczne.

Krótki sen powoduje:
 
nadmierne pobudzenie układu sympatycznego
zmiany w produkcji hormonów: zmniejsza się stężenie leptyny, zwiększa stężenie greliny, co powoduje zwiększenie uczucia głodu
zmniejszenie wrażliwości na insulinę
zmniejszenie produkcji insuliny w adipocytach
zwiększenie stężenia kortyzolu.
Sen trwający tylko 4 godziny powoduje następnego dnia zwiększenie insulinooporności !
Postępowanie behawioralne – poprawa higieny snu:
 
unikanie drzemki poobiedniej
unikanie spożywania przekąsek podczas wieczornego oglądania telewizji
wprowadzenie technik relaksacyjnych przed snem ułatwiających zasypianie
wyłączanie telewizora 60 minut przed położeniem się do łóżka
zadbanie o komfort zasypiania – miłe otoczenie, krótki spacer, ćwiczenia relaksujące.
  Hipersomnie (nadmierna senność).
 
 
Hipersomnie to zaburzenia snu, których główne objawy to zbyt długi czas snu i/lub nadmierna senność w ciągu dnia.
Przyjmuje się, że zbyt długi czas snu to więcej niż 10 godzin. O nadmiernej senności mówi się, gdy wynik łączny w skali senności Epworth przekracza 10 punktów. Gdy przekracza on 15 punktów, mówi się o senności patologicznej.
 
Skala senności Epworth.

Proszę określić, jak duże było w ostatnim czasie prawdopodobieństwo zaśnięcia w wymienionych poniżej sytuacjach, w odróżnieniu od uczucia ogólnego zmęczenia. Jeśli Pan/i nie wykonywał/a tych czynności w ostatnim czasie, proszę je sobie wyobrazić i podać, jak wpłynęłyby one na Pana/ią.
Proszę posłużyć się poniższą skalą od 0 do 3 i wybrać cyfrę najbardziej pasującą do każdej sytuacji.
0 = zerowe prawdopodobieństwo zaśnięcia
1 = małe prawdopodobieństwo zaśnięcia
2 = średnie prawdopodobieństwo zaśnięcia
3 = duże prawdopodobieństwo zaśnięcia
 
siedzenie i czytanie
oglądanie telewizji
bierne siedzenie w miejscach publicznych (np. w teatrze, na zebraniu)
jako pasażer w samochodzie, jadąc przez godzinę bez odpoczynku
leżenie i odpoczywanie po południu, jeśli okoliczności na to pozwalają
w czasie rozmowy, siedząc
spokojne siedzenie po obiedzie bez alkoholu
w samochodzie, podczas kilkuminutowego postoju w korku lub na czerwonym świetle

suma punktów: .....

Częstość występowania i konsekwencje.

Wyniki badań epidemiologicznych wskazują, że w krajach rozwiniętych nadmierna senność w ciągu dnia jest częstą dolegliwością zdrowotną. Co najmniej przez kilka dni w miesiącu nadmierną senność, zaburzającą prawidłowe funkcjonowanie, odczuwa 18–25% badanych dorosłych. 11–14% badanych odczuwa senność co najmniej przez kilka dni w tygodniu; około 7–8% odczuwa ją niemal każdego dnia. Nadmierna długość snu i senność w ciągu dnia przeważnie bardziej zakłócają codzienne życie niż niedobór snu, na przykład w przebiegu bezsenności. Osoby senne gorzej funkcjonują intelektualnie, mają znaczne trudności w pracy i szkole, nie nadążają za otoczeniem, są często posądzane o lenistwo, częściej występują u nich zaburzenia metaboliczne (otyłość, cukrzyca, zaburzenia lipidowe), częściej sięgają po używki (palenie papierosów, picie kawy, przyjmowanie dopalaczy i nielegalnych substancji psychostymulujących), częściej upadają i ulegają wypadkom. Diagnozowanie oraz leczenie pacjentów z nadmierną sennością należy do głównych zadań ośrodków medycyny snu.
 
Klasyfikacja hipersomnii i przyczyny.

Pierwszym krokiem w rozpoznaniu przyczyn omawianych zaburzeń jest wykluczenie niedoboru snu. Czyni się to najczęściej poprzez zalecenie wydłużenia czasu snu w nocy co najmniej do 8 godzin przez minimum 4 tygodnie. Jeśli nie uzyska się poprawy, czyli zmniejszenia senności w ciągu dnia, diagnostykę rozpoczyna się od wykluczenia chorób somatycznych poprzez zebranie wywiadu, badanie lekarskie, pomiar ciśnienia tętniczego, wykonanie badania elektrokardiograficznego (EKG) oraz badań, które powinny wykluczyć m.in. cukrzycę (stężenie glukozy na czczo), choroby nerek (stężenie kreatyniny, jonogram), choroby wątroby (aktywność AST, ALT), przewlekłe stany zapalne (morfologia, OB), niedokrwistość (morfologia) i niedoczynność tarczycy (stężenie TSH). Konieczne jest również wykluczenie zaburzeń psychicznych, zwłaszcza depresji, dystymii oraz chorób neurologicznych.
 
Jeśli wykluczono choroby somatyczne, neurologiczne i psychiczne, a senność nie ustępuje, konieczna jest diagnostyka w kierunku pierwotnych zaburzeń snu, z których najczęstszą przyczyną nadmiernej senności w ciągu dnia są zaburzenia oddychania w czasie snu, czyli bezdech senny. Jeśli one również zostały wykluczone, konieczna jest specjalistyczna diagnostyka w ośrodku medycyny snu w kierunku hipersomnii pochodzenia ośrodkowego. Zalicza się do nich narkolepsję, hipersomnię idiopatyczną, hipersomnie okresowe (np. zespół Kleinego i Levine’a) oraz hipersomnie wynikające z zaburzeń jakości snu, na przykład powodowane występowaniem podczas snu okresowych ruchów kończyn i innych rzadszych przyczyn.
 
Diagnostyka hipersomnii pochodzenia ośrodkowego.

W celu rozpoznania hipersomnii pochodzenia ośrodkowego wykonuje się następujące badania: badanie polisomnograficzne, wielokrotny test latencji snu (multiple sleep latency test – MSLT) oraz test utrzymania czuwania (maintenance of wakefulness test – MWT).
 
Badanie polisomnograficzne – pełne badanie snu ze wzrokową i automatyczną analizą stadiów snu, parametrów układu krążenia i oddechowego, utlenowania krwi, EKG i ruchów kończyn podczas snu
Wielokrotny test latencji snu (MSLT) – rejestracja szybkości zasypiania/czynności bioelektrycznej mózgu (EEG) podczas pięciu 20–30-minutowych drzemek zaplanowanych co 2 godziny w ciągu dnia
Test utrzymania czuwania (MWT) – cztery 40-minutowe testy, podczas których badany siedzi w wygodnym fotelu, w ciemnym i cichym pomieszczeniu, starając się nie zasnąć; podczas każdego testu rejestruje się czynność bioelektryczną mózgu (EEG); test utrzymania czuwania jest wskazany u osób skarżących się na nadmierną senność, które wykonują pracę wymagającą utrzymania czujności.
 
Narkolepsja.

Narkolepsja jest hipersomnią związaną z uszkodzeniem bocznego podwzgórza, części mózgu odpowiedzialnej za produkowanie białek nazywanych hipokretynami lub oreksynami. W wyniku niedoboru tych białek, co można ocenić poprzez wykonanie punkcji lędźwiowej i oznaczenie stężenia hipokretyny w płynie mózgowo-rdzeniowym, chorzy na narkolepsję doświadczają 4 typowych objawów, określanych jako tetrada narkoleptyczna.
 
1. Nadmierna senność z atakami snu. Chorzy na narkolepsję, mimo że budzą się rano wyspani, już po kilku godzinach odczuwają tak nasiloną senność, że muszą się udać na krótkotrwałą drzemkę. Choć drzemka przynosi im ulgę i znowu czują się rześko, po kilku godzinach sytuacja się powtarza. Zasypianie wbrew woli jest bardzo typowe dla narkolepsji. W nasilonych postaciach choroby może występować co kilkanaście–kilkadziesiąt minut i w sposób nagły, dlatego nazywa się to atakami snu. Często dochodzi również do zasypiania w nietypowych, krępujących sytuacjach, na przykład podczas rozmowy z inną osobą, podczas posiłku, podczas zebrań w miejscach publicznych. Ataki snu mogą występować również w okolicznościach, które stanowią zagrożenie dla pacjenta i jego otoczenia, na przykład podczas prowadzenia samochodu.
 
2. Katapleksje. Jest to objaw najbardziej charakterystyczny dla narkolepsji. Oznacza nagłe zmniejszenie napięcia mięśni w sytuacjach emocjonalnych, na przykład radości, gniewu, zaskoczenia. Osoby chore mówią, że opada im wtedy głowa, otwierają się usta (opada żuchwa), nie mogą wyraźnie mówić, opadają im ramiona, przedmioty wypadają z rąk, uginają się kolana. W przypadku całkowitej katapleksji może dochodzić do upadków. Katapleksję należy różnicować z omdleniami powodowanymi zaburzeniami sercowo-krążeniowymi i innymi stanami z utratą przytomności, na przykład napadami nieświadomości, które są związane z napadami padaczkowymi. Różnicowanie powyższych zaburzeń z katapleksją nie jest trudne, ponieważ katapleksje nie prowadzą do utraty przytomności. Osoba chora nie jest w stanie się poruszyć, ale po ustąpieniu ataku dokładnie pamięta, co się z nią działo, a także co robiły i mówiły osoby znajdujące się w jej otoczeniu.
 
3. Halucynacje hipnagogiczne, czyli omamy przysenne. Podobne do marzeń sennych doznania wzrokowe i słuchowe, pojawiające się w okresie zasypiania. W tym czasie pacjenci z narkolepsją przeżywają często barwne sceny, „jakby w filmie”. Nierzadko mają one charakter zagrażający, na przykład pacjent widzi zbliżających się do niego złoczyńców.
 
4. Paraliż przysenny. Stan, w którym po wybudzeniu się ze snu osoba chora przez kilka do kilkunastu sekund nie jest w stanie się poruszyć, „czuje się, jakby była sparaliżowana”.
 
Epidemiologia.

Wbrew powszechnemu przekonaniu narkolepsja nie jest schorzeniem bardzo rzadkim. Częstość jej występowania w krajach zachodnio- i środkowoeuropejskich szacuje się na 1:2000 osób w populacji ogólnej. Oznaczałoby to, że w Polsce jest blisko 20 tys. chorych na narkolepsję. Liczba zdiagnozowanych przypadków nie przekracza jednak kilkuset, ponieważ choroba pozostaje najczęściej nierozpoznana. Wiele osób nie wie, że choruje i nie szuka albo nie otrzymuje właściwej pomocy. Stanowi to dla nich dużą szkodę, ponieważ narkolepsja ma ogromny negatywny wpływ na codzienne życie, a można ją skutecznie leczyć. Analiza przeprowadzona w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie w 2006 r. wykazała, że średni czas od zachorowania do ustalenia właściwego rozpoznania i rozpoczęcia leczenia wynosił wśród leczonych przez nas pacjentów ponad 8 lat.
 
Leczenie.

W leczeniu pacjentów cierpiących na hipersomnie pochodzenia ośrodkowego stosuje się metody behawioralne polegające na wydłużeniu czasu spędzanego w nocy w łóżku co najmniej do 8 godzin oraz planowaniu krótkich (<30 min) drzemek w ciągu dnia. Jeśli oddziaływania behawioralne i łagodne substancje stymulujące, na przykład kofeiny, nie dają poprawy, zaleca się przyjmowanie w dniach nauki/pracy leków stymulujących, takich jak modafinil, metylofenidat lub selegilina. Leczenie katapleksji umożliwia stosowanie leków przeciwdepresyjnych, takich jak wenlafaksyna, fluoksetyna, paroksetyna i klomipramina. W przypadku nasilonych zaburzeń snu nocnego i ciężkich katapleksji skuteczny jest hydroksymaślan sodu. Trwają badania poświęcone lekom o działaniu agonistycznym (aktywującym) na receptory hipokretynowe.
   Jak ćwiczyć, żeby to miało sens. SKINNY FAT. 
 
 
Przedstawiciele "Skinny fat" bardzo często wyglądają w ubraniu (odpowiednio dobranym) jak milion dolarów - szczupli, zgrabni i seksowni. Niestety, czar pryska, gdy pokażą się w bieliźnie lub na plaży i zobaczymy ich prawdziwy obraz.
 
"Skinny fat" to w dosłownym tłumaczeniu "chudy grubas". Wydaje się, że te dwa słowa stanowią oksymoron, a jednak idealnie opisują budowę ciała w/w osoby. Charakteryzująca się stosunkowo niskim poziomem tkanki tłuszczowej sylwetka wygląda po prostu źle - jest bezkształtna, sflaczała, ma cellulit i galaretowatą, wiszącą skórę oraz tzw. boczki. "Chudy grubas" nie wygląda jakby miał nadwagę, ale brakuje mu jędrności i jakichkolwiek mięśni.
 
Teraz pewnie wiele osób z "SF" stwierdzi, że dobrze im z niewidoczną otyłością; w końcu jest tyle modowych sztuczek i kombinacji, które umożliwiają ukrycie lekkich - ich zdaniem - niedoskonałości (wspomniane już boczki i cellulit). Jednak nie chodzi tu tylko o nieapetyczny wygląd. Osoba pozornie szczupła może mieć niebezpiecznie otłuszczone organy wewnętrzne, a nadmiar tłuszczy gromadzi się wokół tych organów, co stanowi zagrożenie dla organizmu.
 
Tłuszcz trzewny (otaczający organy wewnętrzne) jest niewidoczny i niewyczuwalny, jednak aktywny metabolicznie. Jego nadmiar może wpływać na zaburzenie funkcjonowania organów wewnętrznych (np. wątroby czy serca) i zwiększa ryzyko pojawienia się wielu problemów zdrowotnych, takich jak: miażdżyca, nadciśnienie tętnicze, choroby serca, cukrzyca typu II i udar mózgu.
 
Problem ten dotyczy najczęściej osób, które mają obsesję na punkcie swojej wagi. Wyznacznikiem ich "dobrego wyglądu" jest cyfra wyświetlająca się na wadze. Nie zwracają uwagi na wygląd swojego ciała i zawartość tkanki tłuszczowej w stosunku do masy mięśniowej.
 
Klasyczna waga nie jest dobrym wyznacznikiem naszego wyglądu, ani - co ważniejsze - stanu zdrowia, ponieważ nie uwzględnia składu ciała. Jeżeli odchudzamy się niewłaściwie, możemy zauważyć spadek wagi, lecz odbywa się to kosztem tkanki mięśniowej, a nie tłuszczowej - czyli w praktyce stajemy się jeszcze bardziej otyli.
 
Podstawowy problem "SF" to zbyt mało mięśni i zbyt dużo tłuszczu. Nie można zapominać, że mając mało mięśni, potrzeba jeszcze mniej tłuszczu, by je zobaczyć. Należy również pamiętać, że masa mięśniowa waży więcej niż masa tłuszczowa. Tak więc nie patrzmy jedynie na wskaźnik kilogramów.
 
Choć "Skinny fat" dotyczy zarówno kobiet, jak i mężczyzn, panie zdecydowanie częściej borykają się z tym problemem. To dlatego, że znacznie częściej niż panowie naiwnie wierzą w rozmaite diety-cud, a także niechętnie wykonują ćwiczenia z dodatkowym obciążeniem (boją się, że urosną im mięśnie!). W trosce o szczupłą sylwetkę stawiają na długie godziny spędzone na bieżni, steperze lub orbitreku, bo ktoś przeczytał, że od aerobów się najlepiej chudnie. Na dodatek uwielbiają wierzyć koleżankom, które zapewniają, że schudły na 10-dniowej głodówce i to było takie PROSTE.
 
Tym samym jest doskonały przepis na "Skinny fat", na którą składają się 3 elementy:
 
1.    Nadmierne ćwiczenia  cardio (aeroby)
2.    Rygorystyczne ograniczanie kalorii 
3.    Ćwiczenia z minimalnym obciążeniem, lecz z dużą ilością powtórzeń
 
Ćwiczenia cardio nie są naszym wrogiem, pod warunkiem, że pracujemy jednocześnie nad budowaniem mięśni i utrzymaniem szczupłej sylwetki. Bieganie, steper, rower - wszystko w porządku, jeśli na tym nie kończy się nasza aktywność. Aeroby nie powinny być bowiem jedyną drogą do uzyskania zgrabnej, jędrnej i wymodelowanej sylwetki.
 
Wykonując treningi aerobowe spalamy kalorie, co oczywiście pomaga w walce z nadmiarem tkanki tłuszczowej. Jednak pomijając trening siłowy narażamy mięśnie na katabolizm, czyli "spalamy" również masę mięśniową.
 
Pokarmem dla "SF" są również sesje cardio w połączeniu z rygorystyczną dietą, tj. z maksymalnym ograniczeniem spożycia kalorii. Stan ujemnego bilansu energetycznego zmniejsza poziom hormonów anabolicznych i hamuje syntezę białek. W efekcie tego spowalnia się także metabolizm. Gdy jest się na restrykcyjnej diecie i dodatkowo wprowadza się długie sesje cardio, organizm zamiast tracić sam tłuszcz zdecydowanie przyspiesza "spalanie" mięśni.
 
Pamiętajce: deficyt kaloryczny w połączeniu z dużą ilością cardio to potężny cios, który zaburza proporcje twojego ciała.
"SF" ma nieracjonalną dietę i zbyt dużo aerobowych ćwiczeń. Kolejną przyczyną bycia chudym grubasem jest wykonywanie ćwiczeń z minimalnym obciążeniem, lecz z dużą ilością powtórzeń. Jeżeli nie chcesz przypominać bezkształtnej masy pokrytej tkanką tłuszczową, lecz marzysz o wyrzeźbionej sylwetce, musisz rozpocząć ćwiczenia siłowe. Nie bójmy się, że rozrośniemy się jak kulturyści, trening z ciężarami może nam tylko pomóc.
 
Wiele kobiet unika treningu z obciążeniem z obawy przed znacznym wzrostem masy mięśniowej, co kojarzy z mało delikatnym wyglądem i sylwetką zbliżoną wizualnie do gladiatorów. Nic bardziej mylnego! Gospodarka hormonalna i układ ciała kobiecego bardzo różnią się od męskiego, w związku z tym kobieta w naturalny sposób nigdy nie osiągnie męskich gabarytów. Trening siłowy sprawia jedynie, że ciało staje się bardziej jędrne, zmieniają się proporcje - talia staje się węższa, brzuch jest twardy i płaski, ramiona i uda szczuplejsze.
 
Głównym problemem "Skinny fat" jest brak mięśni, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest skupienie się na budowaniu tkanki mięśniowej. Rady, które obiecują, że jeżdżąc godzinami na rowerze, czy biegając zagwarantują ci "wysmuklenie" możecie potraktować jako bajkę. Przysiady, wyciskanie sztangi, pompki, martwy ciąg - te ćwiczenia powinniście wprowadzić do swoich treningów.
 
Najlepszym rozwiązaniem wydaje się być połączenie treningu siłowego z klasycznymi aerobami o stałej intensywności lub interwałem o zmiennej intensywności. Dzięki ćwiczeniom z obciążeniem wzmacniamy mięśnie, ciało nabiera jędrności i pożądanych proporcji. Trening aerobowy pomaga spalić nadmiar tłuszczu, nie tylko tego widocznego gołym okiem, ale również tkanki wisceralnej (tłuszczu trzewnego), która stanowi zagrożenie dla naszego zdrowia.
Oprócz odpowiednich ćwiczeń, ważne jest właściwe żywienie. Przestańcie stosować diety cud, nie praktykujcie nowopojawiających się sposobów odchudzania wg kolejnych guru, zapomnijcie o głodówkach i nie skupiajcie się obsesyjnie na wadze. Dbajcie o swój metabolizm, racjonalnie się odżywiając - jedzcie 5-6 mniejszych posiłków dziennie. Białko, zdrowe tłuszcze i węglowodany - w odpowiednio dobranych proporcjach - są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu, ponieważ stanowią materiał budulcowy oraz energetyczny dla organizmu.
   Rocznie ponad 1,6 mln ludzi umiera z powodu nadmiernego spożycia soli.
 
 
Rocz­nie ponad 1,6 mln zgo­nów z po­wo­du cho­rób ukła­du krą­że­nia może mieć zwią­zek ze spo­ży­ciem nad­mier­nych ilo­ści sodu, któ­re­go głów­nym źró­dłem w die­cie jest sól, czyli chlo­rek sodu – wy­ni­ka z naj­now­szej ana­li­zy, która ob­ję­ła trzy czwar­te do­ro­słej po­pu­la­cji świa­ta.

Artykuł na ten temat zamieszcza pismo "New England Journal of Medicine".
 
"Te 1,6 mln odpowiada jednemu na 10 wszystkich zgonów z powodu chorób uładu krążenia na świecie"- komentuje współautor pracy dr Dariush Mozaffarian z Tufts University w Bostonie (Massachusetts, USA). Badacz przewodniczy międzynarodowej grupie ekspertów, która zajmuje się badaniem wpływu odżywiania się na zdrowie (Global Burden of Diseases, Nutrition, and Chronic Disease Expert Group - NUTRICODE). W jej skład wchodzi ponad 100 naukowców.
 
Jak przypomina Mozaffarian, spożycie dużych ilości sodu zwiększa ciśnienie tętnicze krwi, które jest głównym czynnikiem ryzyka chorób układu krążenia, w tym zawału serca i udaru mózgu. Głównym źródłem tego pierwiastka w diecie jest sól. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) w rekomendacjach z 2012 r. zaleca, by dziennie nie przekraczać spożycia 2 gramów sodu, co odpowiada 5 gramom soli kuchennej (zgodnie z danymi Instytutu Żywności i Żywienia przeciętny Polak konsumuje ok. 11 gramów soli dziennie).
 
Sól w diecie małego dziecka.
 
Dietetycy twierdzą jednogłośnie, że w diecie niemowląt i małych dzieci nie zaleca się dodawania do posiłków soli.
Mozaffarian razem z kolegami z innych ośrodków naukowych w USA i z Wielkiej Brytanii przeanalizował dane zebrane w 205 badaniach na temat spożycia sodu w 66 krajach, których mieszkańcy reprezentują niemal trzy czwarte dorosłej populacji świata. W badaniach tych konsumpcję sodu obliczano na podstawie składników codziennej diety i/lub badania moczu. Naukowcy przeprowadzili też metanalizę 103 badań, by ocenić wpływ redukcji spożycia sodu na ciśnienie krwi.
Okazało się, że średnie spożycie sodu na świecie w 2010 r. wyniosło 3,95 grama dziennie – czyli niemal dwukrotnie więcej niż rekomenduje WHO. Choć ilości te różnią się istotnie między poszczególnymi regionami – od 2,18 grama w krajach Afryki Subsaharyjskiej do 5,51 grama w Azji Środkowej - to mieszkańcy wszystkich regionów konsumują sód w namiarze.
Ogólnie, analiza wykazała, że ponad 1,6 mln zgonów rocznie z powodu chorób układu sercowo-naczyniowego można przypisać spożyciu sodu ponad normę rekomendowaną przez WHO – niemal 62 proc. z nich stanowiły zgony mężczyzn, a 38 proc. zgony kobiet. Cztery piąte z tych zgonów (ponad 84 proc.) miało miejsce w krajach biednych i średnio zamożnych, a dwie piąte (ponad 40 proc.) było przedwczesnych, tj. przed 70. rokiem życia.
 
Największy odsetek zgonów sercowo-naczyniowych związanych z nadmiarem sodu w diecie stwierdzono w środkowej Azji oraz krajach Europy środkowej i wschodniej. Krajem o największej liczbie zgonów z tym związanych okazała się być Gruzja (blisko 2 tys. zgonów na 1 mln na rok), najniższą śmiertelność związaną z nadmierną konsumpcją sodu stwierdzono w Kenii (4 zgony na 1 mln na rok).
 
Naukowcy wykazali też, że zmniejszenie spożycia sodu przyczyniało się do obniżenia ciśnienia krwi u dorosłych, a największy efekt obserwowano u osób starszych, czarnoskórych oraz pacjentów z nadciśnieniem.
"Programy mające na celu zmniejszenie spożycia sodu mogą okazać się praktycznym i wydajnym ekonomicznie sposobem redukcji przedwczesnych zgonów osób dorosłych na całym świecie" - skomentował współautor pracy John Powles z University of Cambridge (Wielka Brytania).
 
Autorzy podkreślają, że ilości spożywanego sodu w badanych krajach mogą być niedoszacowane. Ponadto, analiza skupiała się na chorobach układu krążenia, zatem negatywny wpływ nadmiernej konsumpcji sodu na zdrowie może być większy. Wiadomo, że nadmiar sodu w diecie ma również związek z wyższym ryzykiem chorób nerek i rakiem żołądka.
   Uzależnienie od drugiej osoby.
 
 
Czym jest uzależnienie od drugiej osoby?

O uzależnieniu w związkach czy o współuzależnieniu mówi się często, jako o podstawowym problemie, który nie pozwala człowiekowi stanąć na własnych nogach i podejmować własne wspierające go decyzje. Czym jest uzależnienie od drugiego człowieka, jak powstaje, czym się objawia i jak sobie z tym poradzić?
 

Czym jest i jak powstaje współuzależnienie ?

Człowiek jest uzależniony od innej osoby, jeżeli to od niej zależy ocena własna uzależnionego, kiedy chce akceptacji od drugiej ważnej dlań osoby, a nie ma szansy tego uzyskać. I nie ma tu znaczenia czy to jest dziecko łaknące uznania ze strony pijącego rodzica, czy partner/ka nieobliczalnego partnera/ki czy podwładny „silnego” szefa. Problem zaczyna się w momencie, gdy ważna dla nas osoba feruje wyroki, rzuca oceny nieobliczalnie. Za to samo raz można być nagradzanym, podnoszonym na duchu a innym razem zgniecionym słowem, skarconym wzrokiem czy ukaranym fizycznie. Jak wtedy zbudować zasady, na których opiera się funkcjonowanie świata? Jak dziecko ma ustalić, co jest „dobre”, czyli nagradzane a co „złe”, czyli powodujące negatywną ocenę? Uzależnienie najczęściej rodzi się w domu rodzinnym człowieka i potem jest życiowym „przekleństwem”, z który nie umiemy poradzić sobie w kolejnych związkach i to zarówno przyjacielskich jak i partnerskich oraz relacjach w pracy. Ciągle usiłujemy odkryć, jakimi zasadami rządzi się ważna dla nas osoba. Staramy się ze wszech sił znaleźć klucz do jej serca. Zaistnieć w jej oczach jako wartościowa jednostka. Ale nie wiem, jak byśmy się starali, nie osiągamy celu, bo świat tejże ważnej osoby nie rządzi się ustalonymi regułami, ale podlega emocjonalnym impulsom. Kiedy drugi jest w złym nastroju, sfrustrowany, podniecony… wyładowuje energię na otoczeniu. Daje upust swojemu złemu humorowi w nieobliczalny sposób. Stąd niemożność ustalenia zasad, jakimi kieruje się on w życiu. Stąd nasze frustracje, niska samoocena i przenoszenie tych wzorców na następne pokolenia.

Jak się objawia uzależnienie od drugiej osoby?
 
Człowiek jest uzależniony od innej osoby, jeżeli to od niej zależy ocena własna uzależnionego, kiedy chce akceptacji od drugiej ważnej dlań osoby, a nie ma szansy tego uzyskać. Myślenie takich osób nieustająco skierowane na zadowolenie drugiej osoby. Pragną, by była spokojna, bo tylko wtedy jest „obliczalna”, oceniamy swoje postępki w kategoriach, jak ona mogłaby na to zareagować, czy to się jej spodoba czy nie, jak ona postąpiłaby w tej sytuacji, jakie będą konsekwencje naszej decyzji, działania, reakcji.
 
Ludzie tacy są w stałym wewnętrznym kontakcie z drugim człowiekiem niezależnie od odległości, jaka nas dzieli i czasu, który upłynął od fizycznego rozstania z nią. Można powiedzieć, że do oceniają siebie, wybory, uczucia, myśli na podstawie cudzego zestawu przekonań, opierają się na cudzym kręgosłupie. Nie ma znaczenia czy tego drugiego postrzegają jako cudowną osobę, bez której nie potrafimy żyć, gdyż tylko ona nas dowartościowuje, czy też uciekają, nienawidzą, złoszczą się na nią. Sami nie stworzyli dostatecznie mocnego, stabilnego własnego „kręgosłupa” psychicznego. Albo pozwoliliśmy go sobie zniszczyć. Nawet osoba z wysoką samooceną natrafiwszy na partnera „nieobliczalnego”, czy takiegoż przełożonego w pracy, nauczyciela, współpracownika może stracić zaufanie do swojej oceny. Zbytnie zaangażowanie w więź i potrzeba zaakceptowania właśnie przez tego człowieka, rodzi zagrożenie uzależnienia się od niego, gdyż to on zaczyna nadawać nam wartość. A przy braku reguł, którymi operuje druga osoba, zaczynamy się gubić.
 
Jak poradzić sobie z tym problemem?
 
Teoretycznie sprawa jest prosta. Wystarczy zdecydować, w co wierzymy, co jest dla nas wartościowe w życiu, co chcemy w życiu osiągnąć na poziomie wartości. Ale dokonanie tego jest długotrwałym procesem „budzenia siebie do niezależności”. Punkt oceny dotyczący nas samych przenosimy z zewnątrz do wnętrza. Dzień po dniu zastanawiamy się, co jest dla nas ważne, szczególnie w dziedzinach, które sprawiają nam największe trudności. Dobrze jest rozmawiać o takich sprawach z osobami, które darzymy zaufaniem. Pomocne może być sięganie do książek – poradników, w których przystępnie omówiony jest dokuczający nam problem i są praktyczne wskazówki, co robić na co dzień, aby sobie z nim poradzić. Jedno jest pewne, aktywnie działamy, obserwujemy siebie, badamy swoje uczucia, docieramy do intencji, które w ten sposób chcemy zrealizować. Bierzemy życie w swoje ręce. To nie świat ma nas zaakceptować, to my sami mamy dokonać tego dzieła akceptacji siebie a wtedy okaże się, że i świat zewnętrzny jest nam bardziej przychylny.
 
Istotne jest rozwijanie pasji – czasem trzeba jej poszukać a potem rozwijać i pielęgnować. Czerpać z niej siłę, nie bać się nowych wyzwań i sukcesów. Podobnie jest z relacjami. Warto poszukać nowych, odświeżyć te, które zaniedbaliśmy. Pomocne jest szukanie grup wsparcia, forów dyskusyjnych. Trzeba po prostu zmienić sposób myślenia i sposób zachowania. Jeśli te metody nie przyniosą zmian pomóc może terapia. Zwykle osobom takim pomaga terapia skoncentrowana na problemie lub terapia wglądowa, o ile problem dotyczy długotrwałych i sztywnych wzorów przywiązania i budowania więzi.
   Męskie „muszę” prowadzi często do „nie mogę”.
 
 
Męskie „muszę” prowadzi często do „nie mogę”.
 
Mężczyźni stawiają sobie bardzo wysokie wymagania dotyczące ich seksualności. Brak edukacji, rywalizacja z innymi mężczyznami o „laur najsprawniejszego seksualnie”, a także czerpanie „wiedzy” z filmów pornograficznych tworzą zestaw przekonań oraz norm, którym starają się sprostać. Prowadzi to jednak często do zaburzeń w sferze seksualnej.

Męskie skargi.
 
Odwiedzający mnie pacjenci skarżą się na przykład, że „pierwszy seks” z partnerką się nie udał. Ubolewają, że są niemęscy, że nie potrafią usatysfakcjonować partnerki, że wytrysk jest zbyt wcześnie, albo wzwód nie taki, jak należy.
 
Seks jak misja specjalna.
 
Jednocześnie najczęstszy scenariusz owego „pierwszego seksu” zakłada, że ma się on odbyć w warunkach bardziej przypominających akcję bojowych oddziałów specjalnych: ma być szybko (bo mało czasu), cicho (bo może ktoś usłyszy i przeszkodzi), a przede wszystkim skutecznie (partnerka ma jęczeć jak aktorki porno). Mężczyźni traktują to jako wyzwanie dla swojej męskości.
 
Rzeczywistość rozmija się z oczekiwaniami.
 
Trudności dopełnia fakt, że jeśli jest to właśnie „pierwszy seks” w ogóle, to „wiedza praktyczna” jest póki co jedynie naiwnym życzeniem mężczyzny, który uważa, że wszystkiego nauczył się „z filmów”, choć nie ma to nic wspólnego z prawdziwym życiem intymnym.
 
Porażka na własne życzenie.
 
Powyższy scenariusz jest oczywiście gotowym przepisem na to, jak zafundować sobie katastrofę podczas pierwszego zbliżenia z wymarzoną kobietą. Wzbudzi to jedynie u mężczyzny silną potrzebę szybkiego zatarcia złego wrażenia, tak w oczach partnerki jak i własnych. Kolejne próby odbycia „super stosunku seksualnego”, dzięki któremu odzyska on wiarę w siebie, są tylko kwestią czasu.
 
Niestety pierwsze doświadczenie jest bardzo ważne. Zasieje ono ziarenko niepewności, które wykiełkuje z „tyłu głowy” mężczyzny i będzie mu dyskretnie przypominać, że już raz się nie udało… Są to myśli, które w czasie seksu, lub przed nim, staną się ważniejsze niż partnerka i podniecenie, które wywołuje. Myśli, które zabiorą całą radość z przeżywanej bliskości. Potem nastąpi katastrofa, która potwierdzi poprzednią.
 
Środki zaradcze.
 
Trzeba pamiętać, że seks ma swoje wymagania. Trzeba koniecznie zadbać o bezpieczne miejsce (nikt nie przeszkodzi!), dużo czasu (aby nie trzeba było się spieszyć) i zabezpieczenie przed chorobami przenoszonymi drogą płciową oraz niechcianą ciążą (obowiązkowo prezerwatywa). Do tego dodać należy coś, co budzi zawsze największe zdziwienie: porozmawiać z partnerką o tym, jak ten pierwszy raz może wyglądać, jakie są wspólne oczekiwania i obawy.
 
Do zapamiętania.
 
Drogi mężczyzno, okazjonalny brak wzwodu lub przedwczesny wytrysk nie sprawiają, że świat się kończy, a partnerka uzna Cię za niepełnowartościowego. To się zdarza. Nic więcej.
 
 
 
     WHO: Co 40 sekund ktoś popełnia samobójstwo.
 
Co 40 sekund ktoś popełnia samobójstwo, w tym prawie 1/3 takich osób - przez wypicie środka chwastobójczego. Co roku odbiera sobie życie więcej ludzi, niż ginie w wyniku zabójstw, konfliktów zbrojnych i klęsk żywiołowych - zaalarmowała w czwartek (4 września) w swoim raporcie WHO.

Oznacza to, że w ciągu całego roku na świecie 800 tys. ludzi popełnia samobójstwo, podczas gdy 500 tys. ginie zamordowanych, a 200 tys. traci życie w konfliktach zbrojnych lub w wyniku klęsk żywiołowych. Co roku ginie gwałtowną śmiercią łącznie z samobójcami 1,5 mln osób.
 
Dyrektor generalna WHO Margaret Chan powiedziała, że wnioski z około 100-stronicowego raportu stanowią "wezwanie do działania, aby zająć się tym problemem zdrowia publicznego, który zbyt długo traktowano jako tabu".
 
Z pierwszego raportu WHO na ten temat wynika, że około 75 proc. samobójstw popełniają ludzie w krajach biednych, o średnich dochodach i rozwijających się, a główne przyczyny to stres i problemy społeczno-gospodarcze.
 
Najwyższa stopa samobójstw występuje wśród ludzi w wieku ponad 70 lat, ale w niektórych krajach najczęściej zabijają się ludzie młodzi. W grupie wiekowej 15-29 lat samobójstwa są drugą przyczyną śmierci na całym świecie.
 
Światowa Organizacja Zdrowia określiła skalę samobójstw jako "nie do przyjęcia". Można im zapobiegać dzięki zastosowaniu polityki prewencyjnej, ponieważ ludzie odbierający sobie życie nie otrzymują pomocy, której potrzebują - powiedział dr Shekar Saxena, dyrektor wydziału zdrowia psychicznego WHO, przedstawiając raport w Genewie.
 
WHO zaapelowała, by m.in. zredukować dostęp do środków, za pomocą których ludzie zwykle odbierają sobie życie. Według raportu dowody z Australii, Kanady, Japonii, Nowej Zelandii, USA i Europy wskazują, że ograniczenie dostępu do tych środków powstrzymuje część ludzi przed targnięciem się na własne życie.
 
Najczęstsze metody odebrania sobie życia to wypicie pestycydu - ginie w ten sposób ok. 30 proc. samobójców w nieuprzywilejowanych rejonach rolniczych - oraz powieszenie się lub użycie broni palnej.
 
Częściej do samobójstwa uciekają się mieszkańcy Azji Południowo-Wschodniej - stopa samobójstw wynosi tam 17,7 na 100 tys. mieszkańców, w przeciwieństwie do krajów o tradycji katolickiej, jak Włochy (4,7) i Hiszpania (5,1), gdzie jest ona dużo niższa. Średnia światowa to 11,4 na 100 tys. mieszkańców. W Europie jest ona wyższa i wynosi 12 (czyli 35 tys. ofiar).
 
Wśród 20 krajów najbardziej dotkniętych samobójstwami jest sześć europejskich. Na Białorusi w 2000 roku średnia wynosiła 35,5, a w 2012 roku spadła do 18,3. Na Litwie w 2012 roku wyniosła ona 28,2, w Rosji - 19,5, na Węgrzech - 19,1, na Ukrainie - 16,8, w Polsce - 16,6, na Łotwie - 16,2, w Finlandii - 14,8 i w Belgii - 14,2.
 
Najwyższy na świecie wskaźnik samobójstw ma Gujana - 44,2, a po niej Korea Północna z 38,5 na 100 tys. mieszkańców. Najrzadziej samobójstwa popełniają w Arabii Saudyjskiej - 0,4.
Według WHO samobójstwo lub jego próba są nadal uważane za przestępstwo i karane w 35 krajach, szczególnie w Afryce i Ameryce Łacińskiej.
 
Cel, jaki stawia WHO, to zmniejszenie odsetka samobójstw do 2020 roku o 10 proc. Według raportu WHO jedynie w 28 krajach świata wprowadzono strategię zapobiegania samobójstwom.
 
Generalnie samobójstwo popełniają częściej mężczyźni niż kobiety. W krajach bogatszych zabija się trzykrotnie więcej mężczyzn niż kobiet, a zamach na własne życie popełniają najczęściej mężczyźni w wieku ponad 50 lat. Natomiast w krajach biednych i o średnich dochodach częściej samobójstwo popełniają ludzie młodzi i starsze kobiety. Samobójczyń powyżej 70. roku życia jest dwukrotnie więcej niż wśród kobiet w wieku 15-29 lat.
Raport WHO opublikowano przed zbliżającym się światowym dniem zapobiegania samobójstwom, który przypada w przyszłą środę (10 września).
 
Raport WHO nie podejmuje kwestii samobójstwa wspomaganego, jakie dopuszczalne jest w Szwajcarii. Jak powiedział Saxena, "jest to zbyt słabe zjawisko na planie statystycznym, aby można je było tu włączyć". W zeszłym roku w Szwajcarii, jak podaje AFP, doszło do 350 samobójstw wspomaganych. Wskaźnik zwykłych samobójstw, nieuwzględniający samobójstw wspomaganych, to 12,2 na 100 tys. mieszkańców.
  NSLPZ a ryzyko nawrotu raka piersi.
 
 
Opracowano na podstawie: NSAID Use Reduces Breast Cancer Recurrence in Overweight and Obese Women: Role of Prostaglandin–Aromatase Interactions.

Stosowanie niesteroidowych leków przeciwzapalnych o połowę zmniejsza ryzyko nawrotu raka piersi u kobiet otyłych – dowodzą badacze na łamach „Cancer Reaserch”.

Otyłość u kobiet wiąże się z podwyższeniem poziomu czynników stanu zapalnego poprzez wzrost aktywności makrofagów w tkance tłuszczowej i wzrost ekspresji cyklooksygenazy-2 (COX-2). Produkcja prostaglandyny E2stymuluje ekspresję aromatazy w tkance tłuszczowej, co powoduje wzrost obwodowej produkcji estrogenów, które mogą być odpowiedzialne za progresję raka piersi.

W badaniu opublikowanym w „Cancer Reaserch” wykazano, że codzienne przyjmowanie niesteroidowych leków przeciwzapalnych (NSLPZ), które hamują działanie COX-2, zmniejsza ryzyko nawrotu raka piersi z ekspresją receptorów estrogenowych (rak ER-pozytywny) u kobiet otyłych lub z nadwagą.
 
Retrospektywne badanie przeprowadzono na grupie 440 kobiet z inwazyjnym, ER-pozytywnym rakiem piersi, leczonych w Cancer Therapy and Reaserch Center (CTRC) University of Texas w San Antonio w latach 1987–2011. W grupie objętej badaniem 58,5% kobiet było otyłych (BMI > 30 kg/m2), a 25,8% miało nadwagę (BMI > 25 kg/m2). 81% pacjentek przyjmowało kwas acetylosalicylowy (ASA), a pozostałe inne leki z grupy NSLPZ.
 
Niektóre pacjentki przyjmowały dodatkowo statyny i kwas omega 3, ale po wyeliminowaniu wpływu innych leków o działaniu przeciwzapalnym, ASA nadal wykazywał działanie ochronne.
 
Wyniki badań pokazały, że kobiety otyłe, które regularnie przyjmowały ASA lub inny NSLPZ miały o 52% (OR: 0,48, 95% CI: 0,22–0,98) mniejsze ryzyko nawrotu raka piersi i o 28 miesięcy dłuższy średni czas bez wznowy.
 
– Nasze badania sugerują, że ograniczenie przewodnictwa stanu zapalnego, może być skutecznym, mniej toksycznym sposobem wpływania na pro-rakowe działanie otyłości i poprawę odpowiedzi pacjentki na leczenie hormonalne – mówi prof. deGraffenried z University of Texas w Austin.
 
– Wyniki badania sugerują, że NSLPZ mogą wspomagać leczenie hormonalne, umożliwiając w ten sposób pozostanie pacjentkom z rakiem piersi na leczeniu hormonalnym, bez konieczności stosowania chemioterapii, z jej niekorzystnymi działaniami niepożądanymi – twierdzi.
 
Badacze dodatkowo odtworzyli w laboratorium środowisko guza, wykorzystując w tym celu komórki rakowe, komórki tłuszczowe i komórki układu immunologicznego biorące udział w procesie zapalnym. W eksperymencie oceniali wpływ krwi pobranej od otyłych pacjentek na hodowle komórek rakowych ER-pozytywnego raka piersi. Zaobserwowali, że czynniki związane z otyłością powodują wzrost guza i oporność na leczenie poprzez stymulację makrofagów i wzrost ekspresji aromatazy w komórkach tłuszczowych.
 
– Te badania pokazują, że największą korzyść ze stosowania ASA i innych NSLPZ odniosą pacjentki chorujące na choroby o podłożu zapalnym, a nie tylko otyłe – podsumowuje prof. deGraffenried.
   Nowotwór skóry a alergia na metalowe wszczepy.
 
 
W Szkole Medycznej Uniwersytetu Waszyngtońskiego w St. Louis odkryto powiązanie owrzodzenia Marjolina z uczuleniem na metale znajdujące się we wszczepach ortopedycznych. Owrzodzenie Marjolina jest kolczystokomórkowym nowotworem, rozwijającym się na podłożu blizn i przewlekłych owrzodzeń.

U osób cierpiących na alergię takie metale, jak chrom, kobalt czy nikiel wchodzące w skład stopów używanych do produkcji wszczepów ortopedycznych mogą wywołać stan zapalny. Szczególnie dotyczy to pacjentów, którym metalowe części wszczepiono w pobliżu skóry. Powstały w taki sposób stan zapalny może się przekształcić w przewlekłe owrzodzenie sprzyjające nowotworowi skóry.
 
W czasopismie Journal of Clinical Investigation naukowcy opisali przypadek pacjentki, której po urazie wszczepiono w kostkę metalowy pręt. Po zabiegu w pobliżu miejsca wszczepu pojawiła się wysypka. Okazało się, że pacjentka miał uczulenie na nikiel. Zdecydowano więc o usunięciu wszczepu. Mimo to wysypka nie zniknęła, a – co więcej – po kilku latach przekształciła się w owrzodzenie Marjolina.
 
Rozpoznanie zadziwiło lekarzy, gdyż owrzodzenie Marjolina występuje dość rzadko. Choroba ta najczęściej pojawia się u pacjentów, którzy cierpią na nowotwory skóry, czego u chorej nigdy nie stwierdzono. Naukowcy wysunęli więc hipotezę, że zapalenie może być związane z wszczepem i przeprowadzili eksperyment na mysim modelu alergii kontaktowej.
Okazało się, że alergia kontaktowa powoduje gromadzenie w miejscu wysypki komórek i cząsteczek zapalnych. Długa obecność alergenu, tak jak się to dzieje w przypadku implantu, powoduje zwiększoną aktywność komórek i cząsteczek w miejscu reakcji, co sprzyja rozwojowi raka.
 
Zespół naukowców zbadał komórki i cząsteczki biorące udział w przewlekłej alergii kontaktowej i zidentyfikował te, które były powiązane z rozwojem nowotworu. Niektóre komórki i cząsteczki pozyskano również w wyniku biopsji kostki pacjentki. Obecnie lekarze ustalają, jakie komórki zapalne najbardziej przyczyniają się do rozwoju nowotworu.
 
Lekarze ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Waszyngtońskiego twierdzą, że pacjentów z metalowymi wszczepami umieszczonymi w pobliżu skóry należy obserwować pod kątem stanów zapalnych. Być może pacjenci przed zabiegami wszczepienia implantów będą poddawani testom wrażliwości na metale.
  Przewlekły idiopatyczny ból twarzy (PIBT)
 
 
 
 
 
Ból w obrębie twarzy nie jest zjawiskiem rzadkim, choć większość dolegliwości, zwłaszcza ból ostry, związany jest z problemami ze strony zębów i może być skutecznie leczony przez stomatologów. Problem pojawia się, jeśli ból ma charakter przewlekły. Zespoły przewlekłego bólu twarzy występują rzadziej, i jeśli dotyczą struktur innych niż zęby – stają się problemem diagnostycznym i terapeutycznym dla wielu specjalistów. Trudno jednoznacznie określić częstotliwość występowania bólu twarzy w ogólnej populacji. Rzadkie występowanie przewlekłych bólów twarzy, brak obiektywnych testów diagnostycznych i szeroki zakres przyczyn i objawów sprawiają, że postawienie właściwego rozpoznania jest trudne dla lekarza, który na co dzień zajmuje się bólem tylko jako jednym z wielu objawów.
 

Bóle twarzy mają kilka odmiennych cech fizjologicznych w porównaniu z rdzeniowym systemem nocyceptywnym. Badania z ostatnich lat potwierdziły wcześniejsze przypuszczenia, że struktury odpowiedzialne za powstawanie dolegliwości bólowych wchodzą w interakcje z terminalami zakończeń nerwu trójdzielnego za pośrednictwem m.in. neurotrofin, kanałów jonowych i receptorów. W badaniach obrazowych (funkcjonalny NMR) u pacjentów z PIBT odnotowano istotne różnice w odpowiedzi na bodziec bólowy: zmniejszenie przepływu krwi w okolicach kory przedczołowej i zwiększenie przepływu krwi w obrębie przedniego zakrętu obręczy. Te różnice mogą być odpowiedzialne za podtrzymywanie bólu poprzez zaburzenie procesów hamowania w zakresie struktur korowych i układu limbicznego. Ponadto zostały udowodnione różnice płciowe w obwodowym działaniu niektórych substancji chemicznych oddziałujących za pośrednictwem receptorów. Zachodzące w obwodowych strukturach układu nerwowego zjawiska fizjologiczne odmienne u obu płci mogą wpływać na różnice w występowaniu zespołów bólowych w obrębie twarzy.
 
 
 
Używa się wielu określeń, aby opisać ból występujący w PIBT. Najczęściej opisywany jest jako tępy, dokuczliwy, nękający. Może mieć nagłe zaostrzenia, nasila się przy stresie. Ból może być opisywany zarówno jako powierzchowny, jak i głęboki. Z czasem może rozprzestrzeniać się w okolicy głowy i szyi.
 

PIBT może współistnieć z innymi zespołami bólu funkcjonalnego, np. z zespołem jelita drażliwego. Dodatkowo jest związany z zaburzeniami psychicznymi i psychospołecznymi. Może być indukowany przez nieznaczny uraz, ale także istotne uszkodzenie w zakresie obwodowego nerwu. Może także powstać po drobnych zabiegach operacyjnych w obrębie twarzy, szczęki, zębów, dziąseł i utrzymywać się pomimo wygojenia się tkanek, bez wyraźnej przyczyny miejscowej. Jednak psychofizjologiczne i neuropsychologiczne testy mogą wykazywać zaburzenia czucia. Rozpoznanie wymaga dokładnej analizy badania przedmiotowego, symptomów zespołu bólowego oraz diagnostyki radiologicznej czaszki i zatok, ze szczególnym uwzględnieniem oceny podstawy czaszki w tomografii komputerowej (TK). Diagnozę PIBT można postawić, jeśli wykluczono inne przyczyny dolegliwości w obrębie twarzy. Radiograficzne badania obrazowe, (KT) lub rezonans magnetyczny (MR) twarzoczaszki nie wykazują istotnych odchyleń od normy i są wskazane jedynie wtedy, kiedy wywiad i badanie kliniczne wskazują potrzebę ich wykonania.
 

Cechy kliniczne.
 

Lokalizacja, promieniowanie: na początku zazwyczaj PIBT jest ograniczony do określonego obszaru po jednej stronie twarzy, ból jest głęboki, słabo zlokalizowany, niezwiązany z zakresem unerwienia, ale pojawia się w zakresie unerwienia nerwu V. Wraz z czasem rozprzestrzenia się na większy obszar twarzy, niekiedy występuje obustronnie. Może obejmować obszar górnej części karku i potylicę.
 

Charakter: stały dokuczliwy, gniotący, nużący, ostry lub palący. Ból ma charakter stały, ale zdarzają się okresy ulgi. Ból może być zmienny w natężeniu, występuje głównie u chorych w młodym wieku.
 

Nasilenie: zróżnicowane w ciągu dnia, od słabego do umiarkowanego. W większości przypadków ból ustępuje w godzinach nocnych.
 

Czas trwania, częstotliwość: dolegliwości występują codziennie, utrzymują się przez więcej niż 2 godziny. Dolegliwości mogą mieć charakter ciągły lub przerywany.
 

Czynniki nasilające: stres, zmęczenie, żucie nasilają dolegliwości bólowe.
 

Czynniki przynoszące ulgę: odpoczynek, relaks.
 

Czynniki związane: często występuje wraz z innymi zespołami bólu przewlekłego, jak zespół jelita drażliwego, przewlekły uogólniony ból, bóle głowy, bóle pleców.
 

Czynniki potencjalizujące wystąpienie PIBT: płeć żeńska, nadmierna troska o własne zdrowie, zachowania bólowe w celu uzyskania środków finansowych (zachowania bólowe u pacjentów z bólem funkcjonalnym często ukierunkowane na pozyskanie świadczeń rentowych lub uzyskanie niezdolności do pracy), inne objawy somatyczne, ostatnio występujące przykre zdarzenie, które może mieć związek z pojawieniem się dolegliwości. Nie występują zaburzenia czucia i inne deficyty neurologiczne.
 

Aspekty psychologiczne PIBT.
 

Z PIBT często wiąże się lęk, depresja, skłonność do katastrofizowania bólu, pogorszenie jakości życia. Występowanie tej dolegliwości w 80% dotyczy kobiet, szczyt zachorowania przypada między 40.–50. rokiem życia. U ponad 30% pacjentów z bólami twarzy występują zaburzenia lękowe. U pacjentów z PIBT zmiany osobowości są utrwalone i mają swoje odzwierciedlenie w pasywnym trybie życia i depresji prowadzącej do nadużycia leków, co komplikuje proces prawidłowej diagnozy i efektywnego leczenia. Doznania bólowe mogą być zmniejszone poprzez relaksację, odwrócenie uwagi czy wyzwolenie pozytywnych emocji, istotne jest także zaufanie terapeucie. Ze względu na złożony charakter dolegliwości w przypadku PIBT, wskazuje się na biopsychospołeczny model powstawania bólu, a sposobem podejścia terapeutycznego jest wielokierunkowe leczenie obejmujące swym zakresem liczne czynniki wpływające na obraz bólu u poszczególnych pacjentów. Szczególną rolę odgrywa edukacja pacjenta i wyjaśnienie złożonego charakteru schorzenia.
 

Leczenie.
 

Należy podjąć leczenie farmakologiczne, które najczęściej polega na postępowaniu empirycznym, ponieważ jest niewiele badań kontrolowanych potwierdzających skuteczność farmakoterapii u pacjentów z PIBT. Trójpierścieniowe leki przeciwdepresyjne należą do leków, które są często stosowane u pacjentów z bólami twarzy. Ich skuteczność została potwierdzona w badaniach randomizowanych. Zastosowanie małych dawek amitryptyliny, hydroxyzyny, często leków pierwszej linii, przynosiło zmniejszenie natężenia bólu w czasie krótszym niż można by się spodziewać efektu przeciwdepresyjnego (efekt przeciwdepresyjny uzyskuje się po ok. 6–8 tygodniach od rozpoczęcia leczenia, natomiast efekt przeciwbólowy obserwuje się nawet po 1–2 tygodniach od rozpoczęcia leczenia, stosowane dawki leków są znacznie mniejsze niż w leczeniu depresji). Fluoksetyna stosowana w dawce 20 mg/dobę u osób z bólem twarzy, bez towarzyszącej depresji, przynosiła ulgę w dolegliwościach bólowych, stąd można rozważać przydatność tego leku w leczeniu PIBT. W randomizowanym badaniu kontrolowanym wykazano największą skuteczność Welnafaksyny, Pregabaliny /Liryca/, Clonazepamu, Baclofenu które to leki mogą być stosowane zarówno w monoterapii, lecz najlepsze rezultaty przynosi ich łączenie.
 

Istotną rolę w uzyskaniu poprawy stanu klinicznego odgrywa edukacja pacjenta. Uświadomienie przyczyny choroby, wyjaśnienie jej istoty i podjęcie wspólnie z pacjentem najbardziej akceptowanej i dogodnej formy terapii może decydować o powodzeniu leczenia. Podkreśla się przydatność psychoterapii w leczeniu PIBT, szczególnie terapia poznawczo-behawioralna może być efektywna, chociaż kontrolowane badania nie potwierdziły jednoznacznie jej skuteczności. Jeśli chory wykazuje ewidentne zaburzenia osobowości skojarzone z wystąpieniem PIBT, należy wdrożyć postępowanie psychoterapeutyczne. Spośród innych metod psychologicznych, które można zastosować w PIBT, jest hipnoterapia. Szczególnie dobre efekty uzyskiwano u pacjentów bardzo podatnych na hipnozę.
 

W terapii PIBT stosuje się również elektrostymulację TENS, laseroterapię, a w wybranych przypadkach elektrostymulację za pomocą elektrod zaimplantowanych do zwoju Gassera lub do wzgórza. Pojedyncze badania kontrolowane wskazują na skuteczność przezskórnej elektrostymulacji w leczeniu pacjentów z PIBT. Podobnie, jak wynika z badania Yanga, zastosowanie lasera biostymulującego może być skuteczną metodą postępowania u pacjentów z PIBT. Spośród licznych stosowanych metod medycyny alternatywnej i komplementarnej wiele z nich nie ma dobrze udokumentowanej skuteczności. W leczeniu PIBT akupunkturą czy relaksacja w pojedynczych badaniach kontrolowanych ma udokumentowaną skuteczność, natomiast dla wielu innych metod wyniki nie są jednoznaczne.
 

Rzadką postacią PIBT jest obustronny nietypowy, stały, palący ból twarzy, o nieznanej etiologii, występujący prawie wyłącznie u kobiet (w każdym wieku). Bólowi temu mogą towarzyszyć zaburzenia czucia (dyzestezja, hipoestezja, parestezje) oraz zaburzenia osobowości (wskazana psychoterapia); nie jest on również wyzwalany przez nienocyceptywną stymulację w zakresie obszaru bólowego (nienocyceptywna stymulacja, czyli np. dotyk, delikatny ucisk, czy inne bodźce, które u zdrowych osób nie powodują bólu, w tej grupie pacjentów mogą wyzwolić ból). Nie ma skutecznej terapii tej postaci PIBT i najważniejszym zadaniem terapeuty jest ochrona chorego przed nieodpowiednim postępowaniem terapeutycznym.
Leczenie pacjentów z PIBT jest na ogół bardzo trudne. Należy brać pod uwagę nie tylko doznania fizyczne, ale istotny dla tego schorzenia aspekt emocjonalny dolegliwości. Mało prawdopodobne, aby za pomocą jednej metody leczenia lub jednego leku poprawić stan pacjenta. Dlatego wskazuje się na rolę leczenia wielokierunkowego u pacjentów z PIBT. Szczególną rolę odgrywa informacja i edukacja pacjenta na temat istoty schorzenia i możliwości terapeutycznych. Wczesne rozpoznanie i rozpoczęcie leczenia warunkuje znacznie lepszy efekt terapeutyczny.
 

Bóle twarzy mają kilka odmiennych cech fizjologicznych w porównaniu z rdzeniowym systemem nocyceptywnym. Badania z ostatnich lat potwierdziły wcześniejsze przypuszczenia, że struktury odpowiedzialne za powstawanie dolegliwości bólowych wchodzą w interakcje z terminalami zakończeń nerwu trójdzielnego za pośrednictwem m.in. neurotrofin, kanałów jonowych i receptorów. W badaniach obrazowych (funkcjonalny NMR) u pacjentów z PIBT odnotowano istotne różnice w odpowiedzi na bodziec bólowy: zmniejszenie przepływu krwi w okolicach kory przedczołowej i zwiększenie przepływu krwi w obrębie przedniego zakrętu obręczy. Te różnice mogą być odpowiedzialne za podtrzymywanie bólu poprzez zaburzenie procesów hamowania w zakresie struktur korowych i układu limbicznego. Ponadto zostały udowodnione różnice płciowe w obwodowym działaniu niektórych substancji chemicznych oddziałujących za pośrednictwem receptorów. Zachodzące w obwodowych strukturach układu nerwowego zjawiska fizjologiczne odmienne u obu płci mogą wpływać na różnice w występowaniu zespołów bólowych w obrębie twarzy.
 

Używa się wielu określeń, aby opisać ból występujący w PIBT. Najczęściej opisywany jest jako tępy, dokuczliwy, nękający. Może mieć nagłe zaostrzenia, nasila się przy stresie. Ból może być opisywany zarówno jako powierzchowny, jak i głęboki. Z czasem może rozprzestrzeniać się w okolicy głowy i szyi.
 

PIBT może współistnieć z innymi zespołami bólu funkcjonalnego, np. z zespołem jelita drażliwego. Dodatkowo jest związany z zaburzeniami psychicznymi i psychospołecznymi. Może być indukowany przez nieznaczny uraz, ale także istotne uszkodzenie w zakresie obwodowego nerwu. Może także powstać po drobnych zabiegach operacyjnych w obrębie twarzy, szczęki, zębów, dziąseł i utrzymywać się pomimo wygojenia się tkanek, bez wyraźnej przyczyny miejscowej. Jednak psychofizjologiczne i neuropsychologiczne testy mogą wykazywać zaburzenia czucia. Rozpoznanie wymaga dokładnej analizy badania przedmiotowego, symptomów zespołu bólowego oraz diagnostyki radiologicznej czaszki i zatok, ze szczególnym uwzględnieniem oceny podstawy czaszki w tomografii komputerowej (TK). Diagnozę PIBT można postawić, jeśli wykluczono inne przyczyny dolegliwości w obrębie twarzy. Radiograficzne badania obrazowe, (KT) lub rezonans magnetyczny (MR) twarzoczaszki nie wykazują istotnych odchyleń od normy i są wskazane jedynie wtedy, kiedy wywiad i badanie kliniczne wskazują potrzebę ich wykonania.
 

Cechy kliniczne.
 

Lokalizacja, promieniowanie: na początku zazwyczaj PIBT jest ograniczony do określonego obszaru po jednej stronie twarzy, ból jest głęboki, słabo zlokalizowany, niezwiązany z zakresem unerwienia, ale pojawia się w zakresie unerwienia nerwu V. Wraz z czasem rozprzestrzenia się na większy obszar twarzy, niekiedy występuje obustronnie. Może obejmować obszar górnej części karku i potylicę.
 

Charakter: stały dokuczliwy, gniotący, nużący, ostry lub palący. Ból ma charakter stały, ale zdarzają się okresy ulgi. Ból może być zmienny w natężeniu, występuje głównie u chorych w młodym wieku.
 

Nasilenie: zróżnicowane w ciągu dnia, od słabego do umiarkowanego. W większości przypadków ból ustępuje w godzinach nocnych.
 

Czas trwania, częstotliwość: dolegliwości występują codziennie, utrzymują się przez więcej niż 2 godziny. Dolegliwości mogą mieć charakter ciągły lub przerywany.
 

Czynniki nasilające: stres, zmęczenie, żucie nasilają dolegliwości bólowe.
 
 
 
Czynniki przynoszące ulgę: odpoczynek, relaks.
 
 
 
Czynniki związane: często występuje wraz z innymi zespołami bólu przewlekłego, jak zespół jelita drażliwego, przewlekły uogólniony ból, bóle głowy, bóle pleców.
 
 
 
Czynniki potencjalizujące wystąpienie PIBT: płeć żeńska, nadmierna troska o własne zdrowie, zachowania bólowe w celu uzyskania środków finansowych (zachowania bólowe u pacjentów z bólem funkcjonalnym często ukierunkowane na pozyskanie świadczeń rentowych lub uzyskanie niezdolności do pracy), inne objawy somatyczne, ostatnio występujące przykre zdarzenie, które może mieć związek z pojawieniem się dolegliwości. Nie występują zaburzenia czucia i inne deficyty neurologiczne.
 
 
 
Aspekty psychologiczne PIBT.
 

Z PIBT często wiąże się lęk, depresja, skłonność do katastrofizowania bólu, pogorszenie jakości życia. Występowanie tej dolegliwości w 80% dotyczy kobiet, szczyt zachorowania przypada między 40.–50. rokiem życia. U ponad 30% pacjentów z bólami twarzy występują zaburzenia lękowe. U pacjentów z PIBT zmiany osobowości są utrwalone i mają swoje odzwierciedlenie w pasywnym trybie życia i depresji prowadzącej do nadużycia leków, co komplikuje proces prawidłowej diagnozy i efektywnego leczenia. Doznania bólowe mogą być zmniejszone poprzez relaksację, odwrócenie uwagi czy wyzwolenie pozytywnych emocji, istotne jest także zaufanie terapeucie. Ze względu na złożony charakter dolegliwości w przypadku PIBT, wskazuje się na biopsychospołeczny model powstawania bólu, a sposobem podejścia terapeutycznego jest wielokierunkowe leczenie obejmujące swym zakresem liczne czynniki wpływające na obraz bólu u poszczególnych pacjentów. Szczególną rolę odgrywa edukacja pacjenta i wyjaśnienie złożonego charakteru schorzenia.
 
 
 
 
Sed pede ullamcorper amet ullamcorper primis, nam pretium suspendisse neque, a phasellus sit pulvinar vel integer.
 SERCE A TESTOSTERON.
 
 
Grupa Koordynacyjna ds. Procedur Wzajemnego Uznania i Zdecentralizowanej dla produktów leczniczych stosowanych u ludzi (CMDh), ciało regulacyjne reprezentujące państwa członkowskie UE, przyjęła jednogłośnie, że nie ma jednoznacznych dowodów na zwiększone ryzyko występowania problemów z sercem przy stosowaniu leków zawierających testosteron u mężczyzn, którym brakuje tego hormonu (schorzenie określane jako hipogonadyzm). Jednak druki informacyjne zostaną uzupełnione zgodnie z najnowszymi danymi dotyczącymi bezpieczeństwa i uwzględnią ostrzeżenia mówiące, że brak testosteronu powinien manifestować się objawami podmiotowymi i przedmiotowymi oraz być potwierdzony badaniami laboratoryjnymi przed rozpoczęciem leczenia.
 
Stanowisko CMDh zostało opracowane przez Komitet ds. Oceny Ryzyka w Ramach Nadzoru nad Bezpieczeństwem Farmakoterapii EMA (ang. Pharmacovigilance Risk Assessment Committee; PRAC), który przeanalizował ryzyko występowania poważnych problemów z pracą serca i układu krążenia, w szczególności zawałów serca, u pacjentów leczonych tymi lekami.

Przegląd danych rozpoczęto ponieważ niektóre z najnowszych badań sugerowały wzrost ryzyka wystąpienia problemów z sercem u mężczyzn stosujących testosteron, w porównaniu z mężczyznami, którzy nie przyjmują tego leku. PRAC rozpatrzył te badania oraz dane pochodzące z innych badań i analiz, oraz informacje dotyczące bezpieczeństwa zbierane od czasu wprowadzenia leku do obrotu.
 
Na tej podstawie PRAC stwierdził, że dowody na ryzyko wywoływanie problemów z sercem nie są jednoznaczne; niektóre badania sugerowały wzrost ryzyka, podczas gdy inne – nie, a niektóre z badań były tak zaprojektowane, że nie można z nich wysnuć wniosków. PRAC także zwrócił uwagę na to, że sam testosteron może zwiększać ryzyko występowania problemów z sercem.
 
PRAC zalecił aktualizację druków informacyjnych zgodnie z najnowszymi dowodami, uwzględniając ostrzeżenia dla osób, które mogą być narażone na większe ryzyko wystąpienia problemów z sercem. Druki informacyjne powinny także zawierać jasną informację mówiącą, że testosteron należy stosować jedynie w przypadku wyjątkowo niskiego poziomu tego hormonu manifestującego się objawami podmiotowymi i przedmiotowymi, oraz potwierdzonego odpowiednimi badaniami laboratoryjnymi.
 
Poziom testosteronu może naturalnie spadać z wiekiem, ale wyrównanie go nie jest jednym ze wskazań dopuszczonym dla stosowania tego leku w UE. PRAC uznał także, że ryzyko działania na serce i układ krążenia oraz wszelkie możliwe mechanizmy występowania takich działań należy nadal monitorować, a informacje z trwających badań powinny być dostarczane w ramach kolejnej oceny bezpieczeństwa (której te leki, podobnie jak wszystkie leki dopuszczone w UE, podlegają).
 
CMDh zatwierdziła zalecenia PRAC jednogłośnie i zostaną one wdrożone przez państwa członkowskie, w których te leki są dopuszczone do obrotu, zgodnie z ustalonym kalendarzem.
  RAK PIERSI U MĘŻCZYZN. 
 
Mężczyzna po podwójnej mastektomii tłumaczy, dlaczego mężczyźni powinni się badać i bez obaw szukać pomocy onkologicznej.
 
Giles Cooper nie jest próżny, ale po podwójnej mastektomii, jaką przeszedł niedawno, widok klatki piersiowej pozbawionej sutków, za to z ogromną poprzeczną blizną, pozostałością po operacji, sprawia mu ból za każdym razem, gdy patrzy na siebie w lustrze.
 
- Oczywiście to nie tak jak w przypadku kobiet, gdy utrata piersi zmienia figurę – mówi Brytyjczyk. – U mężczyzny sylwetka w zasadzie jest ta sama. Ale czuję się inaczej i zastanawiam, czy kiedyś rozbiorę się na plaży.
Przypadek Coopera, 53-letniego geodety z hrabstwa Gloucestershire, zainteresował badaczy zajmujących się rakiem piersi. Ten typ nowotworu stosunkowo rzadko występuje u mężczyzn - w Wielkiej Brytanii rocznie diagnozuje się go u 350 panów i 50 tysięcy kobiet. Tym razem jednak rozpoznanie nie było zaskoczeniem, bo na raka gruczołu sutkowego zmarli ojciec i wuj Coopera. – Mamy w rodzinie wadliwy gen – zauważa mężczyzna.
 
Profilaktyka i wiedza na temat raka piersi koncentruje się głównie na kobietach, dlatego jak podkreśla Cooper, tak ważne jest informowanie mężczyzn o zagrożeniu. - Organizacje zajmujące się rakiem piersi nie mówią o tym, że ta choroba dotyka także nas, mężczyzn. Może to i rzadki typ nowotworu, ale mężczyźni powinni wiedzieć, że istnieje i sprawdzać, czy w piersiach nie ma jakichś zmian - mówi.

Ojciec Coopera, Stephen, zmarł na raka piersi w 2004 roku w wieku 77 lat. – Wiele wskazuje, że tato przez kilka lat miał guza, ale nic z tym nie zrobił – mówi Cooper. – Tamto pokolenie jest przekonane, że mężczyźni nie chorują na raka piersi. Gdy zdecydował się iść z tym do lekarza, było za późno. Doszło do przerzutów w obu piersiach i w tarczycy.
 
- To był dla nas ogromny szok. Tato nigdy dużo nie mówił, był skrytym i dumnym mężczyzną. Do lekarza zabierał nas, gdy byliśmy umierający - wspomina. – Na pewno byłoby mu ciężko przyznać się do guza.
 
Wuj Christopher, młodszy brat jego ojca, zmarł na raka piersi dwa lata później. W tym momencie cała rodzina uświadomiła sobie, że oni wszyscy, i mężczyźni i kobiety mogą być zagrożeni. Jednocześnie okazało się, że testy na obecność mutacji genów BRCA1 i BRCA2, utożsamianych z nowotworem piersi, u wuja dały wynik negatywny.
 
- Po tych wynikach nie chcieli zrobić mi testów – mówi Cooper. – Powiedzieli tylko, że ja i moje rodzeństwo [Cooper ma dwie starsze siostry, Julię i Alison, u żadnej nie stwierdzono zmian rakowych] jesteśmy w grupie ryzyka i poradzili, żebyśmy na siebie uważali. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy nie powinni zalecić nam badania mammograficznego.
Cooper zaczął regularnie kontrolować piersi. W tym samym roku, w którym zmarł jego wuj, w jego prawej piersi pojawił się niewielki guz, ale testy wykazały, że nie jest złośliwy. W sierpniu tego roku w tej samej piersi znalazł kolejnego guza. Po testach i biopsji w miejscowym szpitalu – wspomina, że był jedynym mężczyzną z tą przypadłością - zdiagnozowano u niego nowotwór inwazyjny drugiego stopnia.
 
Ze względu na niewielką ilość tkanki mężczyznom z nowotworem sutka zwykle proponuje się mastektomię zamiast leczenia operacyjnego, oszczędzającego pierś. W przypadku Coopera ze względu na historię występowania raka w rodzinie, lekarze zalecili amputację obu piersi.
 
- Zdecydowałem się na podwójną mastektomię, bo jestem jeszcze relatywnie młody i nie chcę przechodzić tego samego za pięć czy dziesięć lat – tłumaczy. – Najlepiej podsumował to anestezjolog, który usypiał mnie przed operacją. Powiedział, że robi to od 20 lat, ale po raz pierwszych usypia do tej operacji mężczyznę.
 
Dwugodzinny zabieg przeprowadzony we wrześniu w szpitalu Nuffield w Cheltenham zakończył się pomyślnie, ale późniejsze testy wykazały obecność komórek rakowych w węźle wartowniczym w prawym dole pachowym. Na szczęście nie stwierdzono przerzutów do innych węzłów chłonnych, usuniętych podczas kolejnej operacji dwa tygodnie później.
 
Fragment pobranego od niego wycinka wysłano do USA, gdzie przeprowadzono test o nazwie Oncotype DX. To nowe i bardzo przydatne narzędzie diagnostyczne pozwala określić ryzyko nawrotu choroby i stwierdzić, czy chemoterapia będzie dla pacjenta korzystna. Test Oncotype DX w Wielkiej Brytanii kosztuje około dwóch tysięcy funtów, tamtejszy NFZ zaleca go kobietom z rakiem piersi bez przerzutów, ale na razie jego dostępność jest ograniczona.
 
- Test wykazał niewielkie ryzyko nawrotu nowotworu, okazało się, że nie potrzebuję chemoterapii, ale zalecono mi radioterapię – mówi Cooper. Od tamtej pory stale przyjmuje tamoksyfen, lek hormonalny o działaniu antyestrogenowym, bo podobnie jak 90 proc. przypadków raka piersi u mężczyzn, jego choroba miała związek z nadmiarem estrogenu. Mimo dobrego wyniku wciąż jest niespokojny. – Kłopot w tym, że dane na temat tego testu i w ogóle leczenia raka piersi dotyczą kobiet – zauważa. – Nie ma bazy danych dotyczących raka piersi u mężczyzn.
 
Ten problem dostrzega też James Bristol, chirurg, który operował Coopera. Jak tłumaczy, ze względu na rzadkość występowania choroby przemysł farmaceutyczny nie inwestuje w badania i poszukiwanie nowych terapii dla mężczyzn. Bristol zaproponował, by Association of Breast Cancer Surgeons, brytyjska organizacja zrzeszająca chirurgów specjalizujących się w nowotworze piersi, założyła ogólnokrajowy rejestr pacjentów mężczyzn i gromadziła szczegółowe informacje o zastosowanych terapiach i ich skutkach.
 
- Brak dokładnych danych na temat terapii mężczyzn zmusza nas do korzystania z wyników badań na kobietach – wyjaśnia chirurg, który swojemu pacjentowi zaproponował badanie genetyczne. Informacje na temat genetycznej historii rodziny przydadzą się 22-letniemu synowi i 18-letniej córce Coopera, ale też jego siostrom, ich pięciorgu dzieci, a także kuzynom, w tym dzieciom wujka Christophera.
 
- W badaniach genetycznych nastąpił spory postęp od czasów, gdy badano jego wujka w 2006 roku – mówi Bristol. – Wiadomo, że w genomie Gilesa jest mutacja, której wtedy nie udało się zidentyfikować, ale niewykluczone, że teraz już można to zrobić. Czynnik genetyczny jest tu wysoce prawdopodobny, a jego dzieci na 50 procent są nosicielami tej samej mutacji, dlatego w ich przypadku regularne testy to konieczność.
 
Dr Nick Orr, genetyk z organizacji onkologicznej Breakthrough Breast Cancer, przyznaje, że wciąż zbyt mało wiadomo o chorobie u mężczyzn. Orr uczestniczy w badaniach nad czynnikami genetycznymi i środowiskowymi wpływającymi na rozwój raka, prowadzonymi wspólnie z brytyjskim Instytutem Badań nad Rakiem. Badaniami objęto dwa tysiące mężczyzn - to największy eksperyment tego typu na świecie. Naukowiec zidentyfikował już jeden gen utożsamiany z nowotworem piersi u mężczyzn - RAD1B. W sumie pięć genów związanych z rakiem piersi u kobiet znacząco wpływa na występowanie tej choroby u mężczyzn.
 
- Badanie wskazuje, że jest wiele podobieństw w biologii nowotworu piersi u mężczyzn i kobiet – mówi Orr. – Istnieją jednak niewielkie różnice w oddziaływaniu genów rakowych. Badanie jest na dość wczesnym etapie, ale rezultaty już dają nadzieję na możliwość opracowania terapii adresowanych do mężczyzn z rakiem piersi.
 
Ostatnie kilka miesięcy było dla Gilesa Coopera huśtawką emocjonalną. Pacjent przyznaje, że przeszkadza mu brak sutków, które z czasem będzie można zrekonstruować lub wytatuować. Mężczyznom zwykle nie proponuje się rekonstrukcji piersi.
- Na razie nie wiem, co robić – przyznaje. – Wielu facetów pewnie uznałoby, że nie ma co zawracać sobie głowy, ale gdy wieczorem na siebie patrzę, widzę tylko tę ogromną bliznę i czuję się nieswojo.
 
Zdaniem dr Orra rak piersi stygmatyzuje mężczyzn, stąd silne opory przed przyznaniem się do choroby. – Mężczyźnie niełatwo zgłosić się do onkologa z objawami, a jeszcze trudniej przyznać się do raka piersi znajomym i rodzinie, dlatego tak ważna jest wiedza o tej chorobie w społeczeństwie.
   Causes of Colon Cancer.
 
 
Age. Colon cancer most commonly occurs in people over 50, however it can occur in younger people. It is important for people to know the Consumption of alcohol. Drinking excessive amounts of alcohol has been linked to colon cancer. 
Family history of colon cancer. Research tells us that colon cancer can be genetic, meaning it can be passed down to our family members through a defected gene. If you have a family history of colon cancer, discuss your risk factor with your doctor.

Personal history of colon cancer. If you personally have had colon cancer before, you are more at risk at developing it again. This is even true if it was successfully treated.
Inflammatory bowel disease. Having chronic inflammatory bowel disease puts you at a higher risk for developing colon cancer. IBD is a condition in which the colon suffers from inflammation for a period of time.
Polyps. Colon cancer can develop from polyps , extra tissue growths.

Obesity. Being overweight can increase your risk factor for developing colon cancer. Lack of exercise is also a contributor to the increase of one's colon cancer risk factor.
Diet high in fat. A diet high in fat, especially animal fat, not only raises your risk factor of being overweight, it increases your risk factor for colon cancer.

Smoking. Smoking increases your risk factor many types of cancer, colon cancer included. Smokers are 20%-30% more likely to die of colon cancer than non-smoking people with the disease. Smoking may be the culprit of at least 12% of colon cancer cases.

Diabetes. People with diabetes have an increased risk factor for developing colon cancer. In fact, it is estimated that they have a 30-40% increased risk factor.
   Poczucie winy u przedszkolaków zwiastunem depresji. 
 
 
Silne poczucie winy u ludzi dorosłych jest objawem depresji, ale u dzieci przedszkolnych może być jej zwiastunem, jak również innych zaburzeń psychicznych – twierdzą psychiatrzy amerykańscy na łamach „JAMA Psychiatry”.
Po raz pierwszy wykazali oni, że świadczą o tym rozmiary tzw. wyspy przedniej (anterior insula), fragmentu mózgu związanego z percepcją, emocjami i samooceną, wpływającego także na rozwój zaburzeń nastroju, napadów lęku i schizofrenii.
 
Psycholog George Washington University prof. Michelle New twierdzi, że wskazują na to wieloletnie obserwacje 145 dzieci, mających w chwili ich rozpoczęcia od trzeciego do szóstego roku życia. Zbadano wtedy ich poczucie winy oraz poddano je diagnozie psychiatrycznej.
 
Po kilku latach, gdy badane dzieci były w wieku od siódmego do trzynastego roku życia, co 18. miesięcy poddawaniu je obrazowaniu mózgu przy użyciu funkcjonalnego rezonansu magnetycznego. Chodziło o to, żeby ocenić rozmiary wyspy przedniej.
 
Z badań specjalistów amerykańskich wynika, że dzieci wykazujące patologiczne poczucie winy mają mniejsze rozmiary wyspy przedniej i są bardziej podatne na depresję w późniejszym wieku. Ten ośrodek mózgu jest mniejszy nawet u tych dzieci, które wykazują zbyt silne poczucie winy, jednak nie mają jeszcze objawów depresji.
 
Dzieci z mniejszą wyspą przednią, gdy zachorują na depresję, są również bardziej podatne na jej nawroty. Poza tym wykazują większa skłonność do innych zaburzeń psychicznych, takich jak napady lęku, nerwice natręctw oraz choroba afektywna dwubiegunowa.
 
Nie ma jednak pewności czy silne poczucie winy doprowadza do depresji, czy jest raczej odwrotnie. Być może dzieci bardziej predysponowane do depresji, wcześniej ujawniają już patologiczne poczucie winy.
 
Prof. Michelle New twierdzi, że po raz pierwszy udało się wykazać, że badaniem mózgu można wykryć u niektórych dzieci skłonności anatomiczne do zaburzeń psychicznych, wymagające wczesnego rozpoczęcia leczenia, zanim jeszcze w pełni się one ujawnią. Zapowiada, że badania te będą kontynuowane przez kolejne 5 lat.
   Neuroanatomiczne podłoże słuchu absolutnego.
 
 
Słuch absolutny to wynik ścisłej współpracy dwóch obszarów mózgu: kory słuchowej i grzbietowej części płata czołowego – zawiadamiają naukowcy na łamach „Journal of Neuroscience”.
 
Badacze z Uniwersytetu w Zurychu (Szwajcaria) znaleźli neuroanatomiczne podłoże słuchu absolutnego. Za pomocą badania EEG ustalili, że słuch absolutny jest konsekwencją sprzężenia kory słuchowej odpowiedzialnej za percepcję dźwięków oraz grzbietowej części płata czołowego, mieszczącej funkcje związane z pamięcią. Tym samym pogodzili ze sobą dwie sprzeczne teorie.
 
Słuch absolutny lub słuch doskonały to zdolność do identyfikowania bezwzględnej wysokości dźwięku bez korzystania z żadnych punktów odniesienia. Niewielu członków populacji może pochwalić się tą umiejętnością. Jest ona znacznie bardziej rozpowszechniona wśród profesjonalnych muzyków. Uważa się, że posiadaczami słuchu absolutnego byli wielcy kompozytorzy np. Mozart, Bach i Beethoven.
 
Do tej pory odnotowano dwie główne teorie usiłujące wyjaśnić procesy leżące u podłoża słuchu absolutnego.
Według jednej z nich osoby z doskonałym słuchem przetwarzają dźwięki na bardzo wczesnym etapie percepcji i kategoryzują je podobnie jak dźwięki mowy. Odbywa się to w pierwszorzędowej i drugorzędowej korze słuchowej.
 
Zgodnie z drugą teorią słuch absolutny jest konsekwencją późnego przetwarzania dźwięków i wykorzystywania w tym celu informacji zawartych w pamięci. Tutaj główną rolę odgrywa grzbietowa część płata czołowego.
 
„Zatem każda z tych teorii cechuje się zupełnie odmiennymi założeniami co do momentu rozpoznania dźwięków i anatomicznego umiejscowienia słuchu absolutnego i istnieją dowody wspierające obie hipotezy” – komentuje prof. Lutz Jaencke, koordynator badania.
 
Teraz naukowcy zaobserwowali, że u osób ze słuchem absolutnym występuje silna synchronizacja obu rejonów mózgu (kory słuchowej i grzbietowej części płata czołowego) w stanie spoczynku. Nie stwierdzono podobnej zależności u innych badanych.
„To sprzężenie umożliwia szczególnie wydajną wymianę informacji pomiędzy korą słuchową a grzbietową częścią kory czołowej u osób ze słuchem absolutnym, co oznacza, że dane percepcyjne i pamięciowe mogą być zestawiane ze sobą szybko i efektywnie” – mówi Stefan Elmer, jeden z badaczy.
 
„Wyniki naszego badania pokazują, że dwa regiony mózgu – kora słuchowa i grzbietowa część płata czołowego – współpracują ze sobą w celu uzyskania słuchu absolutnego. Dzięki temu jesteśmy w stanie połączyć dwie sprzeczne teorie oferujące wyjaśnienie dla tego zjawiska” – dodaje.
   EFEDRYNA.
 
 
Co to jest efedryna? 

Doczekała się miana najskuteczniejszego i najbardziej kontrowersyjnego składnika odchudzającego. Jej niechlubną opinię opisuje się przez pryzmat „kopa”, jaki wywołuje. Po jej zażyciu się chudnie – to fakt. Jednak poza tym odczuwa się inne symptomy: ból głowy, nerwowość i gwałtowne skoki ciśnienie krwi (osiągające wartość nawet dwu-trzykrotnie wyższą niż normalnie).
 
Efedryna to substancja amfeminopodobna, stosowana w tradycyjnej medycynie od ponad pięciu tysięcy lat.
W sporcie efedryna kwalifikowana jest do grupy środków dopingujących.
 
Działanie.
 
Efedryna jest najefektywniej działającą substancją pomagającą w odchudzaniu. Pomaga spalać tłuszcz, przy jednoczesnym zachowaniu mięśni, co jest bardzo trudne do osiągnięcia w przypadku innych znanych dzisiaj składników preparatów odchudzających (z tego powodu jest wysoko oceniana przez kulturystów). Badania nad efedryną wykazały, że substancja ta pozwala zwiększyć tempo utraty wagi o 0,8 kilograma, a w połączeniu z innymi czynnymi substancjami (np. kofeiną) o kilogram. Efedryna zażywana systematycznie zwiększa przemianę materii o 10%.
 
Stosowana jest również jako specyfik leczący astmę. W połączeniu z kofeiną bardzo znacząco wpływa na funkcjonowanie układu nerwowego. W innych badaniach efedryna pomogła utracić 4,5 kg tłuszczu i jednocześnie zwiększyć beztłuszczową masę ciała o 2,8 kg. Tym sposobem otrzymano dowód, pozwalający twierdzić, ze efedryna nie tylko pomaga w spalaniu tłuszczu, ale również kształtuje cenną masę mięśniową.
 
Efedryna zmniejsza również łaknienie, co uznawane jest za źródło skuteczności w zmniejszeniu wagi, jakie uzyskuje się przy okazji stosowania efedryny. Przyjmowanie jej przed treningiem może skutkować zwiększeniem wydolności fizycznej. Dzięki efedrynie można ćwiczyć dłużej i bardziej intensywnie. Organizm jest pobudzony, wolniej się męczy.
 
Skutki uboczne.
 
Działanie efedryny, mimo jej powszechności, ciągle nie zostało w pełni poznane. Z tego właśnie powodu substancja ta wzbudza tyle kontrowersji. Jej zażywanie może wywoływać wiele skutków ubocznych:
 
suchość w ustach
drżenie rąk
bezsenność
halucynacje
manie
bóle głowy
trądzik
nerwowość
duszności
obrzęk płuc
potliwość
podniecenie
zwiększenie wydzielania moczu
podwyższone ciśnienie krwi
choroba wieńcowa
trzykrotny wzrost palpitacji serca
podwyższa poziom insuliny we krwi
uzależnienie, które prowadzi do nadużywania (odnotowano kilka przypadków śmiertelnego przedawkowania efedryny)
 
Efedryny bezwzględnie nie powinny stosować osoby mające problemy z podwyższonym ciśnieniem krwi, osoby z cukrzycą lub charakteryzujące się odpornością na działanie insuliny.
   Nerwica.
 
 
Nerwica (zaburzenia nerwicowe) to rodzaj zaburzeń psychicznych, które wywołują czysto somatyczne objawy. Należą do nich m.in. bóle głowy, duszności, kołatanie serca, nudności, wymioty, drętwienie kończyn i innych części ciała, biegunki, zaparcia, osłabienie, zaburzenia czynności seksualnych (u mężczyzn są to najczęściej problemy z potencją, a u kobiet brak satysfakcji seksualnej).
 
Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) podstawowe objawy nerwicy to:
 
- silny lęk,
- objawy histeryczne,
- fobie,
- objawy obsesyjne i kompulsywne
- depresja.
 

W nerwicy dochodzi do zakłócenia procesów psychicznych, co prowadzi do określonych objawów z zakresu zachowania (np. unikania jakichś miejsc, natrętnego dotykania przedmiotów), pewnych przeżyć (pojawiają się natrętne myśli, lęki) lub dolegliwości somatycznych (bicie serca, ból głowy). Co ważne jednak, objawy te, choć często uniemożliwiają choremu normalne funkcjonowanie, nie oznaczają uszkodzenia układów czy narządów ciała. Innymi słowy, chory wpada w błędne koło. Lęk wywołuje objawy somatyczne, które z kolei nasilają lęk.
 
Przyczyny nerwicy.

Chorobę wywołuje kompilacja kilku czynników: ogólnego stanu psychofizycznego, trudnych sytuacji życiowych (zwłaszcza tych wywołujących długotrwały stres i urazy psychiczne) oraz tzw. konfliktów wewnętrznych, często tak mocno zepchniętych do podświadomości, że aż nieuświadomionych. Najczęściej mają one związek z wymaganiami społecznymi, pełnioną rolą społeczną lub zewnętrznymi oczekiwaniami, a tym, czego dana osoba rzeczywiście chce i pragnie.
 
Jak rozpoznać zaburzenia nerwicowe.

Naj­czę­ściej na po­cząt­ku chory na ner­wi­cę nie wie, co mu do­le­ga. "Za­czy­na się od po­je­dyn­cze­go ataku. Idziesz lub je­dziesz i nagle, bez żad­nej za­po­wie­dzi, nie mo­żesz zła­pać tchu albo czu­jesz, że ko­ła­cze ci serce albo od­czu­wasz prze­szy­wa­ją­ce go­rą­co lub może lęk".
 
To wszyst­ko ob­ja­wy za­bu­rzeń ner­wi­co­wych, które, jak się sza­cu­je, mogą do­ty­kać nawet 20-25 proc. ludzi na świe­cie.  Najczęściej ludzie wy­ma­ga­ją kon­sul­ta­cji le­kar­skiej i spe­cja­li­stycz­ne­go le­cze­nia w po­sta­ci psy­cho­te­ra­pii lub far­ma­ko­lo­gii. Są i tacy, któ­rzy swo­ich do­le­gli­wo­ści nie łączą z tą jedną z naj­po­pu­lar­niej­szych cho­rób o pod­ło­żu psy­chicz­nym. Zwłasz­cza że nie ma jed­nej ner­wi­cy.
 
Za­bu­rzeń ner­wi­co­wych jest wiele, na­le­żą do nich m.​in.
 
- fobie,
- nerwice natręctw,
- zaburzenia somatyczne,
- nerwice depresyjne,
- nerwice związane z ciężkim stresem.
 

Rzad­ko też dia­gno­zu­je się jedną po­stać ner­wi­cy. Naj­czę­ściej u cho­rych wy­stę­pu­ją tzw. typy mie­sza­ne.
 
 
  Depresja, samotność, nerwica - życie w 21 wieku.
 
 
Wywiad z. prof. Janusz Heitzmanem z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.
 
Mamy ładne mieszkania, dobre samochody, płaskie telewizory i zagraniczne wakacje. I tyle samo co na Zachodzie depresji, psychoz, samobójstw oraz brutalny rynek pracy.
 
Aby nadążyć za światem, stawiamy sobie coraz bardziej wyśrubowane cele. Musimy być lepsi i płacimy za to najwyższą cenę. Ze swoimi zasobami odporności psychicznej i możliwością reakcji na stres jesteśmy nieprzystosowani do zmian, które wokół nas zachodzą. Ale rozwój odbywa się kosztem naszego życia. Kontakty z ludźmi są płytsze i ograniczone czasem.
Kto z nas pracuje osiem godzin? Zostajemy po godzinach, bierzemy pracę do domu. Siedzimy do drugiej w nocy. Jesteśmy niedospani. Żyjemy syndromem piątku. Czego nie zrobiliśmy przez pięć dni, to w piątek wieczorem zaplanujemy, jak to nadgonimy przez weekend. A od poniedziałku znów zastanawiamy się, jak zadowolić szefa, który będzie oczekiwał nowych pomysłów.
 
Jesteśmy jednym z najdłużej pracujących narodów w Europie. Chcąc nadgonić dystans do Zachodu, poświęcamy czas potrzebny na regenerację i życie osobiste.
 
Kraj ze szkodliwymi warunkami.
 
- Z powodu zaburzeń psychicznych leczy się dziś dwa razy więcej Polaków niż na początku lat 90. Czy dzieje się tak dlatego, że leczenie jest bardziej dostępne, a szpitale na tym zarabiają? Większa liczba chorych wynika z narastania zagrożeń cywilizacyjnych. Powierzchowne relacje z innymi ludźmi, osamotnienie, bezrobocie, emigracja zarobkowa, pogoń za pieniędzmi, narastanie konkurencji pracowniczej, mobbing, brak ochrony socjalnej.
W relacjach zaczyna dominować agresja będąca wynikiem osobistej frustracji - niezaspokojonych potrzeb, szukania winnych, "że znowu innym wyszło, a nie mnie".
 
Podam kilka liczb:
* Między 1990 a 2004 r. częstotliwość rozpoznań zaburzeń psychotycznych (czyli m.in. schizofrenii, psychozy) wzrosła o 85 proc., a zaburzeń niepsychotycznych (np. lękowych, związanych ze stresem) o 220 proc. (raport Narodowy Program Zdrowia Psychicznego z 2009 r.).
* Polacy biorą też coraz więcej leków antydepresyjnych. W 2001 r. wykupiono 10 mln opakowań takich leków, a w 2009 r. już 13 mln (dane IMS Health).
* W 2012 r. 85 proc. Polaków stwierdziło, że warunki życia w naszym kraju są szkodliwe dla zdrowia psychicznego (badanie CBOS).
* W Polsce w 1989 r. życie odebrało sobie 3657 osób, a w 2013 r. 6097. W PRL byliśmy mniej samotni. Dziś pozostajemy sami z problemami psychicznymi. Zwykle to najbliżsi namawiają albo wręcz prowadzą chorego za rękę na wizytę u psychiatry.
Teraz te więzi są słabe. Pomoc nie przychodzi na czas. Samobójstwo staje się jedynym sposobem rozwiązania sytuacji beznadziejnych. Byle skończyć z życiem w zagrożeniu i napięciu.
 
Przed transformacją w 1989 r. depresji było znacznie mniej. Mieliśmy przede wszystkim problem z uzależnieniem od alkoholu. Frustrację ludzi budziło to, że tracą energię na użeranie się z absurdalnymi sytuacjami, jak kolejki, cenzura, pustki w sklepach. Tempo życia było wolniejsze. Gdy życie przyspieszyło, pojawiło się poczucie lęku, że nie zdążymy, że rozczarujemy, że przegramy. Mózg pracuje na wyższych obrotach i jeśli ten stan utrzymuje się latami, to nie wytrzymujemy.
Dla większości Polaków transformacja dała nadzieję na lepsze życie i sukces. Ale dla całkiem sporej grupy Polaków tamta zmiana niosła ze sobą poczucie lęku. Grupa około miliona osób związanych z PZPR, służbami, władzą plus ich rodziny, czyli w sumie z 5 mln ludzi, zaczęła się bać o to, co będzie, jak żyć z niewiadomą jutra. W społeczeństwie funkcjonowali z piętnem ludzi przegranych. Ich dzieci słyszały: "Na tych drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści", i traciły poczucie bezpieczeństwa.
 
Niewielu interesowało też, co dzieje się w odrapanych popegeerowskich blokach. A tam wielka grupa ludzi z dnia na dzień straciła poczucie stabilności ekonomicznej, bezpieczeństwa socjalnego. Ludzie ci zaczęli żyć w przekonaniu, że są niepotrzebni.
 
Trudno w nowej Polsce miały też osoby mniej przedsiębiorcze, które nie rozumiały nowych zasad gry rynkowej. Uciekały np. na rentę, popadając w coraz większy stres i degradację zdrowia.
 
Przypomniała mi pani moje słowa sprzed prawie 20 lat: "Łatwo jednej lub drugiej stronie wywołać stany społecznego lęku, przerażenia przed konkretnym zagrożeniem - choćby przed władzą politycznych przeciwników". Część społeczeństwa wciąż reaguje histerycznie na sytuację polityczną, a wzajemne przepychanki wskrzeszają lęki społeczne.
 
Politycy wykorzystują ten sam sprawdzony mechanizm: straszą sobą nawzajem, rozbudzają nadzieję na zmiany, wykazują niespełnione obietnice przeciwników, przypominają niezaspokojone potrzeby. To budzi frustrację w społeczeństwie, nasila uprzedzenia i agresję. Podatne są na to osoby, które wychowane były w postawie, by winy za własne niepowodzenia szukać na zewnątrz. Szukają grup społecznych, które mogą uznać za wroga i obwinić za nieszczęścia.
 
W latach 90. byli to komuniści i postkomuniści, jak zawsze dyżurni Żydzi, dzisiaj doszły nowe ofiary: geje, lesbijki, obcy. Ta agresja buzująca w społeczeństwie szuka ujścia, ostatnio na pogrzebie gen. Jaruzelskiego.
Chcieliśmy dogonić Europę. I doganiamy
- Czy 25 lat temu zaczęliśmy układać nasz świat w zły sposób? Nie dało się inaczej. Chcieliśmy dogonić Europę w standardzie codziennego funkcjonowania. Mamy ładne mieszkania, dobre samochody, płaskie telewizory i zagraniczne wakacje. Ale też podobną liczbę depresji, psychoz, samobójstw i brutalny rynek pracy. Trudniej nam sobie radzić z tymi problemami, bo w porównaniu z Zachodem jesteśmy wciąż za biedni, by państwo gwarantowało nam na właściwym poziomie dostęp do opieki zdrowotnej, do nowoczesnych leków, do opieki socjalnej.
 
Czy to oznacza, że kapitalizm przyczynia się do rozwoju depresji? Istota kapitalizmu, czyli prywatna własność środków produkcji, na pewno nie. Ale to, co nam przyniósł, czyli konkurencję rynkową, ten wyścig szczurów, poczucie niepewności zatrudnienia, może wpływać na rozwój stanów depresyjnych. W przypadku pojedynczego człowieka lęki i poczucie niepewności powodują, że koncentruje się on tylko na sobie, przestaje myśleć przyszłościowo i prospołecznie.
Powszechność takich odczuć prowadzi do bierności społecznej i ma to swoje konsekwencje nie tylko w niskiej wyborczej frekwencji. Obniżenie przyrostu naturalnego to właśnie pochodna stanów lękowych i koncentracji na sobie: nie zdecyduję się na dziecko, skoro nie jestem pewny jutra.
 
Kobiety chorują na depresję dwa razy częściej niż mężczyźni. Są obciążone taką liczbą zadań, że nie wytrzymują. Presja na sukces w pracy, dzieci, dom i często główny ciężar ekonomicznego dbania o rodzinę. Aby zapewnić najbliższym bezpieczeństwo, kobieta pójdzie sprzątać za ledwo ponad 1000 zł. I tego nie wytrzymuje. A ilu młodych mężczyzn siedzi w kasach w marketach? Zdrowych, wykształconych, dwa lata szukali dobrej pracy i nic.
 
Mają poczucie krzywdy, bezsensownie włożonego trudu w zdobycie wykształcenia. A jeśli żona ma podobną pracę? Biorą chwilówki, a potem pożyczają od rodziny, aby je spłacić. Czy ci ludzie mogą być szczęśliwi, mieć poczucie sukcesu? Raczej żyją ze stałym poczuciem lęku i z przekonaniem, że będzie jeszcze gorzej.
 
Około 40 proc. młodych Polaków wymaga finansowej pomocy rodziców. W wieku moich dzieci miałem pracę i byłem samodzielny. Dziś młodzi mają umowy śmieciowe, dorywczą pracę i brak perspektyw na bezpieczeństwo socjalne w przyszłości. To ogromna część społeczeństwa, która żyje bez poczucia własnej wartości. Cały problem polega na tym, że aby odbudować tę wiarę, najpierw muszą dostać szansę. A nie każdy ją dziś dostanie. Jak więc mają uwierzyć, że coś się zmieni?
Inni do emerytury będą spłacać kredyty na mieszkanie. Kiedyś młodzi gnieździli się w małych mieszkankach z rodziną, dziś są na swoim, choć kosztem kredytu. To poczucie na wielu wpływa fatalnie. Nie śpią po nocach, bo obawiają się, że stracą pracę, bank zabierze mieszkanie, a zobowiązanie jest na całe życie. Najpierw bezsenność, w dalszej kolejności depresja, lęki, uzależnienia, inne cywilizacyjne choroby somatyczne: nowotwory, choroby serca, cukrzyca.
 
Zwraca się uwagę na to, że depresja to także problem krajów skandynawskich, gdzie tempo życia jest wolniejsze, poziom życia wysoki, zabezpieczenia socjalne doskonałe. Tam rozwojowi depresji sprzyja, jak się uważa, mniejsze natężenie światła słonecznego, bo to obniża poziom melatoniny, co zaburza zegar biologiczny. Swoje robi też zapewne sposób życia Skandynawów, tak odrębny od modelu europejskiego. Są poważni, refleksyjni, przyzwyczajeni do samotności. Często żyją w dużych odległościach od siebie. Wtedy trudniej rozładowywać emocje, koić lęki.
 
Trend coraz powszechniejszej zapadalności na depresję jest ogólnoświatowy, a przyczyny złożone.
Szacuje się, że na depresję choruje od 1,5 miliona do 3 milionów Polaków. Milion łyka leki antydepresyjne. Światowa Organizacja Zdrowia przewiduje, że w najbliższych latach depresja będzie najczęściej występującą chorobą. W gabinecie jest masa sportowców, menedżerów, prawników, rolników, milionerów w średnim wieku i młodych bezrobotnych. Mówią: "Nie wiem, jak sobie poradzić". Coraz częściej chorują młodzi, aktywni, z sukcesami.
 
JAK SOBIE SAMEMU POMÓC ?
 
1. Patrz więcej na otaczający świat, a mniej na siebie.
2. Rozmawiaj więcej z ludźmi.
3. Nie pracuj kosztem snu (śpij co najmniej sześć godzin na dobę).
4. Nie zapominaj o urlopie.
5. W weekendy wypoczywaj, nie pracuj.
6. Odnów znajomości koleżeńskie i przyjaźnie, dbaj o nie.
7. Twoim oparciem jest rodzina, interesuj się nią.
8. Nie zapominaj o zainteresowaniach, coś musi cię interesować.
9. Nie zatracaj się jednak w zajęciach i aktywnościach, aby się od nich nie uzależnić.
10. Staraj się zawsze znajdować u siebie więcej plusów niż minusów.
 
https://youtu.be/aqU8DwbY4w8?list=PLp6bSnZuL3KSXDs87HlAxpn90bRR5G73k
    Baclofen pomaga wyjść z alkoholizmu.
 
 
Baclofen jest to lek który może całkowicie wyleczyć z alkoholizmu!
 
Baclofen – był stosowany dotychczas do leczenia porażenia mózgowego znalazł obecnie zastosowanie w leczeniu alkoholizmu.
Do takich wniosków doszedł francuski kardiolog Oliwier Ameisten już w 2004 roku. Wysunął on hipotezę, że lek stosowany w bardzo dużych dawkach pomaga znosić przymus picia alkoholu. W 2008 roku swoje badania i ich rezultaty opisał to w swojej książce „Ostatnia szansa”.

Zdaniem lekarza lek może przyczynić się do całkowitego wyjścia z uzależnienia od alkoholu, nawet w przeciągu miesiąca. Dodatkowo po kuracji pacjenci mogą sobie pozwolić na spożycie alkoholu w takim samym stopniu jak osoby nieuzależnione.
Obecnie we Francji ok. 20 – 30 tys osób zażywa lek przez wzgląd na problem alkoholowy, pomimo tego, że lek oficjalnie nie ma takiego zastosowania. Profesor Philippe Jaury przeprowadził w związku z tym badania wstępne, które zostały opublikowane w przeglądzie „Alcohol i Alcoholism” a ich wyniki rokują bardzo dobrze dla Baclofenu dla większości osób uzależnionych.
 
W badaniach nad lekiem wzięło udział ok. 60 lekarzy i trwały do końca 2013 roku.
   Szkodliwość pracy na nocne zmiany.
 
 
Praca może szkodzić, zwłaszcza jeśli jest wykonywana nocą, w samotności. Może ponadto przyśpieszyć starzenie szarych komórek i ograniczać zdolności umysłowe. Wyniki badań zostały opublikowane w Occupational and Environmental Medicine.
Dostosowanie do naturalnego rytmu dobowego jest kluczowe dla prawidłowego funkcjonowania i rozwoju organizmu. Zegar biologiczny, który ten naturalny rytm wyznacza, sugeruje nam chociażby preferowane pory odpoczynku, pracy, przyjmowania posiłków. Nieprzestrzeganie wymagań własnego ciała może być opłakane w skutkach. Naukowcy wykazują, że istnieje silny związek między trybem życia naruszającym zasady zegara biologicznego a występowaniem raka piersi, demencji czy otyłości.
Rytm dnia a praca mózgu.
 
Naukowcy z Uniwersytetów w Tuluzie i Swansea zbadali szybkość myślenia, pamięć oraz zdolności poznawcze u 3 tys. osób pracujących na nocną zmianę. Testy wykazały, że ludzie pracujący nocą, a więc nieprzestrzegający naturalnego rytmu dobowego, mają poważne problemy z myśleniem i zapamiętywaniem. W skrajnych przypadkach - u osób z ponad dziesięcioletnim stażem pracy na nocnych zmianach - badane zdolności mózgu odpowiadały zdolnościom wykazywanym przez osoby pracujące zgodnie z dobowym rytmem, ale o blisko 7 lat starsze! Praca na nocne zmiany nie tylko pogarsza procesy zachodzące w szarych komórkach, ale i postarza nasz mózg.
 
Wskazówka zegara biologicznego wskazówką dla efektywnej pracy.
 
Zmiana nocnego trybu życia na dzienny przynosi nie tylko ulgę dla organizmu, ale nadzieję dla mózgu. Ale co jeśli nie da się zmienić pracy? Odpowiedzią są ćwiczenia poprawiające pamięć i koncentrację oraz regularne testy zdolności poznawczych, przeprowadzane wraz z badaniami okresowymi. Osoby, które zdecydują się porzucić nocne zmiany, mogą liczyć na powrót właściwych funkcji mózgowych dopiero po 5 latach prawidłowego funkcjonowania organizmu. Warto zatem pomyśleć, czy – będąc nocnym markiem – nie ryzykujemy zbyt wiele.
 
    Życie po 30 tce, czyli oznaki starzenie się.
 
 
Sądziłeś, że to nigdy nie nastąpi! Siwe włosy też nie są już rzadkością. Potrzebujesz snu, by móc funkcjonować następnego dnia, i wiesz, że zmarszczki również nie znikną. Tak, młodość się kiedyś skończy!
 
Ten dziwny tekst lekarza, który mówi, że należy bardziej na siebie uważać. Na początku myślisz, że żartuje, ba, nawet słuchasz z dumą, że gdy inni traktują cię poważnie, to znaczy, że wchodzisz w okres dorosłości. W pewnej chwili pojawia się jednak ukradkiem: „W pańskim wieku nie można już…”. A Ty sądziłeś, że to nigdy nie nastąpi!
 
1. Nie chce Ci się imprezować.
 
Kiedyś obowiązkiem towarzyskim było weekendowe wyjście na imprezę. Nie wychodziły tylko mruki, nudziarze i kujony. Nawet jak Ci się nie chciało, to nie wypadało się do tego przyznać. Dawno minęły czasy, gdy urwany film był powodem opowieści podszytych dumą. Kac niszczy teraz cały dzień, a szkoda tracić cokolwiek. Alkohol nie służy do imponowania znajomym, ale do delektowania się smakiem albo tworzeniem rytuału udanego wieczoru. Miejsce tanich wódek zajmują lepsze jakościowo trunki, czekające na sprzyjającą okazję do konsumpcji. Wiesz, kiedy przestać, i współczujesz nastolatkom, które swoje poczucie własnej wartości budują na ilości wypitego alkoholu.
 
Gdy widzisz krzyczących na ulicach pijanych mężczyzn, myślisz, że są niedojrzali, i ze wstydem wspominasz, że sam kiedyś tak wrzeszczałeś, dumny jak paw, że inni zwracają na Ciebie uwagę. Dzisiaj wieczorami robisz się śpiący, bo następnego dnia musisz wstać do pracy, a w weekend z przyjemnością wylegujesz się do południa i odsypiasz. Współczujesz młodym dziewczynom, które nad ranem ledwo żywe wracają do domu, gdy Ty akurat poszedłeś pobiegać. Jak czasem nawet gdzieś wyjdziesz i poobserwujesz młodych ludzi – skupionych na tym, czy inni się na nich patrzą i co pomyślą, uprawiających narcystyczny samogwałt poprzez pozowanie i towarzyskie brylowanie – zastanawiasz się, jak to możliwe, że sam kiedyś zachowywałeś się podobnie…
A jednak – imprezowanie stało się nudne.
 
2. W końcu wiesz czego chcesz.
 
Ciągle i zawsze coś robisz. Słowo „nuda” nie istnieje w Twoim słowniku, bo nie ma na nią czasu. Pracujesz, pracujesz, a w wolnym czasie pracujesz. Jesteś zajęty zawsze i wszędzie, każda wolna chwila to możliwość zrobienia czegoś. Jeśli dodatkowo prowadzisz własną firmę, to pewnie nie odróżniasz weekendów od innych dni tygodnia. Możesz mieć też drugi etat jako rodzic. Na dobrą sprawę praca stała się synonimem życia. To dlatego, że trzydziestolatek wie, czego chce, i wie, że musi działać, by to osiągnąć. Działasz więc.
 
3. Stałeś się za kogoś odpowiedzialny.
 
Żarty się skończyły. Ktoś na Ciebie czeka w domu i spóźnienie się może go zranić. Jeśli nie zarobisz pieniędzy, ktoś przez to będzie cierpiał. Od tego, jak postąpisz, zależy los współpracowników, a osoby, które Cię słuchają, biorą sobie Twoje słowa do serca. Jeśli zostałeś rodzicem, tym bardziej się starasz i zanim wydasz więcej pieniędzy, pomyślisz, czy to mądry wydatek. Rodzina, firma, obowiązki – to wszystko powoduje, że zaczynasz żyć coraz bardziej z myślą o innych. Jakość Twego życia bezpośrednio przekłada się na jakość życia innych.
 
4. Doceniasz wartość pieniądza.
 
Zastanawiasz się, jak kiedyś mogłeś myśleć, że pieniądze nie mają znaczenia, albo opowiadać, że bogaci to egoistyczne snoby. I choć nie kupisz za nie szczęścia, to z całą pewnością posiądziesz wiele przedmiotów, które Cię uszczęśliwią. Kupisz dom dla swojej rodziny, spłacisz raty kredytów, nabędziesz potrzebny samochód i zabezpieczysz się na czarną godzinę. Wydajesz mądrzej, planujesz domowy budżet i wydatki na przyszłość. Pieniądze stały się potrzebne, więc chcesz więcej zarabiać.
 
5. Prawdziwi przyjaciele są warci więcej niż powierzchowne znajomości.
 
Są z Tobą od wielu lat i nie oceniają Cię, gdy się zmieniasz. Nie mają do Ciebie pretensji o to, że „znowu Ci odbiło”, nie chcą też Cię zmieniać. Szkoda Ci czasu na powierzchowne znajomości i wszystkie zabiegi z tym związane: udawanie, granie, plotkowanie, wypadanie w określony sposób. Przy swoich przyjaciołach nie musisz udawać i zastanawiać się, czy dobrze wypadasz. Stanowią oazę prawdy w świecie wizerunku i intelektualnego oddziaływania. Doceniasz to, że ktoś jest prawdziwym lustrem, i że niezależnie, kim się staniesz, będzie dla Ciebie wsparciem.
 
6. Jakość ma znaczenie.
 
Kiedyś jadłeś, co popadło i co było najtańsze. Chodziłeś w ciuchach, których dziś pewnie byś się wstydził. Oszczędzałeś na wszystkim, również zdrowiu. Teraz wiesz, że można mieć jakość albo jakoś. Że jest kolosalna różnica między tym, jak się czujesz, gdy wychodzisz w dobrze skrojonym garniturze albo w dresach. Rozumiesz, że za jakość warto więcej zapłacić i mądrzej jest kupić coś rzadziej, ale lepszego. Patrzysz na składniki pożywienia, czytasz etykiety produktów, jesteś bardziej świadomy swoich potrzeb i wymagań.
 
7. Za nic w świecie nie chciałbyś znowu być młody.
 
To trzeba powiedzieć głośno: ten, kto chce znowu być młody, chyba młody nigdy nie był. Dojrzałość przynosi zrozumienie działania świata, jest ulgą od niepotrzebnych zmartwień, pozwala żyć własnym, a nie cudzym życiem. Emocjonalna labilność poprzedniej dekady ustępuje miejsca konkretnym celom na przyszłość i dobrej zabawie z ich osiągania. Znowu wracać do tego, co było, i nakładać hipsterskie ciuchy? Nie, dziękuję!
 
8. Można mieć zwykły seks bez wyrzutów sumienia.
 
Kiedyś trzeba było starać się, by dobrze wypaść. Czy mu się spodobam? Czy ją zaspokoiłem? Czy miała orgazm, czy tylko udawała? Te wszystkie pozycje z Kamasutry okazały się dobre w filmach dla dorosłych, ale w prawdziwym życiu może być fajnie nawet, gdy nie ma fajerwerków. I jeszcze jedno: można głośno powiedzieć, że się nie ma na coś ochoty, i nie mieć w związku z tym wyrzutów sumienia. Zwykły seks też jest OK.
 
9. Życie zaczyna mieć głębszy sens.
 
Martwią Cię inne problemy niż to, co zrobisz w weekend, gdzie pojedziesz na wakacje, co pomyśli szef w pracy. Zaczynasz się zastanawiać, co po sobie zostawisz, jaką wizję zrealizujesz, czy będziesz kimś, kto odmieni losy świata, czy też przeżyjesz życie bez większego impaktu. Zaczynasz określać swoją wartość poprzez wielkość celów, jakie sobie wyznaczasz, i trudności rozwiązywanych problemów. Coraz lepiej znasz swój potencjał, więc jakakolwiek forma jego marnowania boli bardziej niż przed laty, gdy aż tak nie wierzyłeś w siebie. Wiesz, że możesz odegrać rolę, która ma znaczenie dla Twoich bliskich, dla firmy, w jakiej pracujesz, dla kraju, w którym żyjesz. Coraz częściej żyjesz, patrząc przez pryzmat tej wizji, a coraz mniej z dnia na dzień. Odkryłeś, kim jesteś. I czego chcesz w życiu. Masz długoterminowe plany, konkretne cele, jesteś skupiony na rezultatach. Stajesz się efektywniejszy, bo nie tracisz energii na mniejsze sprawy. Jesteś na etapie samorealizacji, bo wiesz już, kim jesteś i po co robisz to, co robisz. Znalazłeś powody swego działania, odróżniające Cię od innych. Na pewnym poziomie nie jesteś taki jak inny, skupiasz się na zostawieniu po sobie śladów. Kształtujesz niepowtarzalną osobowość.
 
10. Życie stanie się trudniejsze.
 
Nie myślałeś o tym 10 lat wcześniej, patrząc na 30-latków, którzy mają pracę dającą stałe dochody! Dziś już wiesz, że życie nie jest krainą tylko mlekiem i miodem płynącą. Gdy nadchodzi czas rozstania z bliską osobą, nie sprowadza się ono do wysłania pojedynczej wiadomości czy nieco trudniejszej rozmowy – rozstanie często wiąże się z rozwodem, ze wszystkimi jego konsekwencjami. Do tego z pracy można być zwolnionym, ktoś w rodzinie może się rozchorować, majątek można stracić. Problemy z poprzedniego dziesięciolecia to igraszki w porównaniu z tym, co może się wydarzyć teraz.
 
11. Przestałeś się czepiać o pierdoły.
 
Jak partner się złości, to się uśmiechasz i czekasz, aż mu przejdzie. Jak internet przestaje działać, to dzwonisz na infolinię i załatwiasz sprawę bez zbędnego narzekania. Wymagasz więcej, więc załatwiasz sprawy szybciej. Gdy ktoś ma dużo pretensji, nie angażujesz się niepotrzebnie. Porzucasz misję: udowodnię, że mam rację, nie znoszę sprzeciwu, wysłuchaj mnie, nawet jak nie chcesz. Bo nie zależy Ci już, by mieć rację, szkoda energii. Sprzeciw jest OK, bo Ci nie zagraża, znasz przecież swoją wartość.
 
12. Rozumiesz, że nigdy nie będziesz idealny.
 
Nie znajdziesz kobiety, która będzie księżniczką, ani mężczyzny z bajki. Kupujesz mniej wizerunkowych bajek, bardziej interesuje Cię wnętrze człowieka, jego mentalność i podejście do życia. Przestajesz atakować się tak bardzo za błędy, masz dystans do ludzkich wad i przywar. Rzadziej czepiasz się innych, a to dlatego, że coraz niechętniej sam się zmieniasz. Dążenie do ideału było bajką, w którą już nie wierzysz, i uczysz się cieszyć z tego, co masz. Gdy mąż nie jest w nastroju, wiesz, że po prostu ma kiepski dzień, a nie „przestał Cię kochać”. Szef też przechodzi kryzys, a nie „nie widzi mojego potencjału”.
 
13. Wyjeżdżasz czasem bez rodziny.
 
Kiedyś wyjazdy oznaczały cierpienie i rozłąkę, ba, mogły nawet wywoływać lęk, że związek się skończy. Tęsknota bolała, a dziś jest uczuciem, które towarzyszy radości z bycia z samym sobą. Możesz iść na kawę bez koleżanek, z gazetą w ręku usiąść w parku, wyjechać na kilka dni w dowolnym celu i cieszyć się samotnością. To dlatego, że osobowość jest bardziej ustabilizowana i znasz siebie o wiele lepiej niż 10 lat wcześniej. Wiesz, czego możesz się po sobie spodziewać, i sprawia Ci radość bycie z samym sobą. Z chęcią wrócisz do swego dziecka i partnera, ale naprawdę dobrze jeszcze chwilę spędzić bez nich.
 
14. Twoi rodzice są super.
 
Oglądanie własnych rodziców w roli dziadków pokazuje, że ta „dwójka odsądzanych od czci i wiary katów” to jednak wspaniali, kochający ludzie. Czemu tacy nie byli, gdy byłeś nastolatkiem? Czemu się czepiali, ograniczali wolność i utrudniali życie? Teraz zauważasz, że sam taki się stajesz, ale tym razem rozumiesz dobre intencje stojące za tymi zachowaniami. Wybaczasz im spory z przeszłości, zaczyna się relacja dorosłych ludzi z dorosłymi ludźmi, oparta na partnerstwie, przyjaźni, głębokim zrozumieniu i wzajemnej pomocy. To czysta radość widzieć, jak babcia i dziadek starają się wszystkimi siłami pomóc w wychowaniu małego dziecka i jedyne co robią, to kochają je bezwarunkowo. Teraz Ty grasz rolę rodzica!
 
15. Szkoda czasu na niektórych ludzi.
 
Kiedyś się tym przejmowałeś: nienawiścią innych, plotkami, krytyką. Dziś ma to coraz mniejsze znaczenie. Wiesz, że szansa na to, by ktoś się zmienił, bywa czasem nikła, a kiedy indziej nie ma po prostu znaczenia, bo sam wybierasz, z kim się zadajesz i dlaczego. Przestajesz spędzać czas czy przejmować się tymi, którzy zabierają Ci energię i robią problemy. Szkoda Ci czasu na zmienianie innych, wybierasz ludzi już ukształtowanych i stabilniejszych emocjonalnie. Polityczne zerwanie kontaktu staje się tak istotną umiejętnością jak poznanie kogoś ważnego.
 
16. Miłość się tworzy.
 
To, ile czasu poświęcasz swemu partnerowi, jakość Twojej obecności, komunikacja między Wami stają się fundamentem związku. Gdy coś nie działa – rozmawiacie. Gdy wracasz do domu – całujecie się na przywitanie. Gdy z niego wychodzicie – żegnacie się. Wysyłacie do siebie miłe wiadomości i doceniacie telefon od czasu do czasu, bo to pokazuje, że zależy Wam na sobie. Nie ma dzikiego porywu emocji i zlęknionego oczekiwania: „zadzwoni czy nie?”, a w zamian pojawia się spokój i pewność, że możecie na sobie polegać. Amora z łukiem i strzałką odesłałeś do świata mitów i zastąpiłeś świadomą komunikacją. Uff, co za ulga mieć na to wpływ!
 
17. Zaczynasz widzieć ryzyko, że coś się może zmienić.
 
Stabilność i bezpieczeństwo stałej pracy, rodzina na utrzymaniu i pewność prawdziwych relacji są równoważone zdarzeniami losowymi, których nie sposób przewidzieć. A to zdarzy się wypadek samochodowy w najmniej oczekiwanej chwili, a to ktoś z rodziny zachoruje albo para, która wydawała się bardzo kochać, nagle się rozwodzi. Dopiero teraz, gdy ustabilizowałeś swoje życie, pojawiło się ryzyko jego utraty. Nie znają lęku ci, co nic nie mają, a Ty na tym etapie życia chcesz mieć to, do czego tyle czasu dochodziłeś.
 
18. Dziecko zmusza Cię do bycia najlepszą wersją siebie.
 
Palenie zaczyna być egocentryczne, gdy rodzi się dziecko, jedzenie śmieciowego jedzenia daje fatalny przykład, a głupie zachowania nie są wzorcem, o jakim marzysz. Dziecko wyciąga z Ciebie i te najgorsze, i najlepsze cechy. Masz dla kogo żyć i wiesz, że jesteś potrzebny. Starasz się. Uczysz cierpliwości, tolerancji, wybaczania, miłości. Ten nowy zestaw obowiązków zmusza Cię do bycia w najlepszej formie emocjonalnej, psychicznej i fizycznej.
 
19. Nie musisz wszystkiego robić sam. Ani wszystkiego umieć.
 
Przestajesz się bać, że ktoś zrobi coś gorzej od Ciebie; nie dlatego, że tego nie zrobi gorzej (bo pewnie zrobi), ale dlatego, że czas stał się cenniejszy. Wiesz, że są pewne rzeczy, które musisz zrobić Ty, bo wiesz, co potrafisz. Dzięki temu nawet nie starasz się zabierać za rzeczy, które nie są Twoje. Kiedyś chciałeś imponować, szukałeś poklasku czy akceptacji. Dziś robisz swoje. I nie robisz czyjegoś. To piękny okres, by otwierać firmy, bo jeszcze masz motywację, a już jesteś gotowy do działania zespołowego.
 
20. Istnieją uniwersalne etapy w życiu.
 
Gdy widzisz młodych ludzi i problemy, przez jakie przechodzą, z jednej strony myślisz: „Ależ to trywialne, co za strata czasu!”, a z drugiej ich rozumiesz. To dlatego, że sam przez to przechodziłeś. Wiesz, jak skończą się niektóre ich błędy, i rozumiesz, że w życiu istnieje pewna etapowość. Sam też jesteś na pewnym etapie – i z ciekawością obserwujesz, co się wydarzy za jakiś czas!
 
21. Jesteś seksowny jak nigdy dotąd.
 
Choć nieco trudniej schudnąć, to jednak nigdy wcześniej nie czułeś się tak sexy. Pewność siebie jest większym afrodyzjakiem niż piękne ciało, a dawanie do myślenia lepszą formą uwodzenia niż eksponowanie zasobów. Wiesz, czego chcesz w łóżku, nie wstydzisz się o to prosić, a eksploracja łączy się z radością czerpania przyjemności. Możesz się zapomnieć, nie musisz jakoś wypadać, jest doskonale. Już się nie wstydzisz. A jak się postarasz, to wyglądasz bosko, olśniewając innych. Ale nie zachowujesz się tak, by zrobić wrażenie na innych, tylko dla samego siebie. Cieszysz się z mocy, jaką masz w sobie i ją akceptujesz.
 
22. Twoje życie dopiero się zaczyna.
 
Choć jesteś już po trzydziestce, myślisz: „Ciekawe, jaki będę mając 40 lat. Przecież to dopiero początek!”
    Raport nt zdrowia psychicznego
 
O 10 lat krócej żyją osoby z zaburzeniami psychicznymi, takimi jak schizofrenia, depresja, napady lęku i choroba dwubiegunowa - wykazał raport specjalistów amerykańskich opublikowany przez „JAMA Psychiatry”.
Psychiatra z Columbia University prof. Mark Olfson podkreśla, że powodem krótszego życia ludzi chorych psychicznie nie są częstsze wśród nich samobójstwa, lecz schorzenia w stanie ostrym lub przewlekłym, takie jak choroby sercowo-naczyniowe, w tym głównie zawały serca i udary mózgu.
 
Wiele badań od dawna zwracało uwagę, że zaburzenia psychiczne są tak mocno obciążające dla chorych, że często skracają ich życie, szczególnie wtedy, gdy są źle leczone, a pacjenci nie mogą liczyć na wsparcie bliskich osób.
Dr Elizabeth Walker z Emory University w Atlancie wraz ze swym zespołem prześledziła 148 opracowań na ten temat z różnych krajów, jakie ukazały się w ostatnich latach. Trwały one od jednego roku do nawet 52 lat (średnio przez 10 lat). Wynika z nich, że osoby z zaburzeniami psychicznymi są o 2,2 razy bardziej zagrożone przedwczesnym zgonem w porównaniu do całej populacji. I żyją aż o 10 lat krócej.
 
Zaburzenia psychiczne, takie jak schizofrenia, nie wpływają w sposób bezpośredni na długość życia. Prof. Olfson wyjaśnia, że u wielu chorych przyczyniają się jedynie do prowadzenia niezdrowego stylu życia. Chorzy często palą papierosy, nadużywają alkoholu, źle się odżywiają i są mało aktywni fizycznie. Nierzadko mają również utrudniony dostęp do opieki medycznej. „A to wszystko składa się na większe ryzyko zgonu” – podkreśla specjalista.
 
Szczególnym przykładem jest palenie tytoniu. W krajach uprzemysłowionych systematycznie spada liczba palaczy, głównie wśród mężczyzn. Ale wśród osób z zaburzeniami psychicznymi tego się nie obserwuje – twierdzi prof. Olfson.
Jedynie 17% zgonów wśród chorych psychicznie spowodowanych jest samobójstwami lub wypadkami. Zdecydowana większość (67%) związana jest z różnymi schorzeniami; przyczyn pozostałych zgonów nie udało się wyjaśnić.
Według autorów raportu trzeba nadal starać się zapobiegać samobójstwom osób chorych psychicznie, jednak równie ważna jest profilaktyka zdrowotna, na którą mniej zwraca się uwagę.
 
Prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego prof. Bartosz Łoza twierdzi, że schizofrenia może skrócić życie chorego nawet o 15-25 lat. Aby temu zapobiec, od samego początku trzeba leczyć ją skutecznie. A podstawą leczenia są leki przeciwpsychotyczne (tzw. neuroleptyki).
 
W Polsce chorzy rzadko jednak przestrzegają zaleceń. Aż 40 proc. z nich w ogóle nie wykupuje leków po wypisaniu ze szpitala, a po 30 dniach zażywa je mniej niż połowa. Podobnie jest z leczeniem depresji i choroby dwubiegunowej; chorzy przedwcześnie odstawiają lub w ogóle nie chcą ich zażywać.
   Ból pomaga odczuwać przyjemność, byle nie w nadmiarze
 
 
Idea, że możemy osiągnąć szczęście poprzez maksymalizowanie przyjemności i minimalizowanie bólu jest jednocześnie intuicyjna i bardzo popularna. Prawda jest jednak zupełnie inna. Odczuwanie tylko i wyłącznie przyjemności nie uczyni nas szczęśliwymi.

Potrzebujemy bólu dla kontrastu z przyjemnością.  
 
Weźmy na przykład Christinę Onassis, córkę potentata transportowego Aristotelisa Onassisa. Odziedziczyła niewyobrażalną fortunę, którą wydawała na ekstrawaganckie przyjemności aby poradzić sobie z byciem nieszczęśliwą. Zmarła w wieku 37 lat, w jej biografii wymownie zatytułowanej "Christina Onassis: Fortuna i łzy" (angielski tytuł "All the Pain Money Can Buy") czytamy o życiu pełnym zadziwiającej ekstrawagancji, która nie tylko nie uczyniła jej szczęśliwą, ale wręcz przyczyniała się do jej cierpienia.
 
Aldous Huxley przewidział możliwość, że nieskończona przyjemność może prowadzić do stworzenia dystopijnych społeczeństw, już w 1932 roku w książce "Nowy wspaniały świat". Obraz niekończącej się przyjemności wydaje się sielankowy, rzeczywistość jest jednak najczęściej bardzo odmienna.
 
Prawda jest taka, że potrzebujemy bólu, aby kontrastował z przyjemnością; życie bez bólu wpędza w odrętwienie, staje się nudne i w efekcie nieprzyjemne. Tak samo jak czekoladoholik w sklepie z czekoladą, zaczynamy od eurofii, ale niestety szybko zapominamy o naszych początkowych motywach pragnień.
 
Pojawiające się nowe badania wskazują, że ból może tak naprawdę wzmacniać poczucie szczęścia i przyjemność czerpaną z życia - w Personality and Social Psychology Review opublikowano wyniki eksperymentu wskazujące, że ból wspiera przyjemność i sprawia, że mamy lepszy kontakt z rzeczywistością.
 
Ból buduje przyjemność.
 
Wspaniałym przykładem sposobu, w jaki ból może wzmacniać przyjemność, jest zjawisko popularnie nazywane euforią biegacza. Po dużym wysiłku fizycznym biegacze doświadczają poczucia euforii, której pojawienie się jest łączone z produkcją opioidów, substancji neurochemicznej wydzielanej także w odpowiedzi na ból.
 
Inne badania pokazują, że doświadczanie ulgi w bólu nie tylko podnosi poziom odczuwanego szczęścia, ale również obniża poziom odczuwanego smutku. Ból może nie jest uczuciem przyjemnym samym w sobie, ale buduje w nas uczucie przyjemności w sposób, którego nie da się osiągnąć samymi przyjemnościami.
 
Po biegu biegacze doświadczają poczucia euforii. 
 
Ból może także sprawiać, że czujemy się bardziej uprawnieni do nagradzania się przyjemnymi doświadczeniami. Przykładem mogą być drobne przyjemności, którymi ludzie sobie dogadzają po wizycie na siłowni.
 
W eksperymencie dotyczącym tego zjawiska badacze prosili badanych o trzymanie ręki w wiaderku z lodowatą wodą, a później oferowali im zakreślacz albo czekoladę. Uczestnicy z grupy kontrolnej, nie doświadczającej bólu, wybierali zakreślacz w 74% przypadków, natomiast badani doświadczający bólu tylko w 40% - bardziej prawdopodobne było, że wybiorą czekoladę. Wydaje się, że uczucie bólu może obniżać poczucie winy związane z jedzeniem czekolady.
 
Ból łączy nas ze światem.
 
Ludzie nieodmiennie szukają nowych sposobów na oczyszczenie umysłu i bycie świadomym bieżących doznań. Wystarczy pomyśleć o popularności modnych obecnie treningów uważności i medytacji mających na celu zwiększenie naszego bycia "tu i teraz", skierowanie naszej uwagi na nasze bezpośrednie doświadczanie świata.
 
Mamy powody sądzić, że ból może być efektywnym środkiem osiągania tego samego celu. Dlaczego? Ponieważ ból skupia naszą uwagę.
 
Wyobraźmy sobie upuszczenie ciężkiej książki na palec u stopy w trakcie rozmowy. Czy dokończymy rozmowę, czy raczej zajmiemy się stłuczonym palcem? Ból sprawia, że stajemy się skupieni na sytuacji "tu i teraz", po doświadczeniu bólu stajemy się bardziej czujni i uważni, skierowani na aktualne środowisko - a nie na rozważania o jutrze czy dniu wczorajszym.
Brock Bastian ze School of Psychology z UNSW w Australia sprawdził, czy ten efekt związany z doświadczeniem bólu może mieć pozytywne skutki. Poprosił badanych, żeby trzymali rękę w wodzie z lodem najdłużej jak dadzą radę, po czym mogli zjeść czekoladowego herbatnika. Ludzie, którzy doświadczyli bólu określali zjedzenie herbatnika jako przyjemniejsze niż grupa kontrolna.
 
Badania uzupełniające pokazały, że ból zwiększa intensywność odczuwanych smaków i obniża próg wrażliwości na rozpoznawanie różnic między nimi. Jednym z powodów, dla których ludzie określali zjedzenie herbatnika jako przyjemniejsze doznanie było to, że był on dla nich faktycznie smaczniejszy - odbierali smak jako intensywniejszy, ich wrażliwość na smaki była wyższa.
 
Zimne piwo zawsze smakuje lepiej po ciężkim dniu pracy. 
 
Wyniki tych badań pokazują czemu Gatorade nigdy nie jest tak smaczny jak zaraz po biegu, czemu nic nie może równać się z zimnym piwem po pracy i czemu gorąca czekolada smakuje najlepiej po powrocie z zimowego spaceru.
Ból dosłownie sprawia, że jesteśmy "tu i teraz", powoduje, że doświadczamy świata i jesteśmy na nim skupieni. To powoduje, że przyjemności mogą być jeszcze przyjemniejsze. Wyostrzenie zmysłów połączone z efektem kontrastu wcześniejszego nieprzyjemnego doznania z obecnym stanem nadaje mu więcej barwy, intensywności. Pozwala w pełniejszy sposób docenić przeżywaną przyjemność.
 
Ból zbliża nas do ludzi.
 
Każdy, kto doświadczył katastrofy wie, że takie sytuacje zbliżają ludzi. Obserwację tę potwierdza chociażby 55 tysięcy ochotników pomagających sprzątać po powodzi w Brisbane w 2011, czy poczucie wspólnoty mieszkańców Nowego Yorku po zamachu na World Trade Center.
Bolesne obrzędy były przez wieki używane dla wzmocnienia współpracy i spójności w grupach ludzkich. Niedawny eksperyment badający rytuał kavadi na Mauritiusie pokazał, że ludzie, którzy doświadczyli bólu, są bardziej chętni do przekazania pieniędzy na cele społeczne niż ci, którzy tylko obserwowali ceremonię. Doświadczenie bólu, a nawet sama jego obserwacja, sprawiła, że ludzie byli bardziej hojni.
 
Podobne wyniki dały eksperymenty przeprowadzone na wojsku i w bractwach studenckich. Im cięższy obrzęd wejścia, im bardziej morderczy trening związany z wejściem do nowej formacji, tym lojalność studentów bądź żołnierzy wobec nowej grupy była silniejsza. Ocena swojej grupy jako lepszej też stawała się wyraźniejsza w takich przypadkach.
Opierając się na tej badaniu rytuału kavadi Brock Bastian przeprowadził eksperyment o doświadczaniu bólu w grupach. Jedna grupa znowu trzymała ręce w lodowatej wodzie pozostając w przysiadzie tak długo jak dadzą radę, druga natomiast jadła bardzo ostre papryczki.
 
Wyniki tych dwóch grup zostały porównane z grupą kontrolną. Potwierdziło to, że ból wzmacnia współpracę wewnątrz grupy, czyni ją też bardziej spójną. Po współdzieleniu bólu ludzie czuli się bardziej ze sobą związani. Grając w grę ekonomiczną postawieni przed dylematem zysku własnego a zysku grupy chętniej podejmowali indywidualne ryzyko dla dobra ogółu.
 
Inna strona bólu.
 
Ból jest przeważnie kojarzony z chorobą, urazem bądź krzywdą. Często nie dostrzegamy bólu dopóki nie jest on skojarzony z problemem, a w tych przypadkach nie ma on żadnych plusów (bądź ma ich bardzo niewiele). Tymczasem bólu doświadczamy też w szeregu codziennych, zdrowych aktywności, z których odnosimy korzyści.
Wszyscy doświadczamy codziennego, drobnego bólu. 
Weźmy pod uwagę Ice Bucket Challenge - oblewając się lodowatą wodą osiągnęliśmy bezprecedensowe wsparcie szczytnego celu.
Zrozumienie, że ból może mieć wiele pozytywnych skutków jest nie tylko potrzebne dla lepszego zrozumienia bólu jako zjawiska, ale pomoże nam też radzić sobie z nim wtedy, kiedy stanie się on problemem. Określanie bólu jako zjawiska o pozytywnych konotacjach zwiększa neurochemiczną odpowiedź organizmu pomagającą lepiej nam go znosić.
Artykuł jest autorstwa Brocka Bastiana, ukazał się w The Conversation http://theconversation.com/in-pursuit-of-happiness-why-some-pain-helps-us-feel-pleasure-37478
 
   ''Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia''.
 
Antidotum na rozproszenie i pośpiech to odrzucenie większości możliwości, jakie mamy w życiu - radzi Ulrich Schnabel*, autor książki ''Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia''.
 
Zapomniał pan, że lenistwo to jeden z siedmiu grzechów głównych? Jest pan grzesznikiem czy prowokatorem?
Ulrich Schnabel: Z dwojga złego wolę być prowokatorem (śmiech). Żyjemy w świecie Gordona Gekko z filmu ''Wall Street'': musimy ciężko pracować, by zarobić pieniądze i osiągnąć sukces, bo sukces jest naszym głównym celem. Dlatego po prostu bycie i nierobienie niczego są grzechem w tym systemie. Żyjąc w społeczeństwie konsumpcyjnym, nawet próżnowanie traktujemy jak dobro konsumpcyjne.
 
Dlatego zamiast po prostu odpoczywać, kupujemy sobie okazje do odpoczywania: książki, płyty, wczasy za granicą - jak gdyby samo nabycie tych dóbr dawało gwarancję odpoczynku. A nie daje, bo nie umiemy poświęcić tym dobrom czasu, oddać się im. W rezultacie tylko wydajemy pieniądze i jesteśmy jeszcze bardziej sfrustrowani, a nasze nadzieje na odpoczynek się nie spełniają.
 
Nie twierdzę, że przez cały czas powinniśmy być leniwi. Ale w naszym bardzo zajętym świecie powinniśmy mieć jakieś wyspy lenistwa, by się zregenerować i tworzyć nowe idee. W przeciwnym wypadku skazujemy się na chodzenie w kieracie i nie potrafimy widzieć naszego życia takim, jakie ono jest. Stajemy się podatni na choroby albo po prostu umieramy. Życie, które i bez tego biegnie szybko, nagle się kończy.
 
Musimy zbudować świat alternatywny wobec świata Gekko?
 
- Tak, tym bardziej że w ostatnich latach mogliśmy się przekonać, dokąd ten system może nas zaprowadzić. Chcę, byśmy dostrzegli i docenili wartość nicnierobienia jako stanu, podczas którego nie tylko regenerujemy się psychicznie i fizycznie, ale w którym - co jest dowiedzione naukowo - rozwija się nasza pamięć i kreatywność. Chodzi mi o stan, w którym aktywność mózgu jest nieukierunkowana, nasze myśli wędrują swobodnie, a dzięki temu rozwija się samoświadomość.
 
Bo tylko na tym ''jałowym biegu'', a nie podczas mozolnego przetwarzania informacji, tworzą się w mózgu nowe połączenia neuronowe, porządkowana jest pamięć, układane są nowo zdobyte informacje. Wbrew pozorom mózg pracuje wtedy bardziej intensywnie, tworzy nowe myśli i skojarzenia. Dowód? Einstein, Cycero, Montaigne, Churchill, Lennon... Lenie, które były geniuszami.
 
Wiecznie zalatany menedżer prochu nie wymyśli. Człowiek twórczy i świadomy samego siebie to taki, który umie nic nie robić. Hiszpański filozof Miguel de Unamuno mądrze zauważył, że postęp zawdzięczamy raczej leniom i nierobom niż sumiennym pracusiom.
 
Twierdzi pan, że musimy odzyskać kontakt z tym, co najważniejsze. Czyli z czym?
 
- Każdy powinien sam odpowiedzieć sobie na to pytanie; nie mogę powiedzieć, co jest najważniejsze np. dla pana. Mogę jednak stwierdzić, że bardzo ważne jest znalezienie czasu, by myśleć o tym, co jest dla nas najważniejsze, pytać samych siebie o to. Każdy musi jednak sobie uświadomić, że jego życie ma wartość samą w sobie, a nie zależną od zdobytych dóbr i sukcesów. W tym współczesnym ''szalejącym bezruchu'', jak pisał francuski filozof jak pisał francuski filozof Paul Virilio, w którym człowiek i przyroda stali się przedmiotem gospodarki rabunkowej, w którym wszystko dzieje się teraz i wszędzie, i gdzie wszystko jest transakcją, musimy umieć się zatrzymać, by ocaleć. Aktywność sama w sobie jest bardzo niebezpieczna.
Zależy dla kogo. Pamiętam też inny film, ''Gorączkę'', w którym pewien gangster był niewolnikiem akcji, dziania się, i dla tej akcji, a nie dla pieniędzy, narażał siebie i innych, nawet zabijał. Może jednak system oparty na działaniu, pośpiechu, gorączce jest dobry dla ludzi?
 
- Wcale nie nakłaniam wszystkich do leżenia na kanapach, tępego gnuśnienia przed telewizorem. Mówię tylko, że każdy powinien odnaleźć swój rytm życia. Chodzi o świadomość tego, kiedy powinienem być aktywny, a kiedy muszę odpuścić. Nikt nie może być aktywny na okrągło. Proponuję, żebyśmy zaczęli doceniać wartość przerwy, odpoczynku, braku aktywności.
Bo we współczesnym społeczeństwie cenimy robotę, a nie bezczynność, lenistwo. Regenerację tolerujemy tylko wtedy, gdy ma prowadzić do jeszcze bardziej wydajnej i cięższej roboty. Ja tylko przypominam, jak bardzo potrzebna jest nam równowaga. Bezczynność nie jest dla mnie tylko nierobieniem niczego. To bycie w kontakcie z samym sobą i robienie tego, co naprawdę chce się robić. Czasem to może być coś bardzo aktywnego.
 
Czy społeczeństwo, które błogosławi przyspieszenie, aktywność dla niej samej, jest w ogóle w stanie się zatrzymać?
- Zbiorowości bardzo trudno się zatrzymać, bo wszyscy żyjemy w dyktaturze przyspieszenia, systemie, który napędza postęp techniczny i naukowy - kultura mediów społecznościowych, presja internetu, globalizacja itp. Odkrywamy coraz to nowe powody, dla których powinniśmy działać i żyć coraz szybciej. W tym porządku nieustannego pomnażania dóbr i zagęszczania doświadczeń niełatwo zwolnić, bo nawet gdybyś tego chciał i to zrobił, istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie zwolni twój konkurent. A wtedy ty wypadniesz z obiegu i przegrasz.
 
Liczę na to, że ten, kto przeczyta moją książkę, będzie w stanie o ile nie wyzwolić się, to przynajmniej świadomie trochę poszerzyć przestrzeń swojej wolności. A gdy już się uzbiera więcej takich, to może w końcu wybuchnie zbawienna rewolucja lenistwa? Bo przecież każda rewolucja zaczyna się od jednostek.
 
Gdzie ma wybuchnąć?
 
- Może gdziekolwiek, bo ten system rozlazł się po całym świecie, nie tylko po Zachodzie. Kupili go m.in. Azjaci, którzy, co dla nas bardzo niebezpieczne, w imię sukcesu potrafią znieść znacznie większe obciążenia niż my. To z kolei zmusza nas do coraz cięższej pracy, bo przecież chcemy być konkurencyjni i nie chcemy, by nasze fabryki przenoszono na drugi koniec świata. Ludzie w Azji wciąż wierzą, że sukces ekonomiczny prowadzi do szczęścia. My powoli przestajemy. Kiedy moja książka ukazała się w Korei Południowej, musiałem napisać wstęp dla Koreańczyków. Odkryłem wtedy, że to bogaty, ale najbardziej zapracowany naród na świecie, który ma równocześnie najwyższy wskaźnik samobójstw.
 
Twierdzi pan, że potrzebujemy okresów wyciszenia i izolacji dla duchowej równowagi i tworzenia nowych idei. A może w społeczeństwie pośpiechu stać nas jedynie na doraźne rozwiązania, pomysły, a nie na wielkie idee?
- A co to jest wielka idea?
 
Powiedzmy, że jakieś dalekosiężne rozwiązanie, które ma potencjał, by zmienić nasz styl życia.
- Zgoda. Jedną z oznak wielkich idei jest to, że na początku nie dostrzegamy, w jaki sposób zmienią nasze życie. Zwykle ludzie pytają wtedy: a cóż to za nowe wariactwo? Im większa to sprawa, idea, tym mniej ją rozumieją. Wielkie idee wcale nie są na starcie akceptowane i hołubione przez ogół.
 
Owszem, czasem myślę, że dziś trudniej niż dawniej o naprawdę wielkie idee, ponieważ jesteśmy tak zagonieni. Ktoś taki jak Einstein nie miałby dziś szans, bo pracował sam, nie działał w żadnych uniwersyteckich strukturach, w systemie. Dziś takiemu outsiderowi byłoby bardzo trudno stworzyć idee, które zmieniałyby system nauki. Wielkie idee zwykle rodzą się poza systemem, wystarczy choćby wspomnieć o Jobsie czy Gatesie.
 
Mimo to nie jestem pesymistą. Ludzie to bardzo twórczy gatunek, zawsze wymyślą coś nowego. Nowe idee się pojawią, musimy tylko umieć je rozpoznawać. Może taką wielką ideą jest bezczynność?
 
Uważa pan, że nie sama ilość czasu, ale uczucie panowania nad nim ma decydujące znaczenie dla poczucia, że życie jest dobre.
- Tak, i jest to dowiedzione naukowo. Brytyjscy epidemiolodzy odkryli, że urzędnicy, którzy w większym stopniu mogą decydować o tym, jak i kiedy wykonają swoją pracę, są mniej zestresowani i mniej narażeni na atak serca czy wylew.
Bardzo zajęci ludzie cenią czas, gdy mają go mało. A bezrobotni przeklinają go, bo mają go za dużo.
- Problem polega na tym, że bezrobotni żyją w systemie, w którym praca jest jedną z największych cnót. Czas wolny nie ma w naszym społeczeństwie wartości. Jeśli masz wolny czas, nie jesteś człowiekiem sukcesu. Starożytni Grecy mieli całkiem inne podejście, uważali, że co prawda praca jest konieczna, ale tylko do zaspokojenia podstawowych potrzeb człowieka. A naprawdę interesującym czasem naszego życia jest czas wolny, gdy obcujemy z muzyką, sztuką, literaturą. Gdybyś był bezrobotny w starożytnej Grecji, byłbyś najszczęśliwszym członkiem jej społeczeństwa.
 
Problem współczesnych bezrobotnych polega nie na tym, że nie wiedzą, co zrobić ze swoim wolnym czasem. On polega na tym, że uważają, że ich pozbawione pracy życie nie jest wiele warte, że są nikim, bo nie są zabiegani i nie odnoszą zawodowych sukcesów. Oni i ci wiecznie zabiegani są dwiema stronami tej samej monety.
Nieszczęście wiecznie zajętego człowieka bierze się pana zdaniem z poczucia nieobecności w prawdziwym życiu. Ale większość ludzi unika stawania twarzą w twarz z samym sobą.
- Tak, bo obawiają się odkrycia, że tak naprawdę nie żyją w harmonii ze swoim życiem. Dlatego unikają momentów, w których byliby konfrontowani z samymi sobą. Tyle że prędzej czy później - np. gdy stracisz pracę, zachorujesz albo się zestarzejesz - i tak zostaniesz ze sobą zderzony. Nie można bez końca od siebie uciekać, bo wtedy nigdy nie zaczniesz naprawdę żyć.
Czy wielość możliwości, która kiedyś była naszym błogosławieństwem, dziś jest przekleństwem? Kiedy człowiek wybiera jedno, cierpi, bo nie może wybrać tysiąca innych. Obfitość nas unieszczęśliwia?
 
- Oczywiście. Są dwa rodzaje kosztów oportunizmu. Pierwszy właśnie pan opisał. Drugi polega na byciu zdolnym do wybrania jednej z tysięcy rzeczy, które masz do dyspozycji - bo wszystko to musisz ze sobą porównać, by dokonać wyboru. Tracisz na to dużo czasu, przez co czujesz się zmęczony, sfrustrowany, mając na koniec poczucie, że powinieneś znaleźć tę jedną jedyną doskonałość, czymkolwiek by ona była: samochodem, pomysłem na weekend czy żoną. Ta obfitość, ten nadmiar wytwarzają w nas bowiem przekonanie, że wśród spraw i rzeczy jest coś doskonałego tylko dla nas, więc za wszelką cenę musimy to znaleźć.
Tracimy tolerancję dla pomyłki i błędu, zapominając, że życie nigdy nie jest doskonałe. Nasi pradziadkowie mieli łatwiej, bo było dla nich jasne, że nie ma doskonałych środków, zasobów, możliwości. Musieli akceptować życie takim, jakie ono było. A my myślimy, że swoje życie możemy zoptymalizować. Przeżywamy współczesną wersję mitu o królu Midasie ukaranym przez bogów za chciwość dotykiem zamieniającym wszystko w złoto.
 
No to jeszcze jeden poręczny mit: antidotum na permanentne rozproszenie i pośpiech jest pana zdaniem ''strategia Odyseusza'' - odrzucenie większości możliwości, które mamy w życiu. Tyle że Odyseusz nie przywiązał się sam do masztu. Zrobili to za niego jego towarzysze, a on błagał potem o uwolnienie. Ta strategia nie ma więc nic wspólnego z dobrowolnym i świadomym odrzuceniem pokus. Ona będzie skuteczna tylko wtedy, gdy inni zdecydują za nas.
 
- Ta historia dowodzi, że dobrze mieć przyjaciół (śmiech ). Owszem, słuchając śpiewu syren, Odyseusz błagał o uwolnienie, ale przecież sam wcześniej wpadł na pomysł z przywiązaniem go do masztu. Jeszcze do lat 80. XX wieku socjolodzy uważali, że bogactwo opcji daje szczęście. Teraz uważają, że mniej znaczy więcej, bo przecież to, czy jakaś rzecz przyniesie nam zadowolenie, zależy nie od owej rzeczy, ale od tego, czy obcowaniu z nią potrafimy się poświęcić. Zastanawianie się nad tym, którą rzecz spośród tysiąca jej podobnych wybrać, może człowieka doprowadzić do wyczerpania, frustracji i rozpaczy.
Psycholog Barry Schwartz na pytanie, które często zadaje podczas swoich wykładów: ''Dlaczego dawniej wszystko było lepsze?'', odpowiada: ''Bo dawniej wszystko było gorsze''. Świat nie jest doskonały i musimy się z tym pogodzić.
Pana zdaniem mamy epidemię tzw. nabytej niezdolności do koncentracji (ADT): ludzie są coraz bardziej rozproszeni, nerwowi, pobudzeni. Wielozadaniowi, lecz mniej wydajni niż wtedy, gdy byli jednozadaniowi. No, ale przecież nie ma innego sposobu na obsługiwanie tej wielości różnych światów, które stworzyliśmy i w których musimy równocześnie żyć. Nie ma powrotu do linearnego świata naszych dziadków. Może ADT to cena za to symultaniczne życie w różnych światach?
- Zgoda, nie ma powrotu do linearnego świata, ale to nie znaczy, że powinniśmy się pogrążyć w ADT. Jeśli jesteś świadom tych wszystkich zagrożeń czyhających w wielofunkcyjnym i zapracowanym świecie, najważniejsze jest to, jak sobie z nimi radzisz. Jestem dziennikarzem, używam wszystkich tych elektronicznych cudów, sporo czasu spędzam w sieci i oczywiście często jestem zestresowany i przemęczony.
 
Ale staram się nie funkcjonować w tym trybie na okrągło. Wydzielam czas, kiedy komórka jest wyłączona, internet nie działa, gdy jestem z bliskimi. Za wszelką cenę staram się nie wpaść w ''błędne koło maszynki do golenia'' - w proces, który opisał amerykański ekonomista Nicholas Georgescu-Roegen: golisz się szybciej, by mieć więcej czasu na wymyślenie lepszej maszynki do golenia, którą będziesz golił się szybciej, by mieć więcej czasu... - i tak do zwariowania.
To trochę jak chodzenie na siłownię. Własny mózg powinniśmy traktować tak samo poważnie jak mięśnie, nie jesteśmy przecież w stanie na okrągło pochłaniać i przetwarzać informacji. Umysł też potrzebuje czasu na regenerację.
Jest pan uzależniony od ''informacyjnego kuksańca''? To coś podobnego do nałogu obżerania się w fast foodach albo palenia?
 
- Częściowo jestem, jak każdy dziennikarz. Żona często mi wytyka: napisałeś książkę o bezczynności, a bez przerwy zaglądasz do gazet albo internetu. Teraz jestem znacznie bardziej świadom, jak trudno odłączyć się od tego uzależnienia. ''Informacyjny kuksaniec'' wiąże się z potrzebą otrzymywania regularnych bodźców, które odrywają nas od tego, co w danej chwili robimy. Tak przyzwyczailiśmy się do sytuacji, w których ciągle ktoś nam przerywa, że gdy mamy dłuższą chwilę spokoju, sami sobie przerywamy. Nie potrafimy wytrzymać w skupieniu i np. odrywamy się od książki, by zajrzeć do smartfona czy zaparzyć kawę.
Statystycznie rzecz biorąc, w biurze możemy liczyć na co najwyżej kilkunastominutowe okresy spokoju, czasu na skupienie się nad czymś. Potem albo dzwoni telefon, albo przychodzi kolega lub szef i zawraca głowę, albo ty idziesz do kogoś poprzeszkadzać. Co sensownego można wymyślić w kilkanaście minut?
 
Stephen Baker, amerykański ekspert od internetu, uważa, że największym problemem współczesności jest to, co pakujemy do swoich głów. Nigdy aż do dziś nie musieliśmy tego selekcjonować, kontrolować. Ale przecież w genach mamy chwytanie wszystkiego, co nowe, także informacji. Jak walczyć z własną naturą?
 
- Porównuję to do jedzenia, bo w trakcie ewolucji nasi przodkowie nauczyli się gromadzić całą żywność, którą udawało im się zdobyć. To była reakcja na głód. Jednak jeśli wyposażony w tę genetyczną tendencję znajdziesz się w supermarkecie, polegniesz.
 
Tak samo jest z informacjami. W czasach, kiedy wokół człowieka było mało informacji, gromadzenie ich było sensowne. Natomiast w społeczeństwach ery informacji staje się to kontrproduktywne. Dziś uczymy się już nie jeść wszystkiego, na co natrafimy, nie gromadzimy energii na zapas.
 
Można więc wyłączyć internet, smartfona czy nie zaglądać na Facebooka np. po godz. 20. Ja nie oglądam telewizji, bo nie mam w domu telewizora. Uznałem, że są inne, bardziej wydajne i mniej kosztowne kanały zdobywania informacji, których potrzebuję.
 
Proponuje pan stosowanie tzw. higieny informacyjnej - odpowiedzialnego, bardziej oszczędnego gospodarowania informacją. Tyle że ludzie dosyć długo żyli w takiej higienie, choćby w średniowieczu. Ja dziękuję za coś takiego.
- A kto twierdzi, że trzeba żyć jak w średniowieczu? Ja tylko ostrzegam: uważaj, jakiego typu informacje wpuszczasz do swojej głowy. Jeśli zaczynam w internecie czegoś szukać, co chwilę wyskakują jakieś reklamy, pojawiają się linki do pobocznych wątków danej sprawy - i rodzi się silna pokusa, by zajrzeć przy okazji tu i tam. W rezultacie szybko przestajesz wiedzieć, czego właściwie szukałeś, albo szukasz tego trzy razy dłużej.
 
Higiena informacyjna to umiejętność oddzielania informacji potrzebnych od zbędnych, coś, co pozwoli mi trzymać się wątku i nie marnować czasu. Umożliwia uniknięcie tego, co psycholog społeczny Roy Baumeister nazywa syndromem ''wyczerpanego ja'' - gdy powaleni przez stres i przeciążeni nadmiarem informacji tracimy zdolność podejmowania decyzji i odróżniania spraw ważnych od bzdur.
 
W świecie surfowania po sieci zanika umiejętność czytania, wypierana przez omiatanie wzrokiem nagłówków i skakanie po informacjach. Jaka jest więc przyszłość kultury? Przecież bez czytania kultury nie ma.
- Ludzie będą coraz bardziej świadomi tego zagrożenia, więc wytworzą się jakieś formy przeciwdziałania. Jestem optymistą, bo dążenie do tworzenia kultury też jest w nas bardzo silnie zakorzenione. Znajdziemy jakieś inne formy budowania kultury - może nie poprzez pisanie książek czy gazet - ale nie mniej wartościowe. Kiedy Gutenberg wynalazł ruchomą czcionkę, wielu biadoliło, że stracimy zdolność zapamiętywania. Jakoś nie straciliśmy. Nowe sposoby gospodarowania informacją nie muszą zdegradować naszego myślenia. Trzeba tylko pamiętać, że im więcej informacji do siebie dopuszczamy, tym mniej mamy czasu na ich przepracowanie.
 
W słynnej książce dla dzieci ''Momo'' Michaela Endego czytelnik odkrywa, że tym bardziej tracimy czas, im bardziej staramy się go zaoszczędzić. Odpowiedzialni za to są Siwi Panowie z Agencji Oszczędzania Czasu, którzy muszą nas z czasu okradać, by w nim żyć. Kim są nasi Siwi Panowie?
 
- My sami nimi jesteśmy. Sami się okradamy, żyjąc coraz szybciej i coraz bardziej powierzchownie. Myślenie, że powinniśmy żyć szybciej, nie płynie z zewnątrz, lecz z wewnątrz nas. Musimy tępić tych Siwych Panów w samych sobie, umieć zaspokajać swój głód czasu. John Robinson i Geoffrey Godbey, badacze rozporządzania czasem, ostrzegają, że taki głód, jeśli nie zostanie zaspokojony, prowadzi nie do śmierci, ale do tego, że człowiek nigdy nie żyje naprawdę.
''Lis zna wiele rzeczy, natomiast jeż zna jedną wielką rzecz'' - napisał starożytny grecki poeta Archiloch. Współczesne ''internetowe zwierzęta'' są lisami, które surfując i tweetując, poznają wiele rzeczy, lecz powierzchownie. Czy w naszym świecie jeże wkrótce wymrą?
 
- Całkowicie nie wyginą. Poza tym czasem dobrze jest być lisem, np. kiedy jesteś dziennikarzem i musisz szybko znaleźć informację. Ale czasem potrzebna jest inna strategia - drążenia w głąb. Trzeba umieć stosować obie. Poza tym w przyrodzie już tak jest, że jeśli populacja jakiegoś gatunku staje się zbyt duża, zaraz pojawia się inny gatunek lub naturalny mechanizm, który ją zmniejsza.
 
Pracuję dla ''Die Zeit'', która jest jeżem wśród gazet: ma długie, pogłębione i wymagające skupienia czytelnika artykuły. Dziesięć lat temu badacze trendów powiedzieli nam, że typ dziennikarstwa, który uprawiamy, jest w erze internetu kompletnie anachroniczny i nie ma przed nami przyszłości. Dziś ''Die Zeit'' odnosi największe sukcesy w swojej historii. Mamy coraz więcej czytelników, bo coraz więcej ludzi odkrywa, że internet daje im tylko gołą informację, bez wyjaśnienia istoty spraw. W świecie zdominowanym przez lisy wartość jeży rośnie.
 
Chcąc żyć szczęśliwie, powinniśmy przestać żyć schematami - namawia pan. Ale przecież potrzebujemy schematów - nie tylko indywidualnych, ale także społecznych - by porządkować życie. Kiedyś porządkowały je pory roku, prace polowe i ceremonie religijne, dziś - korporacyjne rytuały czy Facebook.
 
- Nie twierdzę, że schematy są zupełnie niepotrzebne. Potrzebujemy ich, by nadać swojemu życiu jakąś strukturę. Mnie bardziej chodzi o odkrywanie naszych złych nawyków. Potrzebujemy w życiu przestrzeni wolności, bo jeśli dziś wiesz, jak będzie wyglądało twoje życie za 30 lat, nie jesteś człowiekiem, tylko robotem. Życie całkowicie przewidywalne staje się przerażające.
 
Podobno w erze nowoczesności, straciwszy wiarę w życie po śmierci, staramy się wszelkimi sposobami zagęszczać życie przed śmiercią. Żyjemy, jakbyśmy mieli przed śmiercią do załatwienia mnóstwo spraw, podczas gdy powinniśmy się zatrzymać, wejrzeć w siebie. A jeśli ludzie nie wpatrują się w siebie w obawie, że nie zobaczą tam nikogo interesującego?
- To byłoby bardzo smutne. Ale przecież wszyscy jesteśmy do siebie podobni, jesteśmy częścią wspólnej tożsamości. Wszyscy chcemy być szczęśliwi, mieć przyjaciół, być w harmonii ze sobą i w rezonansie z innymi. No i mieć poczucie, że nasze życie ma znaczenie. Poczucie wewnętrznej pustki niektórych ludzi, jak wierzę, bierze się z tego, że nie zaglądają w siebie wystarczająco głęboko.
 
W swojej opowieści o lenistwie proponuje pan oryginalną strategię motywowania się do robienia w życiu sensownych rzeczy - napisanie własnej mowy pogrzebowej. Jak brzmiałaby pańska?
- Hm... daj pomyśleć... Chyba jakoś tak: ''Geniuszem nie był, za to się w życiu starał. Ale nie harował i za karierą nie gnał, bo wolał żyć po swojemu - mieć czas dla siebie, bliskich, przyjaciół, poznawać ludzi i miejsca. Zachował ciekawość, żeby mieć o czym pisać. Miał swoje braki, niejedną wpadkę zaliczył, ale, farciarz, ożenił się ze świetną babką. A ona nauczyła go znosić siebie i lubić innych. I w sumie fajnie było go znać''.
Mam nadzieję, że ci inni też by mnie tak wspominali.
 
Ulrich Schnabel - jest dziennikarzem i pisarzem. Właśnie wyszła jego książka ''Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia''
  JASKRA
 
Ponad 80% osób, u których rozwija się jaskra, nazywana „cichą złodziejką wzroku”, nie wie o swojej chorobie i nie leczy się.
Nieleczona jaskra przez wiele lat, stopniowo i niepostrzeżenie prowadzi do utraty wzroku. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) jest to druga przyczyna nieodwracalnej ślepoty w krajach rozwiniętych.
 
Jaskra rozwija się latami bezobjawowo i daje o sobie znać dopiero w późnych stadiach, gdy pacjent zaczyna mieć zaburzenia widzenia. Dlatego tak ważne są kampanie edukacyjne na temat jaskry i możliwości jej wczesnego wykrywania.
Gdy leczenie podejmiemy na wczesnym etapie rozwoju choroby, to można zahamować jej rozwój. Pacjent będzie ją miał do końca życia, ale nie będzie odczuwał z jej powodu upośledzenia funkcjonowania w życiu codziennym.
 
Szczegółowym badaniom, które pozwalają wcześnie wykryć jaskrę, powinni poddać się przede wszystkim ludzie z grup ryzyka. „Chodzi tu o osoby po 40. roku życia, osoby, u których w rodzinie występowała jaskra, mające wysoką krótko- lub dalekowzroczność, bądź wysokie lub niskie ciśnienie tętnicze krwi.
 
Również choroby naczyń obwodowych (ale niekoniecznie miażdżyca), które w początkowym stadium objawiają się marznięciem palców u rąk czy nóg, są czynnikiem ryzyka jaskry. Wynika to z tego, że nerw wzrokowy jest odżywiany właśnie przez naczynia obwodowe, a według jednej z teorii tłumaczących rozwój jaskry – tzw. niedokrwiennej – uszkodzenie tych naczyń jest właśnie przyczyną choroby. Druga teoria, tzw. mechaniczna, zakłada natomiast, że to zbyt wysokie ciśnienie wewnątrz gałki ocznej, poprzez bezpośredni ucisk na włókna nerwu wzrokowego, doprowadza do jego uszkodzenia.
Osoby z grup ryzyka powinny prosić lekarza okulistę o pogłębione badania oczu np. przy okazji wizyty po okulary do czytania.
 
Jednym z nich jest badanie dna oka. Bardzo pomocne jest obrazowe badanie tarczy nerwu wzrokowego przy pomocy sprzętu komputerowego. Ponadto konieczne jest też badanie ciśnienia wewnątrzgałkowego i badanie pola widzenia.
Wbrew powszechnemu przekonaniu, badanie ostrości wzroku przed tablicą z różnej wielkości literami czy cyframi nie jest pomocne we wczesnym wykrywaniu jaskry, gdyż centralna ostrość wzroku spada dopiero w bardzo zaawansowanych stadiach choroby.
 
Bardzo wcześnie pojawiają się zmiany w polu widzenia, których pacjent nie jest w stanie dostrzec, ponieważ pole widzenia jednego oka rekompensuje trochę pole widzenia drugiego. Dlatego okulista powinien zbadać pole widzenia przy pomocy specjalnego aparatu.
  CYTRYNA
 
 
Cytryna jest  produktem zwalczającym komórki rakowe. Jest 10000 razy silniejsza niż chemoterapia. Dlaczego ta wiedza nie jest powszechna ? Ponieważ wielkie firmy farmaceutyczne i laboratoria są zainteresowane wytwarzaniem sztucznych produktów, co przynosi im wielkie zyski.
 
Wielu zawodowców w restauracjach i miejscach żywienia zbiorowego używa lub konsumuje całą cytrynę i nic nie jest wyrzucane. Jak zużywać całą cytrynę bez wyrzucania czegokolwiek?
 
To proste. Włóżcie całą umytą cytrynę do zamrażalnika swojej lodówki. Kiedy jest ona już zamrożona, weźcie tarkę i utrzyjcie na niej całą cytrynę (bez obierania skórki) i posypcie tą utartą masą swoje jedzenie (sałatkę, lody, zupę, dania rybne, mięsne, sosy, whisky, wino – lista dań jest niekończąca się). Całe jedzenie zyska niespodziewanie cudowny smak, którego nigdy wcześniej nie doświadczyliście.
 
Co jest główną zaletą w jedzeniu całej cytryny inną niż zapobieganie wyrzucaniu jej niezużytej części i dodawaniu smaku swoim posiłkom?

Skórka cytryny zawiera 5 do 10 razy więcej witamin niż sok z cytryny. Ale od teraz wykonując tą prostą procedurę z mrożeniem całej cytryny, ucieraniem jej i dodawaniem tego do swojego jedzenia czy picia, możesz spożywać wszystkie odżywcze składniki i być zdrowsza. Dobre jest także to, że skórka z cytryny to zdrowe i odmładzające pożywienie zwalczające także wszystkie toksyczne elementy w twoim ciele. Tak więc włóżcie  umytą cytrynę do zamrażalnika i dodawajcie do jedzenia codziennie. To klucz, aby Wasze jedzenie było smaczniejsze, a Wy żebyście żyli dłużej i byli zdrowsi.

Możecie je zjadać na wiele sposobów, sok, miąższ, skórkę, robić drinki i ma to wszystko wiele zalet, z których najważniejsze to, jakie wywiera na torbiele i nowotwory. To drzewo to udowodniony dostarczyciel lekarstwa na raka. Jest także znane jako zwalczający drobnoustroje, zakażenia bakteriami oraz grzybami. Jest skutecznym środkiem przeciwko ludzkim pasożytom i robakom. Reguluje też ciśnienie krwi, kiedy jest ono za wysokie oraz działa jako środek przeciw depresjom, stresom czy zaburzeniom nerwowym.
 
Źródło tych informacji jest fascynujące: to wyszło od jednego z największych producentów leków, który po 20 latach badań laboratoryjnych prowadzonych od 1970 roku udowodnił i ujawnił, że cytryna zabija komórki nowotworowe w przypadku 12 rodzajów nowotworów jak: nowotwory jelita, piersi, prostaty, płuc i trzustki. Owoce drzewa cytrynowego działają 10000 razy lepiej niż Adriamycyna – lek używany przy chemoterapii, powodujący tylko zwolnienie wzrostu komórek nowotworowych. Co bardziej zdumiewające w tym typie terapii, cytryna zwalcza tylko złośliwe komórki rakowe i nie powoduje żadnych skutków ubocznych dla normalnych komórek organizmu.
 
Ważna uwaga ! Do zamrażania nadają się tylko cytryny pochodzące z upraw ekologicznych, ze względu na brak stosowania pestycydów. Mycie, parzenie cytryn zwykłych, z upraw spryskiwanych pestycydami, nie pomoże  w usunięciu ze skórki tych substancji, a o skórkę tutaj chodzi.
Mrożona cytryna
 
Cytryna jest  produktem zwalczającym komórki rakowe. Jest 10000 razy silniejsza niż chemoterapia. Dlaczego ta wiedza nie jest powszechna ? Ponieważ wielkie firmy farmaceutyczne i laboratoria są zainteresowane wytwarzaniem sztucznych produktów, co przynosi im wielkie zyski.

Wielu zawodowców w restauracjach i miejscach żywienia zbiorowego używa lub konsumuje całą cytrynę i nic nie jest wyrzucane. Jak zużywać całą cytrynę bez wyrzucania czegokolwiek?

To proste. Włóżcie całą umytą cytrynę do zamrażalnika swojej lodówki. Kiedy jest ona już zamrożona, weźcie tarkę i utrzyjcie na niej całą cytrynę (bez obierania skórki) i posypcie tą utartą masą swoje jedzenie (sałatkę, lody, zupę, dania rybne, mięsne, sosy, whisky, wino – lista dań jest niekończąca się). Całe jedzenie zyska niespodziewanie cudowny smak, którego nigdy wcześniej nie doświadczyliście.
 
Co jest główną zaletą w jedzeniu całej cytryny inną niż zapobieganie wyrzucaniu jej niezużytej części i dodawaniu smaku swoim posiłkom?

Skórka cytryny zawiera 5 do 10 razy więcej witamin niż sok z cytryny. Ale od teraz wykonując tą prostą procedurę z mrożeniem całej cytryny, ucieraniem jej i dodawaniem tego do swojego jedzenia czy picia, możesz spożywać wszystkie odżywcze składniki i być zdrowsza. Dobre jest także to, że skórka z cytryny to zdrowe i odmładzające pożywienie zwalczające także wszystkie toksyczne elementy w twoim ciele. Tak więc włóżcie  umytą cytrynę do zamrażalnika i dodawajcie do jedzenia codziennie. To klucz, aby Wasze jedzenie było smaczniejsze, a Wy żebyście żyli dłużej i byli zdrowsi.

Możecie je zjadać na wiele sposobów, sok, miąższ, skórkę, robić drinki i ma to wszystko wiele zalet, z których najważniejsze to, jakie wywiera na torbiele i nowotwory. To drzewo to udowodniony dostarczyciel lekarstwa na raka. Jest także znane jako zwalczający drobnoustroje, zakażenia bakteriami oraz grzybami. Jest skutecznym środkiem przeciwko ludzkim pasożytom i robakom. Reguluje też ciśnienie krwi, kiedy jest ono za wysokie oraz działa jako środek przeciw depresjom, stresom czy zaburzeniom nerwowym. Źródło tych informacji jest fascynujące: to wyszło od jednego z największych producentów leków, który po 20 latach badań laboratoryjnych prowadzonych od 1970 roku udowodnił i ujawnił, że cytryna zabija komórki nowotworowe w przypadku 12 rodzajów nowotworów jak: nowotwory jelita, piersi, prostaty, płuc i trzustki. Owoce drzewa cytrynowego działają 10000 razy lepiej niż Adriamycyna – lek używany przy chemoterapii, powodujący tylko zwolnienie wzrostu komórek nowotworowych. Co bardziej zdumiewające w tym typie terapii, cytryna zwalcza tylko złośliwe komórki rakowe i nie powoduje żadnych skutków ubocznych dla normalnych komórek organizmu.
 
Ważna uwaga ! Do zamrażania nadają się tylko cytryny pochodzące z upraw ekologicznych, ze względu na brak stosowania pestycydów. Mycie, parzenie cytryn zwykłych, z upraw spryskiwanych pestycydami, nie pomoże  w usunięciu ze skórki tych substancji, a o skórkę tutaj chodzi.
  NOWOTWORY GROŹNIEJSZE DLA MĘŻCZYZN
 
Panowie postrzegani są jako "silniejsza płeć" - tymczasem to właśnie oni powinni zwrócić zdecydowanie większą uwagę na swoje zdrowie. Naukowcy wskazują, że choć nie ma ku temu na razie uchwytnego powodu, to właśnie mężczyźni mają zwykle gorsze rokowania w chorobach nowotworowych.

Różnice nie są na szczęście duże, ale w przypadku tak groźnych chorób każda istotna statystycznie zmniejszona szansa przeżycia i wyleczenia powinna być wskazówką do baczniejszego przyglądania się swojemu zdrowiu.
 
Badania, które prowadził Dr Michael B. Cook z National Cancer Institute wykazały, że odsetek umieralności i przeżycia różnią się w zależności od płci. Jak wskazuje naukowiec:
Mężczyźni są bardziej narażeni na śmierć z powodu raka niż kobiety. Odkryliśmy, że to stwierdzenie to jest prawdziwe niestety dla większości typów nowotworów.
 
Różnice te kształtują się następująco w przypadku wybranych rodzajów raka:

krtani - 5,37 do 1
gardła - 4,47 do 1
przełyku - 4,08 do 1
pęcherza moczowego - 3.36 do 1
płuc i oskrzeli - 2.31 do 1
okrężnicy i odbytnicy - 1.42 do 1
trzustki - 1.37 do 1
białaczki - 1.75 do 1

Jak podsumowują badacze, jeżeli uda się znaleźć przyczynę występowania tych różnic, będzie można skuteczniej udzielać pomocy pacjentom onkologicznym płci męskiej. Na razie podejrzewa się głównie przyczyny zewnętrzne: mniejszy stopień korzystania z opieki zdrowotnej, większe lekceważenie objawów chorobowych i opóźnioną w wyniku tego diagnostykę.
  Kwintesencja tego, jak powinno wyglądać życie każdego z nas !
 
 
Można żyć według słów Dezyderaty, które załączamy w piosence, można i wg tych poniżej, czego życzymy Wam na ten tydzień i kolejne tygodnie i lata. Absolutnie nie wszystko naraz jest dla każdego do przeskoczenia, ale wystarczą jakieś małe ułamki tych wskazówek, by być dobrym człowiekiem, nie krzywdzić innych i żyć szczęśliwie w zgodzie ze sobą.
 
https://www.youtube.com/watch?v=kyOfmKr3n_k&feature=youtu.be
 
1. Każdego dnia podejmij choć trochę ryzyka.
 
To najlepszy sposób, aby zmierzyć się z jakimkolwiek problemem. Dzięki temu zlikwidujesz wszelkie lęki i przezwyciężysz największe wyzwania życiowe. Masz tyle w życiu okazji do działania, na ile jesteś gotów o nie walczyć. Więc nigdy nie pozwól, aby strach przed podjęciem decyzji zdecydował o Twojej przyszłości. Podejmowanie ryzyka każdego dnia powoduje, że jesteś bliżej swoich celów. Niektóre decyzje zadziałają, a niektóre nie. Ale nigdy tego się nie dowiesz, jeśli nie zaryzykujesz. Lepiej żałować, że się spróbowało, niż myśleć całe życie dlaczego nie postawiłeś wszystkiego na jedną kartę. Sam decydujesz o swoim losie – pamiętaj o tym.
 
2. Przestań martwić się tym, co inni ludzie o Tobie myślą.
 
Życie polega na tym, aby robić coś z pasją, będąc szczęśliwym samemu ze sobą – nie zamartwiając się o to, jak oceniają nas inni. Jeśli chcesz dużo osiągnąć, przestań pytać wszystkich o akceptację. Nie potrzebujesz niczyjej zgody, aby być szczęśliwym i podążać za głosem swojego serca.
 
3. Ignoruj to, co osiągają inni.
 
Twoje życie polega na przekraczaniu tylko TWOICH barier i tyczy się tylko TWOJEJ strefy. Nie bierzesz udziału w żadnych zawodach, nie ścigaj się z innymi. To wcale nie pomaga!
 
4. Inwestuj w siebie nawet jeśli nikt inny nie będzie tego robić.
 
Prawdę mówiąc, istnieje tylko kilka osób na tym świecie, które będą z Tobą w 100% szczere. Ty powinieneś także należeć do tej grupy. Swoje priorytety spróbuj umieścić w życiu codziennym: zainwestuj w swoją edukację, zdrowie i szczęście. RÓB TO KAŻDEGO DNIA. Stwórz sobie życie, dzięki któremu będziesz zadowolony w środku i będą to widzieć także ludzie na zewnątrz.
 
5. Zamień słowa w czyny.
 
Nie pytaj innych, co masz robić, jeśli nie masz zamiaru działać. Jeśli naprawdę czegoś pragniesz, udowodnij to! Osiągniesz sukces, jeśli będziesz ponosić odpowiedzialność za swoje słowa.
 
6. Wkładaj serce w to, co robisz.
 
Miłość to działanie, więc działaj! Włóż uczucie w swoje cele, a przybliżą Cię do sukcesu. Ciężko pracuj, a gdy zrobisz coś dobrze uśmiech sam pojawi się na Twojej twarzy. Walcz do końca.
 
7. Dąż do osiągania rezultatów, nawet jeśli masz dobrą wymówkę, aby przestać działać.
 
ŻADNYCH SKRÓTÓW! Żadnych szybkich i łatwych rozwiązań. Nigdy nie wiń innych za swoje niepowodzenia. Przestań gadać i zacznij działać. Lenistwo może wydawać się atrakcyjne, ale praca prowadzi do szczęścia.
 
8. Pamiętaj, że każdy z nas popełnia błędy.
 
Czasem trzeba stracić coś cennego, aby zyskać coś BEZCENNEGO. Nigdy nie żałuj popełnianych błędów i porażek, bo dzięki nim masz siłę. Ten, kto upada i umie powstać jest silniejszy od tego, kto nigdy nie upadł.
 
9. Zapomnij o zmaganiach dnia wczorajszego.
 
Twoje życie to opowieść, która ma wiele rozdziałów. Jeden zły rozdział nie oznacza, że książka się kończy. Więc przestań w kółko analizować i obróć po prostu stronę.
 
ZAAKCEPTUJ TO CO JEST, PUŚĆ W NIEPAMIĘĆ TO, CO BYŁO I MIEJ WIARĘ W TO, CO BĘDZIE.
 
10. Nie użalaj się nad sobą.
 
Ci, którzy walczą wiedzą, jak szorstkie jest życie. Ale pamiętaj, że będzie lepiej. Idź do przodu. Czasem możesz poczuć się tak, że nikogo nie interesujesz, ale pamiętaj, innym zależy na Tobie. Pamiętaj, że nie jesteś sam. Wszyscy ludzie na Ziemi przeżywają podobne problemy i wyzwania… Uświadom sobie, że UŻALANIE SIĘ NAD SOBĄ W NICZYM CI NIE POMOŻE. Nie na tym polega życie. Chodzi w nim o przebaczanie, akceptację i bycie silniejszym. Pamiętaj, że czas leczy rany.
 
11. Stawiaj czoła wyzwaniom, to Cię hartuje.
 
Najsilniejsi i najszczęśliwsi ludzie to nie tacy, którzy zawsze wygrywali, ale ci, którzy nie poddali się, gdy coś stracili. Dlatego spokój nas ratuje. Pamiętaj, że fizycznie możesz czuć się słaby, ale Twój duch jest silny. Nie proś o łatwe życie, ale o siłę i wytrwałość, które prowadzą do długoterminowego szczęścia i sukcesu.
 
12. Walcz mocno o to w co wierzysz.
 
Siła człowieka polega na tym, że umie zdobyć coś, co inni uważają za niemożliwe. Pamiętaj, że czasem TRZEBA PRZEGRAĆ BITWĘ, ABY WYGRAĆ WOJNĘ. Więc jeśli mocno w coś wierzysz, walcz o to! Z czasem wszystko się ułoży, może nie od razu, ale stanie się tak.
 
13. Bądź cierpliwy.
 
Nie spiesz się. Ćwicz cierpliwość. Jest ona bardzo pomocna w osiąganiu sukcesu.
 
14. Przejmij kontrolę nad swoimi myślami zanim one przejmą kontrolę nad Tobą.
 
Bardzo często nasze myśli ranią nas i zdajemy sobie z tego sprawę. Nie możesz rozwiązać problemu z tymi samymi myślami, które ten problem wygenerowały. Nie ma powodu, aby w ten sposób się męczyć. Nie myśl, co jest poza pudełkiem, skup się na tym, że w ogóle go nie ma. Żadnych ograniczeń.
 
15. Bądź pozytywnie nastawiony.
 
Szczęście jest w sercu i umyśle, a nie w przypadkowych okolicznościach. Piękne rzeczy się zdarzają, kiedy zdystansujesz się do negatywnego myślenia. BĄDŹ POZYTYWNY i UŚMIECHAJ SIĘ. Nie dlatego, że wszystko idzie po Twojej myśli, ale dlatego, że może zawsze być lepiej. Uśmiech nie zawsze oznacza, że ktoś jest szczęśliwy. Czasem to po prostu oznaka wielkiej siły, a pozytywna energia pomoże Ci poczuć się lepiej.
 
16. Spędzaj więcej czasu z właściwymi ludźmi.
 
Jeśli wiesz, że ludzie wokół Ciebie mają negatywną energię – zmień towarzystwo. To nie jest łatwe, ale zaufaj mi, że warto to zrobić. Nie należy spodziewać się pozytywnych zmian w swoim życiu, jeśli otaczasz się negatywnymi ludźmi. Znaj swoją wartość i to, co masz do zaoferowania. Pamiętaj, aby nie godzić się na relacje, które zawsze ciągną Cię w dół.
 
17. Walcz o siebie. Niektórzy ludzie zrobią wszystko dla swoich własnych korzyści kosztem innych. Po trupach będą dążyć do celu. NIE WOLNO AKCEPTOWAĆ TAKIEGO ZACHOWANIA. Nie pozwól, aby tacy ludzie wykorzystali Cię tylko po to, aby osiągnąć swój cel.
 
18. Przebacz wszystkim, którzy Cię skrzywdzili. Pamiętaj, aby nigdy nie mylić dobroci ze słabością i przebaczenia z akceptacją złych słów. Chodzi o to, że chowanie urazy nie przyczyni się do tego, że będziemy szczęśliwi. NIE PRZEBACZASZ LUDZIOM DLATEGO, ŻE JESTEŚ SŁABY. Robisz to, ponieważ jesteś na tyle SILNY, aby wiedzieć, że ludzie popełniają błędy.
 
19. Wyciągaj rękę do ludzi i pomagaj im.
Pomagasz innym – dobre uczynki do Ciebie wracają. Powinniśmy traktować się z należytym szacunkiem i pomagać sobie. Zawsze pielęgnuj w sobie ten głos życzliwości i współczucia.
 
20. Żyj tu i teraz, aby cieszyć się swoim życiem.
Znajdź równowagę między planowaniem a czerpaniem radości z teraźniejszości. Nie szukaj cały czas czegoś lepszego. Szczęście nigdy nie przychodzi do tych, którzy nie doceniają tego, co mają. Ciesz się chwilą, a zobaczysz, że przyszłość przygotuje dla Ciebie wiele dobrego!
  TOKSYCZNI LUDZIE SĄ WŚRÓD NAS
 
Często nie mamy wpływu na to, kto znajduje się w naszym otoczeniu - szczególnie jeśli dotyczy to członków rodziny. Ale zawsze i wszędzie możemy się natknąć na toksyczne osoby i to bez względu na to ile mamy lat, ile przeżyliśmy i w którym momencie życia jesteśmy. Poniżej przedstawiamy 5 typów toksycznych ludzi, którzy nie są warci naszej uwagi, czasu, a już tym bardziej naszych łez.
 
1. Manipulanci
 
Eksperci w robieniu Ci źle. Z zegarmistrzowską precyzją znajdą twój czuły punkt, żeby go potem wykorzystać. Manipulacja to taka forma wywierania wpływu na osobę lub grupę, aby nieświadomie i z własnej woli realizowała cele manipulatora. Klasycznym przykładem manipulacji jest szantaż emocjonalny. "To ja Tobie...a Ty jesteś taki...". Tyle mi zawdzięczasz, a jesteś taki niewdzięczny. Może docenisz mnie po śmierci, gdy mnie zabraknie, za 20 lat gdy zmądrzejesz itp.".
Na manipulację jesteśmy narażeni w życiu społecznym, w pracy, w rodzinie. Jeśli po fakcie, zdarzeniu, czujesz się jak kupka nieszczęścia i nawet nie wiesz do końca co się stało i dlaczego postąpiłeś w określony sposób, bardzo prawdopodobne, że trafiłeś na manipulatora. Co robić przy kolejnej okazji? Nie dać się. A najlepiej uciekać.
 
2. Wiecznie niezadowoleni
 
Jeśli świeci słońce, powiedzą że jutro spadnie deszcz, a nawet jeśli dziś jest pokój to jutro będzie wojna na świecie i nie ma się z czego cieszyć. Wiele z tych osób charakteryzuje się osobowością depresyjną. Nie robią nic, aby zmienić swoje położenie. Latami tkwią w znanym nieszczęściu i skarżą się, że los ich skrzywdził. Ciągną Cię do piekła, bo nie chcą być tam sami. Jeśli nie przejrzą na oczy, przeżyją smutne życie, w którym radości będzie jak na lekarstwo.
Bardzo im współczujemy, ale nie chcemy ich dźwigać na swoich plecach. Jeśli chcesz zachować swoją pogodę ducha i dobry humor, lepiej też tego nie rób.
 
3. Fanatycy
 
Nie ważne w jakiej sprawie. Czy chodzi o religię, ekologię, zdrowe jedzenie, czy służbowe zadania. Fanatycy patrzą tylko w jednym kierunku. Oni nie kochają ludzi, kochają idee. Dla niej podepczą Ciebie i twoja godność choćbyś był aniołem. Tylko spróbuj się nie zgadzać. Tylko odważ się powiedzieć, że przesadzają. Nie rozmawiam z fanatykami, nie udowadniam im własnych racji. Tam gdzie jest fanatyzm, nie ma miejsca na rozmowę. ŻADNĄ. Dziękuję, beze mnie.
 
4. Kontestatorzy wszystkiego
 
Ich misją jest się nie zgadzać. Wietrzyć podstęp. Walczyć o rację. Za każdym razem kiedy wpadasz na świetny pomysł, znajdą jakieś "ale". Choćbyś mówił, że białe jest białe, to powiedzą, że białe może być bielsze. I że widać w nim szarość. Na wszystko mają odpowiedź. Nie szukają rozwiązań, szukają przeszkód. Wietrzą podstęp, spisek i nieszczęście. Aż sapią z podniecenia, gdy się sprawdzi. Świat to dla nich pole miniowe.
Oni walczą o gorsze jutro. Oto, żeby TYLKO mieć rację. Ta racja ich określa, daje im poczucie, że panują nad własnym życiem, że są ponad innymi. Chcesz walczyć razem z nimi?
 
5. Żyjący przeszłością
Najczęściej tą, w której ktoś ich skrzywdził, albo coś im nie wyszło. Nie uwiedzie ich nawet najpiękniejsze dzisiaj. Dla nich liczy się to, co miało miejsce 30 lat temu, gdy ktoś powiedział, zrobił lub nie zrobił tego, na co czekali. Pielęgnują urazy jak cenny skarb. Nie dadzą sobie odebrać ani okruszyny. Skrzywdzenie określa ich byt, bycie ofiarą to ich misja i przekleństwo jednocześnie. Nie zostawią tego, ile byś ich nie przekonywał. Prędzej zmarnują całe życie.
 
Pozdrawiamy,
Życzymy Wam samych mądrych i fajnych ludzi wokół siebie.
  STAN SKÓRY A PROBLEMY PSYCHICZNE
 
 
 
Zdrowie psychiczne ma ogromny wpływ na stan ludzkiej skóry. Z licznych badań wynika, że nawet 80 proc. pacjentów klinik dermatologicznych ma problemy o podłożu psychicznym. Najczęstsze schorzenia dermatologiczne, których przyczyną są emocje, to świąd idiopatyczny, różnego rodzaju wypryski oraz nadmierna potliwość. Aby walka z nimi była skuteczna, niezbędna jest nie tylko pomoc dermatologa, lecz także relaksacja, a w skrajnych przypadkach nawet psychoterapia.
Istnieje silny związek między chorobami skóry a psychiką człowieka. Z badań wynika, że od 30 do 80 proc. pacjentów klinik dermatologicznych boryka się z problemami o podłożu psychicznym. Do schorzeń skóry, w których powstawaniu istotną rolę pełnią czynniki psychiczne, należą m.in. świąd idiopatyczny, przewlekła pokrzywka, nadmierne pocenie. Możliwa jest także sytuacja odwrotna, gdy reakcja skóry jest objawem zaburzenia psychicznego, np. trichotillomanii, obłędu pasożytniczego, dermatoz. Istnieją także choroby o uwarunkowaniu biologicznym, np. łuszczyca lub atopowe zapalenie skóry, których przebieg jest modyfikowany przez czynniki psychiczne.
 
– To, w jaki sposób wygląda nasza skóra, jak ona się czuje, jest pierwszym komunikatem, jaki dajemy innym ludziom. Poznajemy się, spotykamy i ludzie widzą, jak ten człowiek wygląda, jak wygląda jego skóra. Nawet czasem sobie tego nie uświadamiamy, ale ludzie widzą skórę i myślą sobie, ta osoba jest zdrowa, albo ta osoba ma jakieś problemy. I rzeczywiście, na skórze widać wyraźnie, czy ktoś jest zrelaksowany, odprężony. Widać to po masażu, jak skóra się zmienia pod jego wpływem – mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc, psycholog, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Lifestyle.
Na powstawanie lub zaostrzenie przebiegu niektórych chorób skóry ogromny wpływ ma również stres. Powoduje on zaburzenie krążenia krwi i oddychania komórkowego, w efekcie czego komórki nie pozbywają się produktów przemiany materii oraz nie otrzymują substancji odżywczych. Skóra staje się szorstka i ziemista, mogą się także pojawić wypryski. Współczesna medycyna zaleca holistyczne podejście do chorób dermatologicznych. Zgodnie z nim walka z problemami skórnymi powinna obejmować nie tylko standardowe leczenie dermatologiczne, lecz także relaksację, naukę technik redukcji stresu, jogę, a w skrajnych przypadkach psychoterapię. Bardzo pomocne bywają zwłaszcza masaże relaksacyjne.
– W Indiach matki masują swoje dzieci od momentu urodzenia, aż do momentu wyjścia z domu, czyli w zasadzie do osiągnięcia pewnej dojrzałości, w ten sposób okazując dzieciom swoją miłość. Masaż powoduje, że to dziecko, najpierw niemowlę, potem młody człowiek, czuje się zrelaksowany. Masaż ma właśnie działanie odprężające. Powoduje, że czujemy się mniej spięci. Nie dość, że widać to na skórze, to czujemy się także lepiej psychicznie. Ten dotyk jest niesamowicie ważny także w relacjach między bliskimi – kobietą, mężczyzną, ale też między przyjaciółmi. Przytulanie się, obejmowanie, trzymanie za rękę – to daje nam poczucie bezpieczeństwa – mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc.
 
Badaczom bardzo trudno jest określić stałe czynniki odpowiadające za odczuwanie szczęścia. Uczucie to jest bardzo zindywidualizowane, jednak – zdaniem psychologów – niezwykle istotnym czynnikiem w przypadku niemalże każdego człowieka są relacje z innymi ludźmi. Poprawne więzi, a także płynące z nich wsparcie społeczne, to największe źródło szczęścia dla większości ludzi. Ich brak może prowadzić do licznych zaburzeń psychicznych.
 
– W badaniach prowadzonych przez amerykańskiego psychologa Sheldona Cohena zbadano związki pomiędzy stresem i odpornością. Badania wykazały, że chroniczny stres prowadzi do obniżenia odporności, przez co łatwiej łapiemy infekcje i dłużej chorujemy. Czynnikiem buforującym, czyli takim parasolem ochronnym, są inni ludzie, a w tym wszystkim niezwykle istotną rolę odgrywa dotykanie i przytulanie się. Czyli ta bliskość fizyczna, której się czasem boimy, sprawia, że czujemy się lepiej i widać to nawet na poziomie właśnie naszego układu odpornościowego – mówi dr Ewa Jarczewska-Gerc.
Powiązaniami między stanem skóry i zdrowiem psychicznym zajmuje się nowa dziedzina medycyny, czyli psychodermatologia.
 
W zakresie jej zainteresowań leżą choroby skóry, których podłoże tkwi w psychice, zaburzenia psychiczne wtórne do chorób skóry, psychiatryczne efekty uboczne leczenia dermatologiczne oraz dermatologiczne efekty uboczne leczenia psychiatrycznego.
 
http://youtu.be/zHtUp1hUozQ
  CO CHOROBY MÓWIĄ O NAS
 
Żeby nam dobrze służyło - nasze ciało potrzebuje troski, uwagi i dobrego traktowania. Najlepsze co możemy dla siebie zrobić, to słuchać potrzeb naszego ciała i podążać za nimi. Wydaje się to proste – piję, kiedy czuję pragnienie, jem gdy czuję głód, śpię bo jestem zmęczony, idę na spacer, ponieważ chcę pooddychać i zrelaksować się, ćwiczę jogę, ponieważ czuję że moje ciało potrzebuje się rozciągnąć.
 
Według Louise Hay, amerykańskiej terapeutki, choroba jest sygnałem wysyłanym przez ciało. Nadświadomość właśnie przesyła nam informację, że pewne nasze zachowania, myśli i słowa są sprzeczne z wielkim prawem miłości i naszym wewnętrznym ja.
 
Gdybyśmy naprawdę słuchali naszych ciał, wiedzielibyśmy dokładnie co robić aby czuć się dobrze. Nie ma co ukrywać że z tym słuchaniem różnie bywa i dlatego się ono buntuje, wysyła sygnały, ostrzega. Jak najlepszy przyjaciel, który pilnuje, żebyśmy nie zboczyli z właściwej drogi.
 
Choroba to oznaka, że w naszym życiu nie dzieje się najlepiej. Gnębią nas złe przeczucia, lęki, mamy o sobie niskie mniemanie, nie wiemy jak wyjść z kryzysu, nie panujemy nad emocjami, nie widzimy sensu i celu życia.
Ciało jest lustrzanym odbiciem naszych myśli i przekonań.
 
Każda jego komórka reaguje na naszą myśl i każde wypowiadane przez nas słowo. Hay twierdzi, ze 90 procent chorób ma swoje źródło w psychice. Ból jest oznaką winy, a wina zawsze szuka ukarania. Przewlekły ból wywodzi się z długotrwałego poczucia winy, często zalegającego tak głęboko, że nawet nie jesteśmy go świadomi.
 
Zdrowie to miłość, która przez nas płynie. Choroba to zatkane w naszym organizmie kanały miłości. Większość z nas jest przekonana że potrafi kochać. To inni nie umieją. Czy powiedziałeś kiedyś: „Kocham ich (partnera, rodziców, dzieci), ale chciałbym zmienić pewne rzeczy”? Tak mówi większość ludzi na świecie. Tymczasem miłość to pozostawić wolność sobie i innym.
 
Kochać to szanować i akceptować pragnienia innych, nawet jeśli się nie zgadzamy z nimi, nawet jeżeli ich nie rozumiemy.
Naszą specjalnością jest kochanie głową. Myślimy, że kochać to mówić innym co powinni robić. Chcemy ich zmieniać, aby nie popełnili tych samych błędów co my. Ciągle analizujemy i oceniamy zachowanie innych, gdyż mamy wobec nich oczekiwania. Tyle że to nie miłość a raczej pragnienie posiadania, manipulacji i kontroli, a to powoduje nieporozumienia i konflikty, które nie służą naszemu ciału.
 
Prawdopodobne przyczyny niektórych chorób i dolegliwości wg Louise Hay.
 
Anemia – postawa „tak, ale”, brak radości, lęk przed życiem, poczucie bycia „nie dość dobrym”
Artretyzm – poczucie bycia niekochanym, krytycyzm, uraza
Astma –nadmierna i przytłaczająca miłość, uczucie przyduszenia, niemożność wytchnienia
Biegunka – strach przed zmianami, odrzucanie samego się, strach przed odrzuceniem
Ból gardła – niemożność wypowiedzenia swojego „ja”, zdławiona złość, Odmowa zmiany.
Ból kolana – uparte ego i duma, niezdolność do ugięcia się, mała elastyczność, brak tolerancji.
Ból kręgosłupa – brak wiary w życie, brak oparcia, przytłoczenie odpowiedzialnością za innych.
Ból nóg – lęk przed przyszłością, niechęć ruszenia na przód.
Choroby kobiece – odrzucanie swojej kobiecości, pielęgnowanie urazy do partnera.
Choroby nerek – krytykowanie innych, ciągłe niezadowolenie.
Choroby żołądka – przerażenie, obawa przed nowym
Dolegliwości oczu – niechęć oglądania tego co się widzi dookoła, strach przed przyszłością.
Depresja – Skupianie się wyłącznie na sobie, zablokowanie kanałów komunikacyjnych.
Gorączka – oznaka wewnętrznego gniewu
Kaszel – poczucie zagrożenia, poczucie dławienia przez życie
Migrena – niechęć do bycia kierowanym, opieranie się rytmowi życia
Nadciśnienie – długotrwały nierozwiązany problem emocjonalny
Nerwobóle – karanie się za winę, udręka z powodu trudności w porozumiewaniu się.
Niestrawność – odczuwany na poziomie wnętrzności lęk, przerażenie, niepokój.
Rak – głęboka rana, długo utrzymująca się uraza , skrywana tajemnica lub żal zżerający od środka, noszenie w sobie nienawiści.
Serce – długotrwałe kłopoty emocjonalne, brak radości.
Zaparcia – zbytnie przywiązanie do swoich poglądów, trudności z przyjmowaniem innych punktów widzenia.
Zawał serca – wyciskanie z serca całej radości na rzecz kariery, stanowiska i pieniędzy.
 
„Każda choroba jest krzykiem duszy, jest wołaniem naszego prawdziwego „ja” o to, aby zacząć wreszcie żyć w zgodzie z tym, kim jesteśmy naprawdę!”
 
1. Właściwe odżywianie fizyczne: oznacza to, że nie powinniśmy jeść rzeczy niewłaściwych, w złym czasie i w złym stanie świadomości, ponieważ „danie, które jemy, może zjeść nas samych”!.
2. Właściwe odżywianie psychiczne: nigdy więcej gniewu, nerwów, stresów, ranienia siebie nawzajem, tłumienia lęku i poczucia winy – idziemy przez życie pogodni i spokojni!
3. Właściwe odżywianie umysłowe: pozytywne myślenie, mówienie i działanie. Pamiętaj, że dostaniesz od życia dokładnie to, na co ukierunkujesz swoją świadomość. Równie ważne jest właściwe słuchanie, czytanie i patrzenie. Jednym słowem, gdy żyjesz w stanie „prawdziwej świadomości”, jesteś zdrowy.
  JAK SKUTECZNIE ZMNIEJSZYĆ APETYT
 
 
Przed chwilą skończyłaś posiłek a już sięgasz po przekąskę? Uczucie głodu Cię nie opuszcza? Jeśli tak, koniecznie przeczytaj poniższe wskazówki. Pomogą ci one stłumić uczucie głodu, dzięki czemu utrzymasz idealną wagę ciała i przede wszystkim będziesz zdrowa.
 
Wydaje się, że to co jemy, a zwłaszcza ile jemy, może mieć wpływ na naszą sylwetkę, jak również na stan naszego zdrowia. Twoje ciało potrzebuje pożywienia, aby móc prawidłowo funkcjonować. Żywność stanowi „paliwo” dla naszego organizmu, ale nie każde „paliwo” działa korzystnie. Nasze ciało potrzebuje zdrowej żywności, a fast foody, żywność przetworzona nie są korzystne dla organizmu. Dostarczają nam one pustych kalorii bez wartości odżywczych, dzięki czemu następuje wzrost masy, a nasze ciało nadal sygnalizuje nam głód z powodu braku witamin i składników odżywczych. Tak więc to co jemy ma ogromny wpływ na nasz organizm.
 
Żołądek przyzwyczaja się do ilości pokarmu przyjmowanego podczas jednego posiłku, jeśli będziesz dostarczać mu coraz większe porcje, rozciągnie się, a ty przybierzesz na wadze. Brzuch bowiem rozciągnie się, aby móc pomieścić wszystko, co zjesz. To jest absolutnie złe zjawisko, dlatego musisz nauczyć się, jak tłumić swój apetyt.
 
Twój organizm potrzebuje określonej ilości pożywienia na dzień i wszystko, co wykracza poza jego potrzeby jest magazynowane w postaci tłuszczu. Musisz więc ustalić ile kalorii twój organizm potrzebuje, by utrzymać idealną wagę. Pierwszym krokiem do osiągnięcia idealnej wagi jest zerwanie ze złymi nawykami, prowadzenie zdrowego trybu życia i regularne ćwiczenia fizyczne. Jednak nic nie jest takie łatwe, dlatego często możesz odczuwać głód nawet wtedy, gdy nie powinnaś. Musisz więc nauczyć się kilku sposobów, jak tłumić apetyt. Poniżej znajdziesz przydatne wskazówki.
Twój organizm potrzebuje żywności, aby mógł normalnie funkcjonować. W żadnym wypadku nie należy więc unikać jedzenia. Należy jeść 5 razy dziennie, 3 regularne posiłki i 2 przekąski. Jeśli jednak czujesz, że plan ten nie jest odpowiedni dla ciebie, spróbuj jeść częściej, ale mniejsze porcje. Twój organizm nie potrzebuje dużych porcji żywności, staraj się więc dostarczać mu średnie porcje. Nie najadaj się do syta. Żołądek trawi pożywienie z opóźnieniem, więc sygnał, że zjadłaś już odpowiednio dużo, pojawi się dopiero jakiś czas po posiłku.
 
Nie rezygnuj z żadnego z posiłków, niezależnie od tego czy jest to śniadanie, obiad czy kolacja. Każdy posiłek jest bowiem bardzo ważny dla organizmu. Upewnij się, że jesz zdrowe produkty, bogate w witaminy i składniki odżywcze. Jedz dużo warzyw oraz produkty bogate w białko, zdrowe tłuszcze oraz błonnik. Twoje ciało potrzebuje wszystkich tych składników w odpowiednich proporcjach.
 
Za każdym razem, gdy pomiędzy posiłkami poczujesz głód, napij się wody. Zaleca się, by pić ca najmniej 8 szklanek wody w ciągu dnia. Postaraj się stopniowo zwiększać spożycie wody, aż osiągniesz zalecane dzienne spożycie. Woda jest bowiem bardzo korzystna dla naszego organizmu. Pomaga utrzymać odpowiedni poziom nawodnienia, wzmacnia elastyczność skóry, wypłukuje toksyny z organizmu oraz wspomaga proces spalania tłuszczu. Woda ma 0 kalorii, więc możesz ją pić, kiedy tylko masz na to ochotę.
 
Postaraj skupić swoją uwagę, na czymś co naprawdę kochasz robić. Zazwyczaj, gdy nie masz nic do roboty, pojawia się uczucie głodu, nawet jeśli dopiero co skończyłaś posiłek. Jeśli zaczniesz robić coś, co naprawdę lubisz, twój umysł skoncentruje się na tym, a uczucie głodu natychmiast zniknie. Im więcej myślisz o tym, jak bardzo jesteś głodna, tym większy głód odczuwasz. Staraj się to kontrolować.
 
Spożywaj żywność, która w naturalny sposób pomoże ci zwalczyć uczucie głodu, pozostawiając uczucie sytości. Do tego typu żywności możemy zaliczyć jabłka, ryby, jajka, itp. Produkty te zazwyczaj nie są wysokokaloryczne, więc możesz stłumić uczucie głodu, bez konieczności spożywania zbyt wielu kalorii.
 
Jedź powoli i nakładaj porcje na mniejsze talerzyki. Jest to bardzo prosty trik, dzięki któremu oszukasz swój umysł i ciało, gdyż twoje porcje będą wyglądały na większe. Pamiętaj o tym, by dobrze przeżuwać każdy kęs. Dzięki temu twój żołądek nie będzie musiał zbyt długo trawić pokarmu. Pomagając mu w ten sposób, przyśpieszysz swój metabolizm i wchłanianie składników odżywczych.
   CUKIER
 
 
Cukier jest jak narkotyk i to bardzo groźny narkotyk. A sposób, w jaki uzależnia człowieka, można porównać do oddziaływania na organizm alkoholu - twierdzi holenderski badacz. Każdy uzależniony, który próbował odstawić papierosy, dobrze wie, jak trudne to zadanie. Mózg domaga się bodźców, jakich do tej pory dostarczała mu nikotyna. Podobnie jest z cukrem - twierdzi holenderski ekspert i szef amsterdamskiej służby zdrowia Paul van der Velpen.

Cukier jest najgroźniejszym narkotykiem wszech czasów - przekonuje. - Uzależniającym i groźnym dla zdrowia.Jak podkreśla van der Velpen, cytowany przez brytyjski dziennik "Daily Mail", przybywa osób otyłych, przez co rosną koszty leczenia chorób związanych z otyłością. Jego zdaniem, choć wiele mówi się o konieczności uprawiania ćwiczeń fizycznych, to o wiele bardziej efektywna byłaby zmiana diety przez wyeliminowanie z niej cukru. A to z kolei jest wręcz niemożliwe, z uwagi na łatwość, z jaką cukier uzależnia. Co dzieje się z człowiekiem, który sięga po słodkie pożywienie? Holenderski ekspert powołuje się na badania, z których wynika, że kiedy posilamy się jedzeniem pozbawionym cukru, najadamy się do momentu, aż nasz żołądek jest pełen i wysyła sygnał: stop! Natomiast kiedy zaczynamy jeść słodycze, mózg ignoruje sygnał od żołądka.
 
Natomiast człowiek uzależniony od cukru, kiedy już zacznie się nim zajadać, może jeść cukier tak długo, aż rozboli go brzuch. Dopiero ból lub pogorszenie samopoczucia są argumentami, które przekonują mózg do odstawienia słodkiej używki.
- Należy koniecznie wprowadzić regulacje dotyczące zawartości cukru w przetworzonych produktach i najlepiej obłożyć cukier akcyzą, tak jak alkohol czy papierosy - przekonuje Paul van der Velpen.
   INTELIGENTNA INSULINA. CUKRZYCA.
 
Osoby z cukrzycą typu 1 (oraz część pacjentów z cukrzycą typu 2) wymagają codziennych, zwykle wielokrotnych zastrzyków insuliny. Bez tych zastrzyków poziom glukozy w ich krwi osiągnąłby niebezpiecznie wysokie wartości, po dłuższym czasie prowadzące do uszkodzenia ważnych dla życia narządów. Ale insulinę łatwo przedawkować, a wówczas chory może stracić przytomność, a nawet umrzeć – o ile nie zje czegoś słodkiego albo nie dostanie zastrzyku glukozy.
 
„Inteligentna” insulina nie wymaga ciągłych pomiarów poziomu cukru we krwi ani podawania dawek wiele razy w ciągu doby. Lek krąży we krwi i „włącza się” przy zbyt wysokim poziomie glukozy, zaś „wyłącza” - przy normalnym. Opracowano kilka różnych odmian takiej insuliny.
 
Jedną z nich opracował wspólnie z kolegami i testował Danny Chou z Massachusetts Institute of Technology. To chemicznie zmodyfikowana wersja zwykłej, długodziałającej insuliny. Dołączony do niej zestaw dodatkowych cząsteczek łączy się z obecnymi we krwi białkami („wyłączenie”). Przy podwyższonym poziomie glukozy we krwi insulina odłącza się od białek i zaczyna działać.
 
Eksperymenty na myszach potwierdziły skuteczność metody. Już wkrótce mają się rozpocząć badania kliniczne na ludziach. Eksperci zastrzegają jednak, że upłyną lata zanim nowy rodzaj insuliny - przyjmowany raz na dobę, a może nawet raz na tydzień - trafi do powszechnego użytku.
   NIETOLERANCJA GLUTENU
 
Nadwrażliwość na gluten stała się kolejną epidemią. Lekarze niby zaznajamiają się z czymś takim jak „celiakia”, ale większość z nich nadal nie umie się odnaleźć w objawach, jakie ona powoduje oraz sposobach pomocy w takim przypadku. Już ponad 55 chorób połączono z nietolerancją glutenu – białka występującego w pszenicy, życie i jęczmieniu.
Szacuje się, że 18 milionów ludzi cierpli z powodu nietolerancji glutenu, a to tylko osoby, które zostały zdiagnozowane. Jest jeszcze ogromna liczba osób, która cierpi z tego powodu, choruje i nie ma pojęcia co jest przyczyną. Bardzo możliwe, że jedna na dwie osoby cierpi na tą nadwrażliwość.
 
Większość wrażliwych na gluten nie ma w ogóle objawów trawiennych. Szacuje się, że 99% ludzi, którzy mają nietolerancję glutenu lub celiakię, nie rozpoznaje objawów. Jeśli gluten powoduje aż tyle problemów, to dlaczego lekarze nie wiedzą więcej w tym temacie?
 
Kiedy odkrywa się coś nowego w medycynie, może potrwać średnio 17 lat, aby nowa informacja zaczęła być wykładana w szkołach medycznych i praktyce klinicznej. Wiele badań na temat glutenu jest nowych i tak naprawdę dopiero zaczyna się zarysowywać jego rola w powodowaniu i leczeniu wielu chorób
 
W przypadku występowania któregokolwiek z objawów, możliwe, że cierpisz na nietolerancję glutenu.
 
1. Problemy trawienne takie jak gazy, wzdęcia, biegunka a nawet zaparcia
– najczęściej obserwuje się zaparcia u dzieci po zjedzeniu glutenu.
 
2. Zmęczenie, otępienie lub zmęczenie po posiłku zawierającym gluten.
Gluten zawiera glutenomorfinę, która może działać jak morfina u niektórych osób i powodować otępienie. Gluten może atakować mózg, powodując stan zapalny.
 
3. Zdiagnozowanie choroby autoimmunologicznej – problemy tarczycy typu Hashimoto, reumatoidalne zapalenie stawów, wrzodziejące zapalenie okrężnicy, toczeń rumieniowaty, łuszczyca, twardzina skóry lub stwardnienie rozsiane.
 
4. Neurologiczne objawy takie jak: zawroty głowy lub uczucie braku równowagi oraz migrenowe bóle głowy.
Wrażliwość na żywność są znane z powodowania bólów głowy i migren, a gluten nie różni się w tym względzie. Ostatnie badania wykazały, że 56% osób, u których zdiagnozowano migrenę rzeczywiście miały podstawową wrażliwość na gluten. Po usunięciu z diety glutenu i przyjęciu bezglutenowego stylu życia, migreny ustąpiły.
 
5. Stan zapalny, obrzęk, bóle stawów (głównie palce, kolana i okolice bioder).
Ciało atakuje gluten tworząc „odpornościowe kompleksy”, które osiedlają się w stawach powodując obrzęk, ból i stan zapalny.
 
6. Brak równowagi hormonalnej, zespół napięcia przedmiesiączkowego lub nawet niewyjaśnione powody bezpłodności.
 
7. Huśtawki nastrojów, lęki, depresja.
 
Gluten może powodować nieszczelność jelit i zakłócać zdolność do absorbowania niektórych ważnych składników odżywczych – witamin z grupy B, żelaza, witaminy D, kwasów tłuszczowych omega-3 i cynku. Te składniki są niezbędne dla zdrowia mózgu i dobrego nastroju.
 
8. Wysypki skórne.
Wszystkie zmiany jakie widzimy na swojej skórze są oznaką nieprawidłowego działania organizmu wewnątrz. Zakwaszenie organizmu i nietolerancje pokarmowe, w tym również na gluten są główną przyczyną chorób skóry.
 
Prosta metoda sprawdzenia nietolerancji na gluten:
Najprostszym sposobem, aby sprawdzić nietolerancję na gluten, jest wyeliminowanie go z diety na 2-3 tygodnie i następnie wprowadzenie go ponownie. Jeśli zauważysz widoczną poprawę samopoczucia po wykluczeniu go z diety i pogorszenie się stanu zdrowia po wprowadzeniu go ponownie to najlepszym wyjściem będzie wyeliminowanie go na stałe.
 
Jak leczyć nietolerancję?
 
Wyeliminować go w 100% – nawet niewielkie ilości glutenu z leków czy suplementów są wystarczające, aby wprowadzić reakcje autoimmunologiczne organizmu.
80/20 lub „nie jemy glutenu w naszym domu, jemy go tylko wtedy, gdy jemy poza nim” jest kompletnym nieporozumieniem.
Dla osób z celiakią lub nadwrażliwością na gluten, jedzenie go tylko raz w miesiącu podnosi ryzyko zgonu o 600%.
  WODA UTLENIONA
 
 
 
Woda utleniona (H2O2), czyli nadtlenek wodoru, została po raz pierwszy otrzymana na początku XIX wieku poprzez zakwaszenie roztworu nadtlenku baru kwasem azotowym. W temperaturze pokojowej nadtlenek wodoru jest bezbarwną i bezwonną cieczą. To związek nietrwały. Ludzki organizm produkuje wodę utlenioną w naturalny sposób – wytwarzanie nadtlenku wodoru odbywa się w układzie immunologicznym, a konkretnie w jego komórkach: leukocytach i granulocytach. W trakcie rozkładu nadtlenek wodoru produkuje tlen atomowy, bez którego nie może odbyć się ani jedna reakcja biologiczna czy energetyczna.
 
Zastosowanie zewnętrzne.
 
Wodę utlenioną stosuje się przede wszystkim zewnętrznie. Działa antyseptycznie. Głównie wskazana jest do przemywania ran jako środek bakteriobójczy. Przy zainfekowanych ranach, procesach ropnych czy krwiakach sprzyja szybszemu gojeniu.
Używana jest również do płukania jamy ustnej w chorobach przyzębia, a także do płukania kieszonek dziąsłowych w stanach zapalnych. W przypadku stosowania wody utlenionej jako płukanki zaleca się jej rozcieńczenie (zwykle według proporcji: łyżka preparatu na szklankę wody). Taki specyfik zlikwiduje na przykład przykry zapach z ust – płukanie jamy ustnej rozcieńczonym nadtlenkiem wodoru uwolni nas od tego problemu.
Nadtlenek wodoru (rozcieńczony) pomoże w chorobach skóry takich jak np. łuszczyca czy egzema. W przypadku grzybicy stóp (albo innej części ciała) bądź brodawek należy smarować je wodą utlenioną (nierozcieńczoną) przez kilka dni, aż zmiany skórne znikną.
 
Wodę utlenioną można wlać do kąpieli, co dobrze wpłynie na płuca i nerki, wyreguluje rytm wypróżnień, złagodzi bóle kręgosłupa, stawów oraz mięśni, a także dobrze wpłynie na kondycję skóry. Proporcja na jedną kąpiel to dwie buteleczki wody utlenionej (po 100 ml każda); w wannie należy przebywać przez ok. 30-40 minut. Następnie trzeba dolać trochę ciepłej wody i dokładnie się umyć. Podczas kąpieli skóra może się zaróżowić, możliwy jest również wzrost temperatury. Są to oznaki zanieczyszczenia organizmu.
 
Nadtlenek wodoru można stosować w celach kosmetycznych – zabiegi z jego użyciem pomogą uporać się z suchą skórą i zaskórnikami, spłycą też zmarszczki. Wodę utlenioną stosujemy wtedy następująco: należy przemyć twarz ciepłą wodą i dobrze ją wytrzeć. Następnie moczymy wacik i przecieramy nim twarz oraz szyję. Po ok. 20-30 minutach należy ponownie opłukać twarz ciepłą wodą. Taki sam zabieg zalecany jest na cellulit – najpierw należy porządnie wymasować miejsca dotknięte skórką pomarańczową, a następnie zaaplikować wodę utlenioną.
 
Zastosowanie wewnętrzne.
 
Niektóre, zdecydowanie bardziej kontrowersyjne metody zakładają też doustne dawkowanie nadtlenku wodoru. Rosyjski profesor medycyny Iwan Nieumywakin, który zyskał przydomek Głównego Uzdrowiciela Ludowego Rosji, przekonuje, że wodę utlenioną można też stosować wewnętrznie. Uczony, który jest jednym z współtwórców medycyny kosmicznej zajmującej się wpływem podróży kosmicznych na organizm i psychikę człowieka, zakłada następujące podstawowe wewnętrzne dawkowanie: zażywać, zaczynając od kropli na 2-3 łyżki wody (trzy razy dziennie przed jedzeniem lub dwie godziny po posiłku). Codziennie zwiększać dawkę o jedną kroplę, aż dojdzie się do 10 kropli. Przerwać kurację na 2-3 dni i zacząć ją od nowa, ale w dawce 10 kropli, robiąc przerwę co 1-3 dni.
 
Taka kuracja według profesora może pomóc m.in. w przypadku astmy, alergi, grypy, kandydozy, bólów głowy, opryszczki, ale też... choroby Alzheimera, arytmii, chorób sercowo-naczyniowych, migreny, paradontozy, rozedmy, reumatoidalnego zapalenia stawów, zapalenia wirusowego wątroby, zapalenia dziąseł i oskrzeli. Nadtlenek wodoru ma także zabijać wszelką patogenną mikroflorę, a także rozprawiać się z pasożytami i wirusami. Uczony proponuje też zakraplanie nadtlenku wodoru do nosa albo uszu (rozcieńczając wcześniej 15 kropli w łyżce wody) w dolegliwościach górnych dróg oddechowych, szumie w uszach itp.
Uwaga, skuteczność tych metod, chociaż mają one sporo zwolenników, nie znajduje potwierdzenia w badaniach, więc decydując się na taką terapię, podejmujemy spore ryzyko. Zanim więc zdecydujemy się na odważną "cudowną" terapię, lepiej omówmy tę kwestię z lekarzem.
 
Zastosowanie dożylne.
 
Iwan Nieumywakin uważa także, że wodę utlenioną w niektórych chorobach możemy też stosować dożylnie. W ten sposób, zdaniem profesora, zapewnimy tlen narządom takim jak serce czy mózg. Woda utleniona podana w ten sposób oczyści naczynia, przywróci wiele funkcji mózgu i nerwu wzrokowego.
W związku z tym, że praktycznie we wszystkich chorobach organizm żyje w stanie niedotlenienia, pierwsze wprowadzenie dożylne 60 kropli wody utlenionej na minutę przeprowadza się w stosunku 2 ml nadtlenku wodoru na 200 ml soli fizjologicznej (0,03 proc.) Następne zabiegi wykonuje się po 5, 8 i 10 ml nadtlenku wodoru na 200 ml soli fizjologicznej (0,15-0,20 proc.).
 
Ilość iniekcji zależy od charakteru choroby. W wielu przypadkach już po kilku zabiegach ma miejsce znaczna poprawa, najczęściej jednak potrzeba 10-12 zabiegów, a nieraz i 15-20. Uwaga! Nadtlenku wodoru nie wolno wprowadzać dożylnie w stanie zapalnym naczyń krwionośnych. Podczas dożylnego leczenia nie wolno pić alkoholu ani palić papierosów. Powinno ono być przeprowadzane przez lekarza. To metoda kontrowersyjna, którą kwestionują niektórzy uczeni, dlatego trzeba jej zastosowanie omówić ze specjalistą.
 
https://www.youtube.com/watch?v=wB-5Xudvo74
  KONSERWANTY
 
Konserwanty w ostatnim czasie zrobiły wielką sensację w świadomości społecznej.
W związku z tym bardzo łatwo popadamy w skrajności, które nie do końca mają swoje uzasadnienie. Na rynku funkcjonuje wiele firm, jednak nie wszystkie ulegają chwilowym modom i w dalszym ciągu starają się bazować na naturalnych metodach stabilizacji oraz używać jak najmniejsze ilości naturalnych konserwantów. Niestety, zdarzają się i takie, które wykorzystują modę na „niekonserwowanie”, na czym budują również swój marketing.
 
W rzeczywistości, działanie to polega na „pasteryzowaniu”. Firmy te w wielu przypadkach zatajają przed klientem fakt, iż ich produkt się nie psuje, ponieważ jest martwy! Oznacza to, że jedyna korzyść z jego istnienia to zysk dla producenta. Rzecz w tym byśmy stosowali produkty aktywnie biologicznie. Takim produktem jest m.in. miąż aloesowy jednego z najlepszych ekologicznych plantatorów, który zawiera tylko 60mg naturalnego kwasu benzoesowego. Natomiast dopuszczalna norma syntetycznego benzoesanu sodu wynosi 1000mg. Warto więc zagłębić się w tajniki produkcji i poszerzyć bezpośrednio temat o informacje od samego producenta.
 
Poniżej krótka informacja odnośnie kwasu benzoesowego i jego pochodnych (E210 – E218)
Kwas benzoesowy i jego pochodne (E210 – E218) mogą wywołać u ludzi nadwrażliwych reakcje alergiczne takie jak pokrzywka, bądź astma, nadpobudliwość lub chorobę wrzodową (działając drażniąco na śluzówkę powodując dolegliwości bólowe). Istotna jest ilość, która została użyta i jest używana na co dzień.
 
Benzoesan sodu (kwas benzoesowy) występuje naturalnie w: śliwkach, jabłkach, żurawinie, herbacie, jagodach, cynamonie, borówkach, goździkach, grzybach. Stosowany jest także w niektórych produktach FLP (dużo poniżej dopuszczalnych norm) pochodzenia naturalnego (a nie otrzymywany syntetycznie). W dobrym miąższu aloesowym zawartość benzoesanu wynosi 0,06% czyli 60 mg/1kg
 
Normy kwasu benzoesowego dla poszczególnych produktów przedstawiają się następująco:
*przetwory owocowe (dopuszczalna zawartość: 500mg/kg produktu – 0,05%),
*przetwory warzywne (<1000 mg/kg – 0,1%),
*koncentrat pomidorowy (1500mg/kg – dot. półproduktu – 0,15%),
*konserwy rybne, ryby (<1000 mg/kg – 0,1%),
*napoje gazowane (<150 mg/litr – 0,015%
Kolejnym szkodliwym składnikiem, który wzbudza niemało kontrowersji są PARABENY.
Tak, parabeny to konserwanty przedłużające trwałość kosmetyku. W tym wypadku również należy zachować umiar w ocenach i oprócz medialnych ogólników warto zasięgnąć informacji z innego źródła. Polecany m.in. ten artykuł: http://hyperreal.blog.onet.pl/?p=1521
Niewiele z nas wie, iż układ spisu składników kremu nie jest przypadkowy. To co znajduje się na pierwszy miejscu stanowi główny składnik kremu, a więc największą ilość z całej tubki. Niestety, zazwyczaj pierwsze miejsce zajmuje woda, natomiast drugie…PARAFINY.
 
Czym są parafiny?
 
Parafiny to produkty destylacji ropy naftowej. Nie wchłaniają się z jelit i skóry. Zatykają pory, absorbują kurz i bakterie. Hamują wymianę gazową i metaboliczną w skórze. Uniemożliwiają swobodne wypływanie łoju na powierzchnię skóry.  Stwarzają beztlenowe warunki w skórze sprzyjające rozwojowi bakterii beztlenowych wywołujących trądzik. Inicjują tworzenie zaskórników, utrudnia regenerację skóry, przyśpieszają procesy starzenia, powodują kumulację toksycznych metabolitów w skórze. Parafiny są powszechnie stosowane przy produkcji kosmetyków, bowiem są tanie i łatwo dostępne. Parafiny rozpuszczają większość składników kosmetycznych, stanowią też typowy wypełniacz zwiększający objętość kosmetyku w opakowaniu.
 
Nawet najcudowniejsze składniki rozpuszczone w parafinach nie przenikają do skóry pozostając na jej powierzchni.
 
   ODSTAJĄCY BRZUCH 
 
Odstający brzuch jest prawdziwą zmorą wielu kobiet. Szczególnie psuje humor po czterdziestym roku życia, kiedy zaczyna wyraźnie się powiększać. Wystający brzuch można jednak pokonać. Co zrobić, żeby cieszyć się szczupłą talią przez lata? Okazuje się, że dieta i ćwiczenia mogą nie wystarczyć.

Małe, lekko wypukłe brzuszki są zupełnie naturalne i nie ma sensu dręczyć się z tego powodu. Gorzej jednak, gdy brzuch znacząco wystaje i psuje nasz wygląd. Z pewnością należy z tym walczyć nie tylko ze względów estetycznych, ale także zdrowotnych. Dlaczego brzuch się powiększa? Wynika to z wielu procesów i zmian, jakie zachodzą w naszych organizmach, zarówno tuż pod skórą, jak i nieco głębiej. Po pierwsze obarczyć odpowiedzialnością możemy pokłady tłuszczu, które na brzuchu odkładają się wyjątkowo szybko oraz zanieczyszczone jelita. O ile teoria mówiąca o tłuszczu jest dość jasna, a temat szeroko i wielokrotnie już przewałkowany, to o jelitach i ich znaczeniu dla naszego wyglądu nadal wiemy niewiele.
Jelita to bardzo ważny organ. Niestety, wskutek błędów w odżywianiu stają się zanieczyszczone resztkami niestrawionego pokarmu, które z czasem zamieniają się w tak zwane kamienie kałowe. Dorosły człowiek nosi ich w sobie przeciętnie od 8 do 15 kg. Taki ciężar pociąga konsekwencje. Brzuch zaczyna się podnosić. Dodatkowo uciskane są organy wewnętrzne: wątroba, płuca i nerki, które zaczynają chorować. Zlikwidowanie złogów i jednocześnie wystającego brzucha jest więc jak najbardziej wskazane. Jak to zrobić? Można tego dokonać na kilka sposobów.
 
Droga do płaskiego brzucha z pewnością wymaga podjęcia wysiłku. Należy zmienić nie tylko sposób odżywiania, ale też zacząć zdecydowanie więcej się ruszać. Siedzący tryb życia, brak ruchu i szybkie, nieregularne posiłki pozostawiły już ślady, a w walce z nimi efektywnie pomóc może holistyczna terapia „trzech kroków”. Co kryje się pod hasłem „trzy kroki”? Trzy proste zalecenia: oczyścić jelita, zacząć ćwiczyć, zmienić sposób odżywiania się. Jeśli uda się utrzymać ten stan, brzuch z pewnością zniknie. Od czego zacząć? Od jelit.
 
Specjaliści od oczyszczania jelit twierdzą, że najlepszą formułą są lewatywy. Jeśli jednak mamy opory, możemy pomóc sobie kefirem, pijąc go przez dwa tygodnie codziennie jako pierwszy i ostatni posiłek dnia. Należy jednak pamiętać, aby rano nie pić i nie jeść niczego innego jeszcze przynajmniej przez pół godziny. Podobnie wieczorem – kefir powinien być spożyty co najmniej pół godziny po ostatnim posiłku. Korzystne jest spożywanie po porannym kefirze surówki z kiszonej kapusty, która wspomoże efekt oczyszczania (oczywiście nie bezpośrednio).
 
Istnieje jeszcze kilka innych sposobów na oczyszczanie jelit, z których szczególnie warta polecenia jest mieszanka suszonych owoców i miodu. Można więc spośród wszystkich opcji wybrać tę odpowiednią dla siebie.
Krok drugi na drodze do zgrabnego brzuszka to ruch. Od dawna wiadomo, że sport to zdrowie, ale od dawna też wiadomo, że bardzo trudno przełamać własne lenistwo. Jeśli jednak zależy nam na pięknej sylwetce, warto to zrobić. Dobry jest każdy rodzaj aktywności, ale jeśli chodzi o mięśnie brzucha, to szczególnie polecane są sprawdzone już „brzuszki”. Można jednak robić je na wiele sposobów, niekoniecznie tradycyjnie dźwigając głowę i bijąc pokłony własnym stopom. Dobrze jest leżąc spokojnie unosić jedynie nogi w różnych kombinacjach. Przy tego rodzaju ćwiczeniach największe znaczenie ma szybkość wykonywania ćwiczeń. Otóż, im wolniej, tym lepiej. Wszystkie mięśnie brzucha będą pracować wtedy na najwyższych obrotach. Nie ma nawet potrzeby sprawdzania dłonią ich napięcia, będzie ono bowiem doskonale wyczuwalne.
 
Trzecim krokiem jest zmiana negatywnych przyzwyczajeń żywieniowych. Zgrabna sylwetka to rzadko efekt dobrych genów. Jest to raczej wynik podejmowanych regularnie wysiłków oraz dobre nawyki żywieniowe. Co więc należy robić, a z czego zrezygnować? Po pierwsze: regularność. Wtedy nawet wiele grzechów ujdzie nam na sucho. Po drugie: tzw. dieta niełączenia, czyli pod żadnym pozorem nie łączymy białka z węglowodanami, za to do woli możemy łączyć tłuszcze, owoce i warzywa z białkami lub (zdecydowanie „lub”) z węglowodanami. Pozwoli to pozbyć się wzdęć i zaparć oraz pomoże w utrzymaniu czystych jelit.
 
Po trzecie: nie popijać. To również wspomoże procesy trawienne i pomoże w walce z gazami. Po posiłkach niezawierających białka można pić po ok. 20 minutach, po tych z białkiem – najlepiej po 2 godzinach. Po czwarte: soki i to raczej nie z kartonu. Przeciętna sokowirówka za każdym razem wyczaruje dla nas niezwykle wartościowy napój pełen witamin i mikroelementów, za to pozbawiony toksyn, które zostają w wytłoczynach. Warto tu poeksperymentować zarówno z owocami, jak i warzywami. Po piąte: koniec z białym pieczywem. Nie tylko nie zawiera ono niczego wartościowego, ale na dodatek drożdże oraz oczyszczana mąka źle działają na nasz organizm. Zamiast kanapki na śniadanie, najlepsza będzie kasza, np. jęczmienna. Aby nie tracić cennego porannego czasu, można zalać ją wieczorem wodą. Czas gotowania rano: 3-5 minut!
Niestety, bez wysiłku z naszej strony nie będzie rezultatów. Dlatego warto przygotować się psychicznie na podjęcie wyzwania. Dobra wiadomość jest taka, że najczęściej jedna zmiana pociąga za sobą drugą, tak że kolejne przestają wkrótce być problemem. Zasada „trzech kroków” jest o tyle wyjątkowa, że pozwala na osiągnięcie wymarzonej sylwetki, a dodatkowo przywraca zdrowie i blask cerze.
 

SAMOTNOŚĆ

 
 
 
Samotność i izolacja społeczna niszczą nasze zdrowie - zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Może być to równie szkodliwe co równowartość wypalenia 15 papierosów dziennie.

Samotność jest wyjątkowo niebezpieczna.

Skutki samotności zostały przeanalizowane przez komisję nieżyjącej już posłanki Jo Cox. Opublikowano raport, z którego wynika, że w samej tylko Wielkiej Brytanii żyje 9 mln samotnych osób.
 
Osoby samotne i wyizolowane społecznie są bardziej podatne na depresję, a przez to mogą targnąć się na własne życie w starszym wieku. Osoby samotne są także o 64 proc. bardziej podatne na rozwój demencji i osłabienie funkcji poznawczych.
Samotność nie tylko wpływa na zdrowie psychiczne danej osoby, ale może także odbijać się negatywnie na zdrowiu fizycznym. O 26 proc. wzrasta także ryzyko śmierci, gdyż osoby samotne są bardziej narażone na wysokie ciśnienie krwi i otyłość. W rzeczywistości okazało się, że brak relacji społecznych wpływa na zdrowie równie niekorzystnie co wypalenie 15 papierosów dziennie.
 
Osoby samotne częściej odwiedzają lekarzy, po części tylko po to, aby mieć kontakt z innym człowiekiem. W związku z tym częściej przepisuje się im leki (czasami także te niepotrzebne), co może sprzyjać globalnej lekooporności.
W opublikowanym raporcie wezwano rząd Wielkiej Brytanii do podjęcia dalszych działań w celu rozwiązania problemu samotności.
 
 
  Sport a długość życia.
 
Nigdy nie jest za późno na uprawianie sportów.
 
„British Journal of Sports Medicine” pisze, że nawet u starszych mężczyzn regularne uprawianie ćwiczeń może wydłużyć życie o 5 lat. Autorzy badań specjaliści ze szpitala uniwersyteckiego w Oslo twierdzą, że aktywność fizyczna ma podobny wpływ na wydłużenie życia jak pozbycie się nałogu palenia tytoniu.
Powołują się oni na 11-letnie obserwacje 5,7 tys. Norwegów w wieku 68-77 lat, którzy trzy godziny tygodniowo byli aktywni fizycznie, np. uprawiali jogging. „Wystarczy zatem ćwiczyć 30 minut przez sześć dni w tygodniu, by przedłużyć sobie życie o aż 5 lat” - trwierdzą.
 
Norwescy badacze dodają, że korzystne jest również umiarkowane uprawianie sportów, jednak nie powinno być ono zbyt krótkie. Nie wystarczy jedna tylko godzina tygodniowo – przy takiej intensywności nie zauważono wydłużenia oczekiwanej długości życia.
Kilka lat dłużej mogą żyć nawet siedemdziesięciolatkowie, jeśli tylko ćwiczą 3 godziny dziennie. Zaobserwowano mężczyzn w wieku 73 lat, którzy dzięki temu również wydłużyli sobie życie o 5 lat.
W badaniach nie brano pod uwagę tego, jak bardzo obserwowani mężczyźni byli aktywni fizycznie w latach poprzednich.
  Bezsenność a ból. 
 
Osoby, które mają kłopoty ze snem są bardziej wrażliwi na ból - dowodzą norwescy naukowcy. Wyniki z badania opublikowano na łamach czasopisma "Pain".
 
Naukowcy z Norweskiego Instytutu Zdrowia Publicznego ustalili, że osoby cierpiące na bezsenność lub mające trudności z zasypianiem przejawiają niższą tolerancję na ból niż inni ludzie. Najmniejsza wytrzymałość cechuje badanych, którzy jednocześnie borykają się z problemami ze snem i bólem chronicznym.
W badaniu wzięło udział ponad 10 tys. osób, które zostały poddane standardowemu testowi na wrażliwość bólową.
Badani wkładali rękę do pojemnika z lodowatą wodą i musieli przytrzymać ją tam jak najdłużej (maksymalnie 106 sekund). Podawali również informacje dotyczące jakości i długości swojego snu oraz doświadczanych dolegliwości fizycznych (chroniczny ból) lub psychicznych (depresja, zaburzenia lękowe).
Okazało się, że uczestnicy, którzy przyznawali się do problemów ze snem, przerywali test zimnej wody szybciej niż pozostali, a im poważniejsze były ich trudności, tym niższa tolerancja na ból.
Tylko 32 proc. spośród wszystkich badanych zdołało utrzymać rękę w zimnej wodzie do końca. Spośród osób cierpiących na bezsenność ponad 40 proc. zrezygnowało przed czasem. Wśród zdrowych badanych (bez bezsenności) odsetek ten wyniósł nieco mniej - 31 proc.
Niską odporność na ból wykazywały też osoby, które miały częste trudności z zasypianiem, a najgorzej radziły sobie te, które doświadczały zarówno bezsenności, jak i chronicznego bólu.
Związek pomiędzy problemami ze snem a zwiększoną wrażliwością na ból utrzymywał się na istotnym poziomie nawet po wyeliminowaniu badanych z dolegliwościami natury psychicznej.
Naukowcy nie wiedzą dokładnie, dlaczego niedobór snu łączy się z tolerancją na ból. Podejrzewają, że w grę wchodzą głównie czynniki psychiczne, ale nie wykluczają, iż winę za to ponoszą również neuroprzekaźniki, np. dopamina. Rozwikłanie tej zagadki zależy od rezultatów dalszych badań.
  Zaburzenia erekcji, postępowanie, diagnoza, leczenie.
 
 
Zaburzenia erekcji w cukrzycy dotyczą każdego typu cukrzycy, o ile ta jest słabo kontrolowana.
 
Cukrzyca znacznie zwiększa ryzyko wystąpienia u mężczyzny zaburzeń erekcji. Szacuje się, że 35-75% mężczyzn z rozpoznaną cukrzycą cierpi na tego typu problemy. Sytuacja ta dotyczy zarówno osób chorujących na cukrzycę typu I jak i typu II.
Częstość rozpoznawania zaburzeń erekcji wzrasta wraz z długością trwania cukrzycy, wiekiem diabetyka, stopniem kontroli cukrzycy oraz w przypadku występowania innych powikłań cukrzycowych.
 
Czym są zaburzenia erekcji w cukrzycy?
Zaburzeniami erekcji określa się niemożność uzyskania i/lub utrzymania wzwodu umożliwiającego odbycie satysfakcjonującego stosunku płciowego, przez co obniżeniu ulega jakość życia mężczyzny.
Lekarz stwierdzi zaburzenia erekcji jeśli dolegliwości powtórzą się w co najmniej 25% próbach seksualnych.
Do niedawna do określenia tego typu problemów używano sformułowania „impotencja”, jednakże ze względu na jego pejoratywny wydźwięk, zadecydowano o przyjęciu bardziej neutralnej formy tj. „zaburzenia erekcji” (ang. erectile dysfunction).
Kto jest zagrożony?
 
Zarówno cukrzyca typu I jak i typu II wiąże się ze zwiększonym ryzykiem rozwoju zaburzeń erekcji. W obu przypadkach dochodzi do rozwoju neuropatii cukrzycowej (uszkodzenia nerwów) oraz mikroangiopatii cukrzycowej (uszkodzenie małych naczyń krwionośnych) mających znaczenie w rozwoju zaburzeń erekcji.
Ryzyko rozwinięcia zaburzeń erekcji jest zbliżone w obydwu typach cukrzycy. Istotne znaczenie mają również współwystępująca otyłość brzuszna, insulinooporność oraz hipogonadyzm (tj. nieprawidłowa funkcja jąder, występująca częściej u diabetyków). Wynikiem hipogonadyzmu jest zaburzona produkcja hormonów płciowych (m.in. testosteronu) oraz plemników.
 
Objawy zaburzeń erekcji w cukrzycy.
 
Mężczyźni mogą prezentować różnie nasilone postacie zaburzeń erekcji. Mogą to być:
Całkowita niezdolność uzyskania wzwodu prącia;
Znaczne wydłużenie czasu niezbędnego do uzyskania erekcji;
Erekcja krótkotrwała, zanikająca przed uzyskaniem orgazmu;Erekcja niecałkowita, zapewniająca twardość członka uniemożliwiającą odbycie satysfakcjonującego stosunku płciowego.

Ryzyko to wzrasta dodatkowo w przypadku cukrzycy nieprawidłowo kontrolowanej, czyli HbA1c (hemoglibina glikowana) utrzymującym się powyżej zalecanych norm. Ponadto ryzyko wzrasta wraz z czasem trwania cukrzycy.
Zaburzenia erekcji u diabetyków pojawiają się 10-15 lat wcześniej w porównaniu z osobami niechorującymi na cukrzycę. U diabetyków zaburzenia erekcji mają ponadto cięższy przebieg i a leki doustne mają mniejszą skuteczność w przypadku diabetyków. Z tego powodu leki nierzadko muszą być stosowane w maksymalnie dopuszczalnych dawkach.
 
Cukrzyca i jej powikłania:
Narażenie na nadmierny stres, życie w strachu, nerwowość;
Liczne choroby współistniejące (np. nadciśnienie tętnicze, hiperlipidemia);
Nadmierne spożywanie alkoholu;
Palenie papierosów;
Stosowanie niektórych leków (np. leki przeciwdepresyjne, leki obniżające ciśnienie tętnicze – β-blokery, diuretyki tiazydowe, spironolakton);
Otyłość i nadwaga;
Stan po przebyciu pewnych zabiegów operacyjnych, stan pod radioterapii;
Zaburzenia endokrynologiczne związane z niskim stężeniem testosteronu we krwi.
Diagnoza zaburzeń erekcji.
 
Zaburzenia erekcji mogą mieć podłoże zarówno psychologiczne jak i medyczne. Z racji tego prócz badań laboratoryjnych zlecanych przez lekarza oraz badania fizykalnego, niezwykle istotna jest szczera rozmowa pacjenta z lekarzem na temat problemów z erekcją.
 
Mimo, iż problem dotyczy sfery intymnej pewne pytania będą musiały się pojawić. Przykładowo:
Czy pojawiające się problemy z erekcją uniemożliwiają stosunek seksualny?
Czy problemy pojawiły się nagle, czy są związane z jakimś traumatycznym przeżyciem?
Czy pojawiają się niezależne od stosunków seksualnych spontaniczne poranne erekcje?
Czy występuje ejakulacja?
Czy odczuwamy spadek libido (popędu seksulanego)?
Z jaką częstością odbywaliśmy stosunki seksualne przed wystąpieniem problemów?
Jakie spożywamy leki, jakie przebyliśmy operacje?

Pozostałe elementy procesu diagnostycznego to:
Badanie lekarskie – przede wszystkim penisa, jąder, czucia skórnego;
Laboratoryjne badania krwi – m.in. dotyczące stopnia wyrównania cukrzycy (hemoglobina glikowana HbA1c), stężenie testosteronu we krwi;
Badanie moczu – mogące np. informować o nadmiernym wydalaniu glukozy z moczem;
Ultrasonografia naczyń krwionośnych doprowadzających krew do prącia;
Nocny test zaburzeń erekcji – specjalne urządzenie informuje nas o spontanicznych nocnych erekcjach, których jesteśmy nieświadomi; różnicuje podłoże psychologiczne od medycznego;
Badania obrazowe – np. rezonans magnetyczny.
Leczenie zaburzeń erekcji w cukrzycy.
Podstawowe znaczenie w leczeniu zaburzeń erekcji ma korekta dających się modyfikować czynników ryzyka. Należy zatem zredukować masę ciała, wprowadzić w nasz plan dnia regularną aktywność fizyczną, zaprzestać palenia papierosów oraz nadmiernego spożycia alkoholu.
Lekami pierwszego wyboru stosowanymi w przypadku zaburzeń erekcji są tzw. inhibitory fosfodiesterazy 5, tj. sildenafil (Viagra), tadalafil (Cialis), vardenafil (Levitra). Wykazano skuteczność terapeutyczną wszystkich tych preparatów, jednakże u cukrzyków jest ona mniejsza w porównaniu z mężczyznami z zaburzeniami erekcji niechorującymi na cukrzycę.
Do najczęstszych działań niepożądanych tej grupy leków należą bóle głowy (dotyczące nawet >10% osób stosujących te leki), problemy z trawieniem oraz zawroty głowy.
 
Jeśli wyżej wymienione leki są nieskuteczne, jako terapia drugiego rzutu stosowane są: alprostadil, fentolamina, papaweryna (Papaverinum Hydrochloricum WZF) w postaci iniekcji (zastrzyków) do ciał jamistych prącia lub poprzez cewkę moczową. Metody te są jednak kłopotliwe w zastosowaniu i wiążą się z ryzykiem uszkodzenia struktur prącia.
 
W przypadku hipogonadyzmu z obniżonym stężeniem testosteronu we krwi stosuje się suplementację tego hormonu.
W łagodnych i umiarkowanych postaciach zaburzeń erekcji skuteczne mogą również być preparaty pochodzenia roślinnego, dostępne bez recepty. Najpopularniejszym spośród nich jest tzw. Penigra. Jest to preparat ziołowy zawierający w swoim składzie: wyciąg suchy z nasion guarany, wyciąg suchy z drewna Ptychopetalum (Muira puama), wyciąg suchy z owoców cytryńca chińskiego (Schisandra chinensis), wyciąg olejowy z owoców palmy sabalowej (Serenoa repens), oraz monometioninian cynku.
 
Preparaty te stanowią najczęściej uzupełnienie terapii farmakologicznej, same w sobie nie zapewniają uzyskania natychmiastowej erekcji, mogą jednak ułatwić uzyskanie długoterminowej poprawy czynności seksualnych.
W przypadku dominującego podłoża psychologicznego zaburzeń erekcji podstawowe znaczenie ma psychoterapia. W takiej sytuacji terapia często dotyczy obojga partnerów.
 
Zapobieganie zaburzeniom erekcji w cukrzycy.
 
Podstawowe znaczenie w zapobieganiu wystąpienia zaburzeń erekcji w przypadku gdy chorujemy na cukrzycę (niezależnie od jej typu) ma prawidłowe leczenie cukrzycy. Tylko wówczas jesteśmy w stanie zapobiec jej powikłaniom tj. mikroangiopatii oraz neuropatii, które odgrywają istotną rolę w powstawaniu zaburzeń erekcji.
Istotne znaczenie ma również odpowiednie leczenie schorzeń często współistniejących z cukrzycą, tj. nadciśnienia tętniczego czy też otyłości, które również stanowią niezależne czynniki zaburzeń erekcji.
Prócz farmakoterapii powinniśmy pamiętać również o zmianie stylu życia, polegającej na zaprzestaniu palenia papierosów, nadmiernego spożycia alkoholu, wdrożenie regularnej aktywności fizycznej.
Działania te w przeciwieństwie do leków charakteryzują się brakiem efektów niepożądanych, takich jak chociażby… indukowanie zaburzeń erekcji przez niektóre β-blokery.
  Śmiertelność i choroby po szczepionkach.
 
Śmiertelne szczepionki obowiązkowe. Polka ujawnia światowy przekręt farmaceutyczny.
Publikujemy list otwarty prof. dr Marii Doroty Majewskiej w sprawie śmiertelnych szczepionek obowiązkowych w Polsce, zawierających śmiertelne dawki rtęci.

INSTYTUT PSYCHIATRII I NEUROLOGII
Katedra Marii Curie Komisji Europejskiej
Zakład Farmakologii
Profesor Maria Dorota Majewska
 
Szanowni Państwo,
 
W odpowiedzi na nadesłany do mnie protest Państwa odnośnie mojej wypowiedzi z dnia 14 października 2008 r. o “szkodliwości dużej liczby szczepień”, pragnę wyjaśnić moje stanowisko w tej sprawie. Najpierw się przedstawię. Jestem neurobiologiem. Przez 25 lat pracowałam w USA w czołowych instytucjach naukowych tego kraju (w Uniwersytecie Missouri, Uniwersytecie Harvarda oraz w Narodowym Instytucie Zdrowia pod Waszyngtonem).
 
W 2006 r. wróciłam do Polski w celu realizacji projektu badawczego Komisji Europejskiej, w 2007 uzyskałam tytuł profesora nauk medycznych. Moje publikacje o neurosterydach doczekały się tysięcy cytowań w literaturze naukowej. Jako jedyna osoba w Polsce wygrałam w drodze konkursu prestiżowy grant Komisji Europejskiej (Marie Curie Chair) na prowadzenie badań nad biologią autyzmu i potencjalną rolą thimerosalu w patogenezie tej choroby. Realizuję ten projekt we współpracy w Instytucie Psychiatrii i Neurologii, bowiem tu znajduje się Klinika Psychiatrii Dzieci i Młodzieży, która opiekuje się dziećmi autystycznymi. Projekt składa się z części klinicznej i przedklinicznej. Badamy potencjalny związek autyzmu z liczbą, rodzajem i natężeniem szczepień, z powikłaniami poszczepiennymi, zawartością rtęci w przydatkach skóry i z poziomem hormonów sterydowych.
 
Jak Państwu wiadomo, rtęć w postaci thimerosalu była i nadal jest dodawana do wielu szczepionek niemowlęcych w Polsce (ich szczegółowa lista jest przytoczona dalej w tekście).
Rtęć w każdej postaci jest bardzo toksyczna, o czym świadczy ponad 4100 publikacji w PubMed na ten temat i wieloletnie doświadczenia ludzkości. Organiczny związek rtęci, thimerosal (sodium ethylmercurithiosalicylate), zawierający wagowo ok. 49% rtęci, wyprodukowany w latach 1930. przez firmę Eli Lilly przez kilkadziesiąt lat był dodawany jako środek bakteriobójczy i konserwujący do szczepionek oraz innych medykamentów bez rygorystycznych badań świadczących o jego bezpieczeństwie. Jest to niezgodne z dzisiejszą praktyką dopuszczania preparatów chemicznych do użycia w medycynie. Rtęć jest neurotoksyczna, kardiotoksyczna, hepatoksyczna, nefrotoksyczna, immunotoksyczna, kancerogenna. Powoduje zaburzenia rozwojowe u dzieci, choroby neurodegeneracyjne u dorosłych (Parkinsona i Alzheimera) oraz degeneracyjne zmiany w systemach reprodukcyjnych kobiet i mężczyzn, upośledzając ich zdolności rozrodcze oraz uszkadzając potomstwo (przegląd: http://www.epa.gov/iris/subst/0073.htm).
 
Dlatego kraje skandynawskie wprowadziły u siebie zakaz używania rtęci (http://www.reuters.com/article/pressRelease/idUS108558+03-Jan-008+PRN20080103) i UE proponuje drastyczne ograniczenie używania rtęci na skalę globalną (http://ec.europa.eu/environment/chemicals/mercury; http://www.euractiv.com/en/environment/eu-seeks-global-mercury-ban/ar…).
 
W USA na autyzm cierpi obecnie ponad 1,5 miliona dzieci. Dla Polski nie ma wiarygodnych danych, ale ekstrapolacja tych liczb na liczę ludności w Polsce sugeruje, że może być ich ponad 150 000. Jeśli dodać do tego dzieci z innymi uszkodzeniami mózgu, liczby te będą większe.
 
Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest obserwowany prawie na całym świecie kilkunastokrotny wzrost zachorowań na choroby psychoneurologiczne (autyzm, ADHD, upośledzenie umysłowe, padaczka i inne) w ciągu ostatnich dwóch dziesięcioleci. Znamiennym jest to, że w latach 1990, w których nastąpił najbardziej dramatyczny wzrost tych zachorowań, amerykańskie agencje federalne FDA (Food and Drug Administration) i CDC (Centers for Disease Control and Prevention) zaleciły stosowanie kilku nowych szczepionek niemowlęcych (Wzw B dla noworodków, HiB, Varicella, Hep A, Rota), z których co najmniej dwie zawierały thimerosal, co znacząco zwiększyło ilość wstrzykiwanej niemowlętom rtęci.
W związku z tym pojawiła się hipoteza, że odpowiedzialny za wzrost tych chorób może być thimerosal ze szczepionek. Ilość organicznej rtęci, na którą eksponowany jest człowiek, uważana za bezpieczną przez EPA (Environmental Protection Agency), wynosi 0,1 μg/kg/dzień (http://www.epa.gov/iris/subst/0073.htm), podobne są normy europejskie. Natomiast łączna jej ilość, którą jednorazowo wstrzykiwano niemowlętom w 3 szczepionkach – DTP, Hib i Hep B – wynosiła 62,5 μg, co dla 5-kilogramowego niemowlęcia 125 razy przekraczało bezpieczne dawki.
 
DOTYCHCZASOWE BADANIA NAD THIMEROSALEM W USA I W EUROPIE.
 
W odpowiedzi na rosnący niepokój rodziców i pediatrów w końcu lat 1990 FDA i CDC zleciły epidemiologowi dr  Thomasowi Verstraetenowi (ówcześnie z CDC) wykonanie analizy na podstawie wewnętrznej bazy danych dotyczącej dokumentacji szczepień ponad 100 000 dzieci. Pierwotne wyniki jego analizy wskazywały na silny związek autyzmu oraz innych chorób neurologicznych dzieci z thimerosalem i stały się podstawą listu wystosowanego przez FDA do producentów szczepionek, który zalecał usunięcie thimerosalu ze szczepionek dziecięcych, ale bez nakazu i sankcji prawnych. W rezultacie czego nadal był i jest on stosowany w wielu szczepionkach dla dzieci i dorosłych (http://www.fda.gov/CbER/ltr/thim053100.htm).
Wyniki analizy Verstraetena zostały zaprezentowane w czerwcu 2000 r. w odizolowanym leśnym ośrodku Simpsonwood w Norcross, GA, USA, na tajnej konferencji, w której uczestniczyły 52 osoby: wysocy urzędnicy z FDA, CDC i WHO (World Health Organisation), reprezentanci producentów szczepionek oraz kilku konsultantów pediatrycznych. Kulisy przebiegu tej konferencji, na podstawie jej stenogramów, opisał Robert F. Kennedy Jr., prawnik i obecny kandydat na Ministra Ochrony Środowiska w rządzie Prezydenta Baraka Obamy, w artykule “Deadly Immunity”, (CommonDreams.org News Center, June 16, 2005; http://www.commondreams.org/views05/0616-31.htm).
 
Dowiadujemy się z niego, że prezentując swe wyniki Verstraeten powiedział “Byłem przerażony tym, co odkryłem”  i cytował wcześniejsze badania wskazujące na związek thimerosalu z opóźnieniem mowy, ADHD i autyzmem.
 
“Zamiast natychmiastowego podjęcia kroków w celu zawiadomienia o tym społeczeństwa i pozbycia się szczepionek z thimerosalem, przedstawiciele rządu i korporacji dyskutowali głównie nad tym, jak ukryć przed społeczeństwem te dane i jak uchronić korporacje i FDA od pozwów sądowych wnoszonych przez rodziców okaleczonych dzieci. Uczestnicy konferencji najbardziej przejmowali się tym, jak to odkrycie wpłynie na zyski producentów szczepionek.” pisze Kennedy.
Stosunek establiszmentu szczepionkowego do zaprezentowanych danych o toksyczności thimerosalu najlepiej ilustrują niektóre wypowiedzi jej uczestników. Dr Bob Chen, kierownik CDC odpowiedzialny za bezpieczeństwo szczepionek, wyraził się: “biorąc pod uwagę newralgiczność tych danych, na całe szczęście udało się nam je zabezpieczyć przed przedostaniem się w nieodpowiednie ręce“, a doradca WHO od szczepień, dr John Clemens, powiedział:
“to badanie w ogóle nie powinno być przeprowadzone”.
 
Podobna postawa negacji i blokowania niewygodnych danych przebija z zaadresowanego do mnie listu Polskiego Towarzystwa Wakcynologii (PTW). Po tej konferencji CDC wycofała analizy Verstraetena (choć były przeznaczone do natychmiastowej publikacji) i ogłosiła naukowcom, że szczepionkowe dane zostały zgubione i nie mogą być odtworzone. Wbrew prawu “Freedom of Information Act”, CDC oddała bazę szczepionkowych danych prywatnej firmie do ukrycia, deklarując ją poza zasięgiem dla naukowców.
 
W 2001 Verstraeten otrzymał posadę u producenta szczepionek GlaxoSmithKline i opublikował swą pracę z CDC w r. 2003 po wielokrotnych przeróbkach danych i usunięciu z analizy danych większości dzieci uszkodzonych przez thimerosal. Choć jego pierwotne wyniki wskazywały, że uszkodzenia neurologiczne występowały 7 do 11 razy częściej u 3 dzieci zaszczepionych thimerosalem, w jego ostatecznej publikacji ten związek został usunięty; pozostawiono tylko związek thimerosalu z tikami i opóźnieniem mowy (Verstraeten et al., Pediatrics 2003, 112 (5):1035-48). Verstraeten ukrył swój konflikt interesów, czyli fakt, że pracował wtedy dla Glaxo. Publikacja ta i zastosowane w niej fałszerstwo zostały ostro skrytykowane, a Verstraeten potem nieudolnie tłumaczył się ze swej manipulacji (Verstraeten, Pediatrics, 2004, 113(4): 932).
 
Kennedy demaskuje skrzętnie ukrywane powiązania finansowe i biznesowe producentów szczepionek i wielu reprezentantów CDC, którzy podejmują regulacyjne decyzje dotyczące szczepień. Ten konflikt interesów zdyskredytował CDC jako instytucję, która ma stać na straży zdrowia obywateli USA. Po oddaniu tej newralgicznej bazy szczepionkowych danych prywatnej firmie do ukrycia, dane te nie miały już nigdy więcej ujrzeć światła dziennego i miały stać się niedostępne dla innych badaczy. By kontynuować maskowanie dowodów toksyczności thimerosalu, CDC zleciła amerykańskiemu Instytutowi Medycyny (IOM; prywatnej organizacji, której członkami są również przedstawiciele firm farmaceutycznych zaangażowanych w ten konflikt), aby wyprodukował publikację, która definitywnie zaneguje związek thimerosalu z chorobami neurologicznymi.
 
Na zebraniu w 2001 r., na którym omawiano żądania i instrukcje CDC wobec IOM, dr Marie McCormick, która kierowała komitetem IOM do spraw bezpieczeństwa szczepionek, powiedziała naukowcom “Nigdy nie uznamy, że autyzm jest rzeczywiście niepożądanym objawem działania thimerosalu” . Natomiast inna uczestniczka tego komitetu, Kathleen Stratton, głośno “przewidziała”, że konkluzja IOM będzie brzmieć, iż “dowody są niedostateczne, aby zaakceptować, lub odrzucić związek przyczynowy między autyzmem i thimerosalem“, przyznając, że jest to żądanie dr Waltera Orensteina, ówczesnego dyrektora Narodowego Programu szczepień z CDC. I taka właśnie była konkluzja IOM odnośnie związków thimerosalu z chorobami neurologicznymi dzieci.
 
Trudno o bardziej jaskrawe hochsztaplerstwo naukowe, które godzi w zdrowie i życie milionów dzieci.
W 2004 r. Orenstein został zmuszony do rezygnacji ze stanowiska w CDC, kiedy jego upublicznione wypowiedzi oraz emaile wykazały, że świadomie zaplanował ten medyczny sabotaż. W to planowane oszustwo naukowe zaangażowany był także Douglas Gordon, dyrektor strategicznego planowania z National Institutes of Heath (NIH) – uprzednio dyrektor jednego z producentów szczepionek. Powiedział on w 2001 r. na zebraniu w Princeton “obecnie prowadzi się cztery dodatkowe badania, których celem jest wykluczenie możliwych związków między szczepieniami i autyzmem, szczepieniami i regresją rozwojową, zapaleniem jelit i szczepionką MMR, oraz thimerosalem i ryzykiem autyzmu”.
 
Istnieją więc dowody, że wysoko postawieni urzędnicy NIH i CDC planowali fałszowane badania, których wynik był z góry określony i zgodny z żądaniami producentów szczepionek. Seria cytowanych przez PTW publikacji, dowodzących rzekomego “bezpieczeństwa”  thimerosalu, należy dotej właśnie grupy.
 
Sprawą związku thimerosalu z autyzmem zainteresował się Komitet Izby Reprezentantów USA do Spraw Reform Rządu, który w raporcie “Mercury in Medicine Report”  z 21 maja, 2003, napisał, że FDA nigdy nie zakazała, a CDC nie wyraził preferencji dla szczepionek bez thimerosalu, i skonstatował, że prawdopodobnie thimerosal spowodował neurologiczne uszkodzenie wielu tysięcy dzieci. Konkluzje tego raportu były jednoznaczne: “Thimerosal używany jako konserwant w szczepionkach jest bezpośrednio odpowiedzialny za epidemię autyzmu. Bardzo prawdopodobne, że tej epidemii możnaby zapobiec lub ją zatrzymać, gdyby FDA nie zignorowała faktu, że brak jest danych dotyczących bezpieczeństwa thimerosalu i wykazała czujność odnośnie celowego narażania niemowląt na działanie tej znanej neurotoksyny.
 
Niezdolność agencji rządowych do skutecznego działania w tej sprawie dowodzi instytucjonalnego sabotażu w celu ochrony własnych interesów oraz nieuzasadnionego krycia przemysłu farmaceutycznego. Ponieważ FDA postanowiła w 1999 r. nie usunąć z rynku szczepionek z thimerosalem, w dodatku do dzieci już uszkodzonych, 8 000 dzieci dziennie nadal było narażanych na przedawkowanie i okaleczenie thimerosalem przez co najmniej następne dwa lata (http://www.aapsonline.org/vaccines/mercinmed.pdf – raport przewodniczącego Podkomisji Izby Reprezentantów ds. Praw i Dobrobytu Człowieka – Dana Burtona).
 
W maju 2004 r. IOM opublikował raport “Immunization Safety Review: Vaccines and Autism” , którego wniosek: “nie ma dowodów związku miedzy szczepieniami i autyzmem”, był z góry zaplanowany. Został on oparty nie na dużej liczbie publikowanych danych dotyczącejych toksycznośćci rtęci i 4 thimerosalu, lecz tylko na czterech zafałszowanych i źle wykonanych pracach. Co więcej, raport ten zalecał rzecz zgoła niebywałą w nauce i demokracji, że nie powinno się prowadzić dalszych badań nad autyzmem i szczepieniami.
 
Amerykański kongresman i lekarz, Dave Weldon z Florydy, zdemaskował i publicznie zaatakował IOM, mówiąc, że opierał się on na kilku pracach, które miały “fatalne błędy”  dzięki złemu planowi i które w żaden sposób nie reprezentują całej dostępnej wiedzy naukowej i medycznej na ten temat. Kongresman Weldon powiedział “Reprezentanci CDC nie są zainteresowani w uczciwych badaniach w celu odkrycia prawdy, ponieważ związek między szczepionkami i autyzmem zmusiłby ich do przyznania, że ich polityka nieodwracalnie uszkodziła tysiące dzieci”.
 
Druzgocąca krytyka raportu IOM i publikacji, na których wybiórczo został on oparty, została zaprezentowana w raporcie Weldona do Kongresu USA, w jego doniesieniach konferencyjnych oraz w publikacji “Something is rotten, but not just in Denmark”  w maju 2004:

http://weldon.house.gov/UploadedFiles/RepWeldonMDonIOM.pdf

http://www.nationalautismassociation.org/pdf/Weldon.pdf

http://www.co-brass.com/AutismOneWeldonRemarks.pdf

http://www.autismwebsite.com/ari/dan/daveweldon.pdf
 
Oprócz omówionej poprzednio zafałszowanej publikacji Verstraetena (2003), Weldon krytykuje drugą koronną cytowaną przez IOM publikację (Hviid et al., JAMA, 2003, 290:1763-1766), której autorzy twierdzą, że w Danii ilość przypadków autyzmu wzrosła po usunięciu thimerosalu ze szczepionek w 1992 r.
 
Jest to jawna manipulacja, bowiem przed 1992 autorzy liczyli tylko szpitalne diagnozy autyzmu, a po tym roku zmienili kryteria i dodali diagnozy pozaszpitalne. Również dawki thimerosalu, które otrzymały dzieci duńskie przed r. 1992 (125 μg Hg do 10 miesiąca życia) były znacznie mniejsze niż dawki amerykańskie (187.5 μg Hg do 6 miesiąca). Dzieci amerykańskie w latach 1990 otrzymały 2,5 razy więcej Hg w pierwszych 6 miesiącach życia niż dzieci duńskie przed 1992, dlatego porównywanie tych dwóch populacji nie ma sensu.
 
Podobna krytyka konfliktu interesów i błędnej metodyki dotyczy drugiej cytowanej przez IOM publikacji (Madsen et al., Pediatrics, 2003, 112:604-606), która odnosi się do tej samej duńskiej populacji dzieci z przed i po 1992 r. Analogicznie rzecz się ma z publikacją ekologicznego badania (Stehr-Green et al. Am. J. Prev. Med. 2203, 25:1001-1006), której kluczowy współautor pracuje dla duńskiego producenta szczepionek (Staten Serum Institute) i gdzie miesza się różne metody diagnostyczne (szpitalne i ambulatoryjne) oraz kraje o radykalnie różnej ekspozycji niemowląt na thimerosal (USA, Danię i Szwecję), gdzie dzieci szwedzkie otrzymały nawet mniej thimerosalu niż duńskie. Jest to równoznaczne z porównywaniem jabłek z kapustą.
 
Czwarta cytowana przez IOM praca (Andrews, Miller et al. Pediatrics. 2004, 114:584-91) z UK, która też zaprzecza związkom thimerosalu z autyzmem, jest jeszcze bardziej wątpliwa. Jedna z głównych jej autorek (dr Elizabeth Miller) jest fundowana przez producentów szczepionek i służy jako sądowy świadek-ekspert w ich obronach przed pozwami przez rodziców. Jej udział w tej publikacji jest rażącym konfliktem interesów, który nie został ujawniony. Analizy dr Miller z pewnością należy uznać za podejrzane. Autorzy tej publikacji posunęli się nawet tak daleko w swych manipulacjach, że wykazali, iż thimerosal jest wręcz korzystny dla rozwoju dzieci.
 
Ogólnie można powiedzieć, że raport IOM z 2004 r. był wyprodukowany, żeby zgodnie z zamierzonym celem ukryć związek autyzmu z thimerosalem. Jednak nie uspokoił on krytyków, raczej ich oburzył. Pod ciśnieniem rodziców i Kongresu USA, IOM został zmuszony do powołania nowego panelu naukowców, którzy skrytykowali poprzedni raport za manipulacje oraz konflikt interesów i zażądali, aby CDC udostępniła bazę szczepionkowych danych publiczności. Dotychczas tylko dwóm naukowcom, Markowi i Davidowi Geierom po całorocznych walkach z CDC i z pomocą Kongresu udało się do niej dotrzeć. Autorzy ci opublikowali wyniki własnych analiz, które powtórzyły oryginalne analizy Verstraetena i wykazały, że thimerosal ze szczepionek może być odpowiedzialny za autyzm, ADHD, upośledzenie umysłowe, epilepsję i inne neurologiczne uszkodzenia dzieci. (Geier & Geier, Int J Toxicol. 2004, 23(6):369-76; Med Sci Monit. 2005, 11(4):CR160-70; Med Sci Monit. 2006, 2(6):CR231-9; : Neuro Endocrinol Lett. 2006, 27(4):401-13; J Toxicol Environ Health A. 2007, 70(10):837-51). Próby dezawuowania tych uczciwych, niezależnych amerykańskich uczonych 5 przez PTW przy równoczesnym gloryfikowaniu publikacji jawnie zafałszowanych, pozostawię bez komentarza.
 
Zafałszowane wyniki ekologicznego badania CDC nadal są jednak wykorzystywane jako koronny argument rzekomo “świadczący”  o bezpieczeństwie thimerosalu. Na zlecenie Kongresu USA, panel ekspertów z National Institute of Environmental Health Sciences (NIEHS) dokonał niezależnej oceny tego badania i skrytykował je jako błędnie zaplanowane, nie nadające się do wykrycia w sposób rzetelny przypadków autyzmu i innych chorób neurologicznych u dzieci i prowadzące do mylących wniosków, więc nieużyteczne. Zażądali oni, żeby przyszłe badania dotyczące bezpieczeństwa szczepionek były inaczej zaplanowane i prowadzone jawnie przez badaczy całkowicie niezależnych od CDC i producentów szczepionek, oraz w ścisłej współpracy ze stowarzyszeniami rodziców dzieci autystycznych, bo tylko takie badania będą godne społecznego zaufania: (“Thimerosal Exposure In Pediatric Vaccines: Feasibility of Studies Using the Vaccine Safety Datalink”, Report of the Expert Panel to the National Institute of Environmental Health Sciences (NIEHS), August, 2006; http://www.niehs.nih.gov/health/topics/conditions/autism/docs/thimero…2606.pdf)
 
W 2007 r. dr Julie Gerberding, Dyrektor Naczelna CDC (powołana w 2002), przyznała publicznie w CNN, że szczepionki mogą powodować autyzm w populacji wrażliwych dzieci. Dr Gerberding zgodziła się z krytyką ekspertów z NIEHS i przyznała w dokumencie zaadresowanym do Kongresu USA “Raport to Congress on Vaccine Safety Datalink” z 2008 r., że protokół badań CDC “Vaccine Safety Datalink” (który zastosowano do publikacji Verstraetena (zaprzeczającej związkom thimerosalu z uszkodzeniami neurologicznymi dzieci), jest obarczony wieloma fatalnymi błędami, które czynią go bezużytecznym do badań tego typu powiązań i mogą prowadzić do fałszywych wniosków. Przyznała też, że protokół ten “nie nadaje się do badania bezpieczeństwa szczepionek” i że powinno się przeprowadzić badanie włączające rodziców i rodzeństwo, które pozwoli ustalić, czy dzieci z rodzinną historią chorób autoimmunologicznych są bardziej narażone na szkodliwe działanie szczepionek http://evidenceofharm.com/VaccineDataLinkReporttoCongressFinal.pdf 
 
 
SZCZEPIENIA W POLSCE
 
Chcę podkreślić z całą stanowczością, że nie jestem przeciwnikiem szczepień – jak to Zarząd PTW stara się mi imputować. Proponuję racjonalizację programu szczepień w Polsce i dostosowanie go do bezpieczniejszych norm europejskich. Nagonka na mnie ze strony PTW jest identyczna do ataków na innych niezależnych badaczy, lekarzy i polityków na świecie, którzy odważyli się zakwestionować bezpieczeństwo szczepionek. Wskazuje to na zorganizowaną akcję lobby szczepionkowego, które kosztem dzieci broni swoich interesów.
 
W Polsce umieralność niemowląt (obecnie około 6-7 na 1000 żywych urodzeń) jest ok. 2 razy większa niż w krajach skandynawskich, gdzie wynosi ona około 3/1000. Co więcej, w r. 2007 umieralność polskich niemowląt wzrosła w stosunku do roku poprzedniego (“Rozwój Demograficzny Polski” , dane statystyczne GUS: (http://www.egospodarka.pl/27871,Rozwoj-demograficzny-Polski-2007,1,39  
Podobnie w ostatnich latach wzrosła umieralność niemowląt w USA. Nie da się wykluczyć, że może to wynikać z wprowadzenia w Polsce w 2007 r. obowiązkowej szczepionki Hib podawanej w drugim miesiącu życia. Według amerykańskiej bazy danych VAERS, szczepionka ta powoduje najwięcej ciężkich powikłań i zgonów niemowląt (http://wonder.cdc.gov/controller/datarequest/D8).
 
Polskie niemowlęta w pierwszych 18 miesiącach życia otrzymują 16 obowiązkowych szczepień przeciw 10 chorobom: gruźlicy, żółtaczce B, błonicy, krztuścowi, tężcowi, polio, odrze, śwince, różyczce, i zakażeniom Haemofilus influenzae b. Dodatkowo zalecane są szczepienia przeciw: Streptococus pneumoniae, Neisseria meningitidis, rotavirus, influenza virus, Hermes virus varicellae, i hepatitis A virus, co może stanowić razem liczbę 26 szczepień w pierwszych 24 miesiącach życia. Nawet zdrowe organizmy żołnierzy amerykańskich nie wytrzymały zmasowanych szczepień i zostały trwale okaleczone chorobą autoimmunologiczną zwaną Syndromem Wojny Zatokowej (Hotopf M et al. BMJ. 2000, 320:1363-1367; raport komisji ekspertów Kongresu USA z 17 listopada 2008 http://sph.bu.edu/insider/images/stories/resources/annual_reports/GWI…6W%20Veterans_RAC-GWVI%20Report_2008.pdf) konkluduje, że syndrom ten jest realną chorobą i jest skutkiem wystawienia żołnierzy na działanie czynników chemicznych i szczepień przeciw gazom porażającym system nerwowy).
Zatem liczenie, że duża kondensacja szczepień będzie bezpieczna dla małych dzieci przeczy logice i doświadczeniom medycyny. Silnym dowodem na toksyczność zmasowanych szczepień jest publikacja niemieckich i austriackich badaczy: “Sudden and unexpected deaths after the administration of hexavalent vaccines (diphtheria, tetanus, pertussis, poliomyelitis, hepatitis B, Haemophilius influenzae type b): is there a signal? (Eur J Pediatr. 2005, 164:61-69). Opisuje ona śmierć 19 niemowląt w ciągu paru godzin/dni po szczepieniu dwiema szczepionkami heksawalentnymi (DTP- Hib-HepB-IPV) w okresie od października 2000 do czerwca 2003.
 
Zdrowe przed szczepieniem dzieci zmarły w wyniku poszczepiennych obrzęków mózgu i płuc oraz zawałów serca. Bardzo niepokoi fakt, że właśnie szczepionki heksawalentne są reklamowane dla polskich rodziców na stronie: http://www.szczepienia.pl/mmw/50,5_lub_6_szczepionekw_1_strzykawce.html (sponsorowanej przez firmę Glaxo) jako alternatywne dla niemowląt. Są one pełnopłatne i firma Glaxo udziela nawet rodzicom pożyczek na ich zakup.
 
Zgodnie z dokumentami “Charakterystyki Åšrodków Farmaceutycznych”  zarejestrowanych w Polsce szczepionek, które otrzymałam z Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych (wysłanymi 9.10.2008 przez Wiceprezesa ds. Produktów Leczniczych, dr n. farm. Elżbietę Wojtasik) w Polsce obecnie dopuszczonych jest kilka szczepionek ze znaczną zawartością thimerosalu:

• Euvax (Wzw B, Life Sciences, prod. koreańska) – 0,01 % THIM
• Engerix B (Wzw B, Glaxo) – 0,005% THIM
• D.T.COQ (DTP, Sanofi) – 0,01 % THIM
• DTP (Biomed, Kraków) – 0,01 % THIM
• TETRAct-HIB (DTP+Hib) (Sanofi) – 0,01% THIM
• D – Szczepionka błonicza (Biomed) – 0.01% THIM
• DT – Szczepionka błoniczo-tężcowa (Biomed) – 0,01% THIM
• DTP – Szczepionka błoniczo-tężcowo-krztuścowa (Biomed) – 0,01% THIM
• Szczepionki przeciw grypie – 0,01 % THIM
 
Polskie niemowlę zaszczepione zgodnie z obowiązującym kalendarzem
szczepień może otrzymać do 7 miesiąca życia:
• 75 μg Hg w Wzb B – (3x 25 μg Hg)
• 75 μg Hg w DTP lub DTP+Hib (3x 25 μg)
• 25 μg Hg (Influenza)
• Razem = 175 μg Hg
 
Do 18 miesiąca może otrzymać dodatkowo 25 μg Hg (z DTP) i 25 μg Hg (influenza), razem 225 μg Hg. Rtęć jak wiemy akumuluje się w mózgu. Wśród obowiązkowych szczepień znajdują się dwa (BCG i Wzw B), podawane w pierwszej dobie życia, nierzadko nawet w 2 godziny po urodzeniu. Wiele wskazuje na to, że bardzo poważne zagrożenie dla życia i zdrowia dziecka stanowi szczepionka Wzw B (szczególnie firmy Euvax), która dostarcza jednorazowo 25 μg Hg, co stanowi ok. 8,3 μg Hg/kg wagi ciała. Ta ilość rtęci jest 83 razy większa od uważanej przez EPA za bezpieczną (0,1 μg Hg/kg/dzień) dla dorosłego człowieka. Ponieważ u noworodka bariera krew-mózg nie jest dobrze wykształcona, thimerosal wraz z antygenami i substancjami pomocniczymi szczepionek (m.in. wodorotlenek glinu; 250 μg) łatwo przedostają się o do mózgu, gdzie mogą powodować trwałe uszkodzenia. W drugim miesiącu życia polskie niemowlę może otrzymać jednorazowo 50 μg Hg (25 μg z Wzw B i 25 μg z DTP lub DTP+Hib). Dla 4 kg niemowlęcia będzie to dawka Hg 125 razy większa niż uznana za bezpieczną dla dorosłej osoby.
 
Neurotoksyczność związków rtęci została udowodniona ponad wszelką wątpliwość w setkach publikacji naukowych. Jest ona synergistycznie nasilana przez związki glinu. (Geier et al., J. Tox. Environ. Health,Part B, 2007, 10:575-596; Geier & Geier J. Am. Physicians and Surgeons, 2003, 8:6-11; Toimela T & Tähti H., Arch Toxicol. 2004, 78:565-74; Schubert J et al. J. Toxicol. Environ. Health, 1978, 4:5-6; Yel 7 L et al., Int J Mol Med. 2005, 16:971-7; Humphrey ML et al, Neurotoxicology. 2005, 26:407- 16; James SJ et al., Neurotoxicology. 2005, 26:1-8; Baskin DS et al., Toxicol Sci. 2003, 74:361- 8).
 
Związek wysokiego poziomu rtęci we krwi z autyzmem został też opisany przez Desoto MC & Hitlan RT (J Child Neurol. 2007, 22:1308-11). To zaledwie kilka wybranych spośród setek podobnych publikacji. Neurotoksyczność thimerosalu potwierdzają też nasze własne badania prowadzone na szczurach. Autorzy najważniejszych analiz dotyczących związków thimerosalu z uszkodzeniami neurologicznymi dzieci, Mark i David Geierowie, którzy są dezawuowani w liście PTW i przez lobby szczepionkowe, powtórzyli analizy pierwotnych danych z CDC na polecenie Kongresu USA. Ataki na nich sugerują pozamerytoryczne motywacje establiszmentu szczepionkowego, ponieważ Geierowie odważyli się ujawnić skrzętnie ukrywane dowody wieloletniego zatruwania dzieci rtęcią.
 
Problem neurotoksyczności thimerosalu, jak i zabiegów producentów szczepionek oraz niektórych urzędników państwowych dążących do ukrycia dowodów tej toksyczności został opisany w Oświadczeniu Lyn Redwood, RN, MSN, przewodniczącej Coalition for SafeMinds, przed Podkomitetem w Obronie Praw i Dobrobytu Człowieka w Komitecie do Spraw Reform Rządu Kongresu USA, 8 września 2004 r. i przedstawiony na przesłuchaniu “Prawda ujawniona: Nowe odkrycia naukowe odnośnie rtęci w medycynie i autyzmie” (http://www.safeminds.org/pressroom/press_releases/redwoodsafemindssep…).
 
Neurobiologom (takim jak ja) nie sposób sobie wyobrazić, żeby tak duża ilość Hg, jaką wstrzykuje się niemowlętom, była obojętna dla rozwijającego się mózgu i zdrowia dziecka. Badania pokazały, że dzieci autystyczne mają upośledzone zdolności eliminowania rtęci z organizmu, więc jej toksyczne działanie jest u nich znacznie przedłużone (Grether J et al., Int J Toxicol. 2004, 23:275-6; Mutter J et al. NeuroEndocrinol Lett. 2005, 26:439-46). Jedne dzieci zatrute rtęcią od pierwszych godzin życia będą w mniejszym lub większym stopniu opóźnione w rozwoju lub upośledzone umysłowo, inne będą cierpieć na autyzm, ADHD, padaczkę, astmę, cukrzycę, głuchotę i wiele innych trwale okaleczających chorób. Kalectwo tych dzieci będzie ich osobistą oraz ich rodzin tragedią. Osoby te przez całe życie będą ogromnym obciążeniem dla swych rodzin i społeczeństwa. Trudno sobie nawet wyobrazić przyszłość narodu, w którym całe pokolenie jest w jakiś sposób neurologicznie uszkodzone.
Badanie przeprowadzone w Wielkiej Brytanii pokazuje, że tak właśnie jest, i że dzisiejsze dzieci są znacząco cofnięte w rozwoju umysłowym w porównaniu z równolatkami z przed 30 lat (Shayer M et al., Br J Educ Psychol. 2007, 77:25-41). Podejrzewam, że jest to w istotnej mierze populacyjny efekt zatrucia dzieci toksycznymi szczepionkami. Większość krajów zachodnich wycofała szczepionki z thimerosalem, z powodu ich szkodliwości, w 2000 r, a kraje skandynawskie ok. r. 1990. Dopuszczenie na polski rynek szczepionek z tym związkiem w obecnym czasie, gdy powszechnie znana jest toksyczność thimerosalu, jest nie do przyjęcia.
 
Od 2001 r. było w Polsce szereg poselskich interpelacji do Ministerstwa Zdrowia w sprawie szczepionek z thimerosalem i zakupu toksycznej szczepionki Euvax B, ale były one systematycznie odrzucane przez kolejne rządy. Polska Konstytucja jak i prawo UE gwarantuje obywatelom ochronę życia i zdrowia, prawo do decydowania o własnym życiu osobistym i do wychowywania swych dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Podczas gdy w krajach Europy Zachodniej szczepienia dzieci są dobrowolne, w Polsce stosuje się terror wobec rodziców, którzy świadomie nie chcą szczepić swych dzieci. Można się o tym przekonać, czytając dramatyczne wypowiedzi na forach dla rodziców. Ciekawe jednak, że gdy rodzice żądają od lekarzy lub Sanepidu potwierdzenia na piśmie, że biorą na siebie pełną odpowiedzialność za możliwe okaleczenie lub uśmiercenie dziecka szczepionką, wszyscy odmawiają podpisania takiego dokumentu.
 
RACJONALNE MODELE SZCZEPIEŃ
 
Modele racjonalnego i bezpieczniejszego kalendarza szczepień istnieją od dawna. Dziwne, że Polska wzoruje się w tym względzie na USA, które stosują absurdalnie dużą liczbę szczepień i mają niewydolną, marnotrawną i skorumpowaną służbę zdrowia, czego odzwierciedleniem jest wysoka i wzrastająca śmiertelność niemowląt (około 7 na 1000 zdrowych urodzeń).
W europejskich krajach zachodnich na ogół nie szczepi się noworodków. Wzw B otrzymują tylko noworodki matek zakażonych żółtaczką B, a BCG tylko niemowlęta z rodzin zagrożonych gruźlicą lub regionów, gdzie zachorowalność na tę chorobę 8 przekracza 40 na 100 000. W Polsce średnio jest ona ok. 20/100 000. Skuteczność szczepionki BCG jest zresztą dyskusyjna, ponieważ szereg badań pokazało, że nie chroni przed gruźlicą, a może nawet zwiększać zapalność na nią (Bull WHO 1979, 57:819-827; Can Respir J. 2005, 12(3):134-8; Am J Epidemiol. 2002,155(7):654-63; Arch Bronconeumol. 2008 Feb;44(2):75-800). W krajach skandynawskich, które od lat cieszą się najlepszymi wskaźnikami zdrowotności społeczeństwa oraz najmniejszą umieralnością niemowląt, szczepienia są dobrowolne i niemowlęta otrzymują pierwsze szczepienia w 3 miesiącu życia lub później; http://www.euvac.net/graphics/euvac/vaccination/sweden.html
 
W pierwszych 12 miesiącach życia otrzymują one tylko 9 zalecanych szczepień : DTaP, IPV i Hib, a w 18 miesiącu – dodatkowo MMR. Czesi mają podobnie racjonalny kalendarz szczepień. Stosują wprawdzie BCG w pierwszych 6 tygodniach życia, ale pozostałe szczepienia zaczynają dopiero w 13 tygodniu. Prawdopodobnie w dużej mierze dzięki temu umieralność niemowląt jest tam zbliżona do skandynawskiej i wynosi około 3 na 1000 zdrowych urodzeń.
 
By się przekonać o szkodliwości wielu szczepień dla niemowląt, warto przeanalizować amerykańską bazę danych VAERS dotyczącą powikłań poszczepiennych zgłoszonych do CDC, które według szacunków FDA stanowią od 1 do 10% wszystkich przypadków. Baza ta pod naciskiem Kongresu USA została udostępniona dla publiczności (http://wonder.cdc.gov/vaers.html). Wynika z niej, że w latach 1990-2008 wskutek powikłań po szczepionkach DTP, HepB, MMR, Hib i IPV w USA zmarło od 28 000 do 280 000 niemowląt do 6 miesiąca życia, a ciężko okaleczonych (w tym neurologicznie) zostało od 127 000 do 1,2 miliona niemowląt. Są to ogromne liczby, których w żaden sposób nie da się zmieść pod dywan ani zignorować. Ekstrapolując te dane na polską populację, liczba poszczepiennycb zgonów niemowląt w ciągu 18 lat mogła wynieść do 35 000. W przeliczeniu na rok byłoby to 1970 zgonów, co może stanowić ok. 85% wszystkich zgonów dzieci (w 2007 wg. GUS było ich 2 300). Jak wynika z danych PZH (Państwowego Instytutu Higieny) oraz WHO (Światowej Organizacji Zdrowia), w Polsce pomimo wysokiego odsetka zaszczepionych (ok. 98%), nadal tysiące dzieci każdego roku chorują na choroby zakaźne: świnkę, różyczkę, szkarlatynę i krztusiec, ale nikt dziś nie umiera na te choroby. Podobna jest sytuacja w krajach Europy Zachodniej. W Finlandii, Szwecji, czy Norwegii zachorowalność na krztusiec jest nawet znacznie większa niż w Polsce, lecz i tam choroba ta nie jest śmiertelna (http://www.who.int/vaccines/globalsummary/immunization/countryprofile…). 
 
Nie jest to dziwne, bowiem statystyki demograficzne USA pokazują, że umieralność na te choroby spadła na wiele lat przed wprowadzeniem szczepień. Kiedy się zestawi wskaźniki umieralności niemowląt z różnych krajów z programem ich szczepień, rzuca się w oczy fakt, że kraje, które stosują powszechne szczepienia noworodków, mają znacznie wyższe wskaźniki śmiertelności niemowląt (powyżej 6/1000), niż te które na ogół nie szczepią noworodków (ok. 3/1000). Wskaźniki te wydają się być niezależne od zamożności krajów. Co więcej, kraje skandynawskie, które stosują pierwsze szczepienia po 3 miesiącu życia i dawno wyeliminowały thimerosal, mają znacznie niższy odsetek dzieci z autyzmem (1:3000), niż kraje, które szczepią swe noworodki i nadal stosują thimerosal (USA, Polska), gdzie na autyzm cierpi obecnie 1 na 150 dzieci. Istnieją więc dowody, że nadmierne, zbyt wczesne oraz toksyczne szczepionki są przyczyną zgonów oraz fizycznych i neurologicznych okaleczeń milionów dzieci. Moje opinie na ten temat nie są pochopne, ani nie wynikają z nacisków żadnych grup interesu. Wynikają z dogłębnego zapoznania się z tym problemem i przestudiowania wielu dokumentów z różnych wiarygodnych źródeł.
Widziałam ciężko okaleczone szczepionkami dzieci (i dorosłych), rozmawiałam z ich rodzicami i żadne zaklęcia nie przekonają mnie, że szczepionki są dla wszystkich bezpieczne. Jako doświadczony naukowiec świadomie odrzucam publikacje, o których wiadomo, że zostały napisane na zamówienie szczepionkowych grup interesu. Być może nie przypadkowo właśnie one są przytaczane przez reprezentantów PTW jako “najbardziej wiarygodne”, mimo że – jak wykazały niezależne badania – publikacje sponsorowane przez firmy farmaceutyczne najczęściej są pozbawione wiarygodności (Melander et al. “Evidence biased medicine””selective reporting from studies sponsored by pharmaceutical industry: review of studies in new drug applications” . BMJ 2003, 326:1171-1173; Sameer & Chopra “œIndustry Funding of Clinical Trials: Benefit or Bias?”  JAMA 2003, 290:113-114; Marcia Angell “œThe Truth About Drug Companies: How They Deceive Us and What To Do About It” Random House, 2007).
Mechanizmy produkcji oszustw naukowych w celu zagłuszania prawdy i chronienia zysków korporacji kosztem dzieci opisane są w liście kongresmana i lekarza Dave”™a Weldona, M.D. z października 2003 do dyrektor CDC, Dr Julie Gerberding (http://www.thinktwice.com/fraud.htm). I takie właśnie zafałszowane są praktycznie wszystkie publikacje “świadczące”  o rzekomym bezpieczeństwie thimerosalu.
Od dawna wiadomo, że thimerosal, podobnie jak inne związki rtęci, jest silnie toksyczny i zabija neurony w nanomolarnych stężeniach, więc twierdzenie, że jest bezpieczny dla niemowląt, urąga naukowym faktom. Formuła konferencji, którą zorganizowałam 25 i 26 października, 2008, była taka, jaka odpowiada tematowi mego projektu badawczego, fundowanego przez KE. Jego celem jest zbadanie rozwojowej neurotoksyczności thimerosalu na modelu zwierzęcym oraz korelacji szczepień z autyzmem i rtęcią w przydatkach skórnych dzieci. Oceniając naukową wartość mojego projektu, panel niezależnych recenzentów stwierdził: “Zaproponowane badania są wysoce oryginalne, a równocześnie solidnie oparte na poprzednich wynikach Autorki i innych badaczy. Autorka jest jedną z pionierów badań nad neurosterydami i jest powszechnie znana ze swych prac. Jeśli hipoteza [Autorki] zostanie potwierdzona przez planowane badania, będą one miały wielki wpływ na publiczne zdrowie  i niewątpliwie przyczynią się do lepszego zrozumienia czynników powodujących autyzm”.
Na konferencję zaprosiłam niezależnych (od korporacji) naukowców z USA, UE i z Polski, którzy prowadzą własne badania dotyczące toksyczności thimerosalu, do których mam zaufanie. Zaprosiłam też kilkoro doświadczonych klinicystów z kraju i zagranicy, którzy leczą autystyczne dzieci. To zrozumiałe, że nie zaprosiłam ludzi produkujących na zamówienie publikacje, mające na celu zamaskowanie toksyczności thimerosalu. Udzielenie im głosu na mojej konferencji byłoby policzkiem wymierzonym w naukę oraz w rodziców okaleczonych szczepionkami dzieci. Protestowanie przez PTW przeciwko konferencji, na której zebrali się ludzie prowadzący badania nad pokrewnymi tematami oparte na określonej hipotezie naukowej, godzi w zasady demokracji i wolność nauki. Moja krótka wypowiedź w TV w związku z konferencją nastąpiła w wyniku wielokrotnych próśb i nalegania o wywiad na temat mojego projektu badawczego. Lakonicznie wyraziłam w niej swoją przemyślaną opinię (do której mam prawo), a Państwa przedstawiciele wypowiedzieli się w tejże audycji. Jest to powszechnie przyjęta forma publicznej dyskusji.
Rzetelne informowanie rodziców o korzyściach, ale i potencjalnych zagrożeniach dla dzieci ze strony szczepień jest obowiązkiem każdego, kto dysponuje wiedzą na ten temat. Wielu rodziców posiada tę wiedzę niezależnie, gdyż jest ona dostępna w Internecie. Rodzice, których dzieci zmarły lub zostały okaleczone przez szczepienia “wiedzą swoje”  i komunikują się ze sobą. Wielu boi się szczepień, gdyż wie, iż w razie tragedii zostaną pozostawieni sami sobie. Ukrywanie prawdy o szczepieniach sprawia, że stracili oni zaufanie do polskiego establiszmentu szczepionkowego, o czym świadczą liczne wypowiedzi na forach dla rodziców. Podobnie jest w USA, gdzie po ujawnieniu udziału CDC w fałszowaniu szczepionkowych danych, instytucja ta utraciła wiarygodność w społeczeństwie. Sądzę, że zaufanie społeczeństwa do szczepień można odbudować tylko wówczas, gdy da się rodzicom swobodny wybór – szczepienia lub nie – swoich dzieci (taki, jaki istnieje w krajach zachodnich UE), uczciwą informację o korzyściach, ale i zagrożeniach ze strony szczepień, oraz zaproponuje się maksymalnie bezpieczny kalendarz szczepień. Doświadczenia krajów zachodnich pokazują, że mimo dobrowolności, utrzymuje się tam wysoki (80 do 95%) odsetek wykonywania zalecanych szczepień.
PROPOZYCJA ZMIANY PROGRAMU SZCZEPIEŃ W POLSCE
Propozycja zmiany programu szczepień w Polsce, oparta na analizie programów w innych krajach UE (Euvac.net) oraz konsultacjach z pediatrami – jest następująca:
• wyeliminowanie wszystkich szczepionek z thimerosalem; • zrezygnowanie ze szczepienia noworodków szczepionkami Wzw B (szczepienie tylko noworodków z grupy wysokiego ryzyka, czyli od matek zakażonych żółtaczką). Zaoszczędzone na tych szczepionkach pieniądze przeznaczyć na higienę szpitali, by nikt się w nich nie zarażał.
• zrezygnowanie ze szczepienia noworodków BCG (stosować tylko u dzieci z regionów, gdzie odsetek chorych na gruźlicę wynosi powyżej 40 na 100 000);
• w pozostałej grupie dzieci rozpoczęcie szczepień od 4 miesiąca życia;
• zrezygnowanie ze szczepionki krztuścowej pełnokomórkowej;
• zrezygnowanie z podawania więcej niż trzech rodzajów szczepionek w jednym dniu;
• zrezygnowanie z podawania szczepionek zawierających żywe wirusy lub podawanie ich pojedyńczo w bezpiecznych odstępach czasu;
• udostępnienie szczepionek monowalentnych;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do przeprowadzenia wstępnego wywiadu z rodzicami odnośnie alergii, astmy i innych chorób typu autoimmunologicznego oraz powikłań poszczepiennych u członków rodziny, co pozwoli przewidzieć, czy u danego dziecka mogą wystąpić groźne reakcje poszczepienne. Takie dziecko powinno mieć opracowany indywidualny, bardzo ostrożny program szczepień;
• zobowiązanie szczepiącego lekarza do monitorowania stanu zdrowia dzieci po szczepieniach, by w porę uchwycić stany zagrażające życiu lub zdrowiu dziecka;
• stworzenie narodowego programu obowiązkowej rejestracji powikłań i zgonów poszczepiennych. Dane te powinny być raportowane do WHO (a nie są) i informacje o powikłaniach powinny być zamieszczane w książeczkach zdrowia dziecka.
Jako obywatelka demokratycznego kraju i niezależny naukowiec nie powiązany z żadnymi grupami interesu, mam pełne prawo do wyrażania własnych poglądów naukowych. Próby dezawuowania mnie przez lobby szczepionkowe przypominają mobbing tegoż lobby wobec niezależnych naukowców z USA czy UE, którzy odważyli się podjąć badania nad bezpieczeństwem szczepionek. Obowiązkiem naukowców jest dociekanie prawdy – jakkolwiek byłaby ona dla niektórych niewygodna – i działanie na rzecz dobra społeczeństwa. Primum non nocere nadal obowiązuje w medycynie. Ponieważ szczepionki są podawane zdrowym niemowlętom, muszą być one maksymalnie bezpieczne i nie mogą być zagrożeniem dla ich zdrowia i życia.
Jestem zdumiona, że Zarząd PTW zamiast włączyć się do poważnej dyskusji nad szczepieniami, która od lat toczy się na świecie, bezkrytycznie podpisuje się pod propagandą producentów szczepionek, którzy zalecają szczepić na wszystko – wszystko co się rusza, i których jedynym interesem jest zysk.
Polska nie jest już zaściankiem za żelazną kurtyną, więc liczenie, że polscy rodzice są nadal naiwni w sprawie szczepień jest w najlepszym razie arogancją. Trwałe okaleczenia i ciężkie choroby będące następstwem toksycznych szczepień, wydają się dziś większym problemem i zagrożeniem dla społeczeństwa niż przejściowe, uleczalne choroby zakaźne.
Robert Kennedy Jr. zakończył swój artykuł oskarżeniem “Nasi przedstawiciele ochrony zdrowia publicznego świadomie pozwolili przemysłowi farmaceutycznemu zatruć całą populację amerykańskich dzieci i ich działania stanowią jeden z największych skandali w historii amerykańskiej medycyny”. To samo tyczy wielu innych krajów.
Apeluję do polskiego establiszmentu szczepionkowego o uczciwą dyskusję oraz poparcie racjonalnych zmian w polskim programie szczepień, które przywrócą do niego zaufanie rodziców i uchronią dzieci przed okaleczeniami. Konieczne jest też prowadzenie niezależnych (od korporacji) badań nad zasadnością stosowania wszystkich obecnie zalecanych szczepień. Coraz liczniejsze badania prowadzone w USA, Nowej Zelandii, Niemczech, Holandii czy Japonii, które porównują zdrowie dzieci szczepionych i nieszczepionych pokazują, że nieszczepione są na ogół zdrowsze, znacznie rzadziej chorują na choroby psychoneurologiczne, astmę, alergie oraz inne choroby typu autoimmunologicznego, i lepiej radzą sobie z chorobami zakaźnymi (Epidemiology. 1997 Nov;8(6):678-80; Arerugi. 2000 Jul;49(7):585-92; http://www.generationrescue.org/survey.html).
Nie ma też przekonujących dowodów na to, że w krajach rozwiniętych masowe szczepienia zmniejszają współcześnie śmiertelność dzieci, a jeśli uwzględni się liczby zgonów poszczepiennych (VAERS), to wydaje się, że może być raczej odwrotnie. Zatem twierdzenie, że w obecnym czasie w krajach rozwiniętych szczepionki ratują życie i zdrowie wydaje się bezpodstawne. Nawet CDC stał się dziś otwarty na takie badania, więc ataki na naukowców, którzy badają bezpieczeństwo szczepionek wydają się być obarczone konfliktem interesów. Eliminacja zbędnych lub szkodliwych szczepień nie tylko może uchronić wiele dzieci od chronicznych chorób i okaleczeń, ale i zaoszczędzi wydatków na ich długotrwałą opiekę. Nie jest dziś tajemnicą, że firmy farmaceutyczne na wielką skalę defraudują systemy opieki zdrowotnej na całym świecie. Agresywne promowanie coraz większej liczby szczepionek u dzieci i młodzieży wpisuje się w ten właśnie modus operandi.
prof. dr Maria Dorota Majewska
Kierownik Katedry Marii Curie Komisji Europejskiej
Zakład Farmakologii i Fizjologii Układu Nerwowego Instytut Psychiatrii i Neurologii.
  Wiara i myśli panaceum na choroby.
 
 
Amerykański genetyk, Bruce Lipton, twierdzi, że za pomocą wiary tylko dzięki mocy sprawczej ludzkich myśli, można pozbyć się wszelkich chorób. Co więcej według niego nie ma w tym nic dziwnego, bowiem jego badania wykazały, że wiara może zmienić kod genetyczny organizmu.
 
Nie trzeba chyba dodawać, że tego typu pogląd naukowy musiał się spotkać ze sporym ostracyzmem. Nazwano go „nową biologią”, a sam Lipton wyspecjalizował się w inżynierii genetycznej. Mimo wielu lat badań nadal uważa, że człowiek jest czymś w rodzaju bio-robota, którego życie jest rodzajem programu komputerowego zapisanego w genach.
Z tego punktu widzenia geny określają wszystko od wyglądu do temperamentu i rozmaitych predyspozycji. Przyjmuje się, że nikt nie może zmienić swojego DNA i jest to po prostu coś ofiarowane nam przez naturę. Jednakże doświadczenia Liptona wyraźnie pokazały, że różne czynniki zewnętrzne w komórce mogą wpływać na zachowanie genów, a nawet zmieniać ich strukturę. Pozostało tylko zrozumienie, czy możemy dokonać takich zmian za pomocą procesów psychicznych, innymi słowy mocą myśli.
 
Sam Lipton twierdzi, że to, co odkrył jest znane od dawna lekarzom pod nazwą efektu placebo. Dzieje się tak, gdy pacjent otrzymuje substancję neutralną, twierdząc, że jest to specjalny lek. W rezultacie, substancja w rzeczywistości zyskuje działanie lecznicze. Mimo, że wszyscy o tym wiedzą, nikt nie pokusił się jeszcze o wyjaśnienie tego zjawiska. To odkrycie pozwala również wyjaśnić jak za pomocą wiary w uzdrawiającą moc szamana następują zmiany w procesach ustrojowych, w tym na poziomie molekularnym.
 
Genetyk przyznaje, że ważne są różne czynniki wokół nas jednak główny z nich może zmienić stan naszego zdrowia i Lipton uważa, że jest nim ​​moc sprawcza myśli na wszystko, co dzieje się wokół i wewnątrz nas. Po prostu, bardzo niewielu z tych, którzy wierzą w możliwość samoleczenia mocą mózgu rzeczywiście bardzo wierzą w sukces takiej „terapii”. Większość z nas jeszcze na poziomie podświadomości zaprzecza takiej możliwości. Podświadomość stanowi rodzaj automatycznej kontroli wszystkich procesów w naszym organizmie odrzuca tę możliwość.
 
Według Liptona nasza podświadomość zaczyna się dostrajać we wczesnym dzieciństwie, od urodzenia do sześciu lat. Wtedy nawet najbardziej drobne wydarzenia, które celowo lub przypadkowo opowiadają dorośli, szkodzą podświadomości i ostatecznie, osobowości człowieka. Natura naszej psychiki jest tak skonstruowana, że cale zło, które nam się przydarza, jest deponowane w podświadomości znacznie łatwiej niż przyjemne i radosne wydarzenia.
 
W rezultacie, „doświadczenie podświadomości” ogromnej większości ludzi jest w 70% „negatywne”, a tylko w 30% „pozytywne”. Aby osiągnąć prawdziwy postęp w samoleczeniu konieczna jest przynajmniej zmiana tego stosunku na odwrotny. Naukowiec twierdzi, że najwięcej pracy wymaga właśnie złamanie tej bariery. Sugeruje on, że podobny efekt można osiągnąć poprzez hipnozę i innymi metodami. Jednak większość z tych sposobów wciąż czeka na odkrycie.
 
 
 Samotność zabija nie tylko w przenośni.
 
Osoby samotne częściej chorują na depresję – wynika z najnowszych badań. I to nie jedyny zły skutek izolowania się od innych ludzi.

Mieszkanie w pojedynkę nikomu nie służy? Naukowcy przyjrzeli się zdrowiu psychicznemu ponad 11 tysięcy osób mieszkających samotnie. Ludzie rzadko odwiedzani przez rodzinę i znajomych prawie dwa razy częściej zapadali na depresję niż ci, którzy mieli częste kontakty z bliskimi. Brak towarzystwa może szybko zrujnować nie tylko psychikę. Jest coraz więcej dowodów na to, że kontakty z drugim człowiekiem mają ogromny wpływ także na zdrowie fizyczne, i to w każdym wieku. Mogą być więc one kluczowym czynnikiem zapobiegającym poważnym chorobom, takim jak zawały serca czy nowotwory.

Ludzi mieszkających w pojedynkę jest coraz więcej. W samej Polsce jest to co czwarty Polak i ten trend rośnie. Wg szacunków za 20 lat będzie to już 30 procent.

W USA samotni są po 50 - tce, a większość miała skończone 70 lat. O ile osobom do 70 - tki łatwo jest zaspokoić potrzebę bliskości poprzez spotkania z przyjaciółmi, to po 70 - tce ryzyko depresji w istotny sposób obniżają wyłącznie wizyty rodziny. Dla zdrowia istotny jest tylko kontakt twarzą w twarz. Z badań jasno wynika, że żadne maile, telefony, czy listy nie są w stanie, choćby w najmniejszym stopniu zastąpić prawdziwego spotkania. Nawet codzienne rozmowy telefoniczne nie obniżą ryzyka depresji u tych osób.

Nie fizyczna samotność, ale właśnie uczucie osamotnienia najbardziej destrukcyjnie wpływa na psychikę. Nie tylko u staruszków, ale u każdego, również u młodzieży.

BBC zrobiła badania przed Świętami Bożego Narodzenia w zeszłym roku. Tylko jeden na dziesięciu Brytyjczyków planował wówczas spędzić Święta w pojedynkę, ale już uczucie samotności zgłaszało 30% staruszków i dokładnie tyle samo ludzi młodych w wieku 18-24 lata. A u ludzi młodych brak towarzystwa prowadzi nie tylko do klinicznej depresji, ale także do innych zachowań autodestrukcyjnych.

To dotkliwe uczucie opuszczenia może pchnąć dzieci nawet do samobójstwa. Gdy w trakcie badań zapytano 11 tys młodych Szwedów “jak najczęściej spędzasz wolny czas?” dzieci do 12 lat odpowiedziały “sam w swoim pokoju”. W wieku 24 - 25 lat to właśnie one statystycznie częściej popełniały samobójstwa niż pozostali badani z grupy.

Serce choruje z samotności.

Depresja z osamotnienia nie jest czymś szczególnie zaskakującym, ale stan ten może zrujnować także zdrowie fizyczne. Najszybciej samotność uderza w serce. I to dosłownie. Prowadzi do dużego nadciśnienia. Im człowiek starszy, tym negatywny efekt jest bardziej nasilony.

Również rak częściej dopada żyjących w pojedynkę. Nowotwory, które rozwijają się u samotnych, są bardziej agresywne niż te, na które zapadają ludzie żyjący w grupie.

Osoby samotne mają podwyższony poziom epinefryny. Jest to hormon ostrej reakcji stresowej zwanej “uciekaj albo walcz”, wydzielany przez organizm w trakcie zagrożenia życia. Tak więc na poziomie biologii samotność jest podobnie destrukcyjna jak trwające uczucie lęku o życie, powodujące nieustanny wyrzut hormonu stresu. A z kolei hormony uderzają przede wszystkim w układ odpornościowy, który u osób samotnych nie pracuje prawidłowo. Monitorowano u ponad 300 kobiet z grupy kontrolnej poziom interleukiny-6 we krwi, produkowanej przez układ odpornościowy i wywołującej stany zapalne w organizmie. Wynik wykazał, że u wszystkich żyjących w pojedynkę stężenie tej substancji było dużo wyższe niż u osób żyjących w związkach. A właśnie to bezpośrednio przekłada się na powstanie stanów zapalnych, które prowadzą do chorób układu krążenia i leżą u podłoża procesu nowotworowego.

Inna grupa uczonych poszła w badaniach dalej. Wykazali oni, że uczucie społecznej izolacji wpływa bezpośrednio na pracę genów odpowiedzialnych za odpowiedź immunologiczną organizmu na zagrożenie. Zaburzona praca genów układu odpornościowego prowadzi do nasilenia stanów zapalnych w organizmie i rozstrojenia odporności.
Naukowcy przyjrzeli się genom i odkryli, że u samotników pracuje inaczej aż 209 genów, np gorzej działa gen odpowiedzialny za produkcję leukocytów, białych krwinek chroniących organizm przed wirusami i bakteriami.

Tak więc, korzystając z okazji do świątecznych życzeń, nieważne, czy jesteście młodzi, czy starzy, ważne żebyście unikali samotności. Być może pora wyjść z przyjaciółmi na piwo i wpaść na zupę do mamy. I obyśmy na wszystkie choroby mieli tak prostą receptę !
 Modafinil lub Zyban + Velafax - legalny doping mózgu.
 
Modafinil to środek, który stymuluje wydzielanie neuroprzekaźników odpowiedzialnych za koncentrację i lepsze łączenie faktów. Mówiąc wprost, to rodzaj "dopingu" dla mózgu, który zdaniem entuzjastów leku działa bardziej wydajnie. Dziś na całym świeci nawet ludzie zdrowi zażywają go na ogromną skalę. Od pilotów, po Baracka Obamę. Jakim kosztem, tego
MÓZG NA PEŁNYCH OBROTACH.

W filmie "Jestem Bogiem" postać niespełnionego pisarza grana przez Bradleya Coopera wchodzi w posiadanie tajemniczego specyfiku, który po zażyciu "odblokowuje 100% potencjału mózgu". Niestety, jest mały szkopuł – groźne dla życia efekty uboczne. Podobną wizję przedstawiającą spektakularne następstwa zdjęcia barier, które rzekomo hamują nasz umysł przed wykorzystaniem pełnych możliwości, oglądaliśmy w "Lucy" ze Scarlett Johansson. Nie jest przypadkiem, że temat ten przewija się przez popkulturę właśnie teraz, kiedy po eksperymentach nad specyfikami stymulującymi ciało, przyszła epoka na doping mózgu. Właśnie takim terminem zwykło się nazywać potocznie grupę neurostymulantów, czyli leków uaktywniających poprzez zmianę gospodarki hormonalnej określone partie mózgu. Przy ich pomocy od II poł. XX wieku walczy się m.in. z narkolepsją, ADHD czydepresją. Wszystkie stosowane do tej pory środki przeznaczone były jednak dla wąskiej grupy osób zmagających się z poważnymi chorobami natury psychicznej, często wiązały się również z nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi. Wszystkie poza jednym – Modafinilem, w Stanach Zjednoczonych znanym jako Provigil. Część badaczy, a przed nimi tysiące studentów, prawników, maklerów giełdowych, pilotów czy gwiazd Silicon Valley twierdzi, że odkryliśmy neurostymulant idealny. Czy na pewno?
 
Grupa naukowców z Oxfordu i Harvardu w niedawno opublikowanym artykule w periodyku European Neuropsychopharmacology zdaje się potwierdzać wspomnianą hipotezę. Modafinil, stosowany do tej pory u osób z zaburzeniami snu, faktycznie poprawia zdolności kognitywne u zdrowych ludzi. W przeanalizowanych 24 badaniach na różnych grupach osób, które zażyły farmaceutyk, prawidłowością okazało się poprawienie zdolności decyzyjnych, planowania, przetwarzania informacji i przede wszystkim – skupienia na wykonywanym zadaniu. Niemniej jednak neurostymulant w żaden wyraźny sposób nie zwiększał kreatywności żadnego z uczestników licznych eksperymentów. Jednym zdaniem, im dłużej trwały testy, tym bardziej Modafinil pozwalał się skupić na nieprzerwanej pracy nad konkretnym, złożonym problemem. Niestety, rzeczywistość nie jest równie łatwa do kontrolowania jak warunki laboratoryjne, a żaden z analizowanych przypadków nie zakładał zażycia większych dawek, bądź nie uwzględniał regularnego stosowania Modafinilu w dłuższym odcinku czasu i jego wpływ na socjalizację i relacje międzyludzkie stosującej go osoby. Na te wątpliwości po części odpowiada samo życie, ponieważ wszelkie pochodne
 
Modafinilu/Provigilu stanowią łatwo dostępny środek na licznych stronach internetowych, oferujących ich bezproblemowy zakup. W związku z czym konsekwencje długotrwałej ekspozycji na neufostymulant opisują sami zainteresowani, wskazujący z jednej strony na jego zalety, ale z drugiej widzący wady np. w relacjach z innymi ludźmi, którym podwyższony stan skupienia po prostu nie sprzyja. Wielu blogerów opisało skutki działania leku na swoich stronach internetowych - mogą to robić bez obaw, ponieważ o ile nielegalny handel lekiem jest karany, samo jego zażywanie nie podlega penalizacji zarówno w Europie jak i Ameryce Północnej. Coraz więcej osób prosi również o przepisanie farmaceutyków, skarżąc się na charakterystyczne dla ADHD objawi. Dlatego też pomiędzy 2008 a 2013 rokiem ilość recept wystawionych na Modafinil czy podobny w działaniu Adderall wzrosła prawie dwukrotnie.

Pomimo powszechnego stosowania, naukowcy nadal nie są pewni, w jaki sposób środek wpływa na funkcjonowanie naszego mózgu. Czas jego skuteczności wykosi około 15 godzin. Przez ten czas przy średniej dawce 100-200 miligramów obserwuje się znaczne zwiększenie produkcji noradrenaliny oraz dopaminy – dwóch niezwykle silnych neuroprzekaźników. Szczególnie dopamina wpływa na zmniejszenie objawów senności i w widoczny sposób podnosi zdolności skupienia oraz mobilizacji organizmu do długotrwałego wysiłku intelektualnego. Strukturalnie Modafinil nie przypomina żadnego z narkotyków stymulujących układ nerwowy, takich jak kokaina czy amfetamina, choć niektóre badania sugerują podobny jak narkotyki proces pobudzania układu dopaminowego, mogącego odpowiadać za uzależnienia. Dużym problemem okazuje się również przedawkowywanie neurostymulantu, gdzie w samej Wielkiej Brytanii wśród studentów w latach 2005-2011 zaobserwowano trzykrotne zwiększenie liczby pacjentów, uskarżających się na negatywne konsekwencje zażywania podobnych związków. Wśród dolegliwości najczęściej pojawiają się zaburzenia rytmu snu, przewlekłe migreny, zaburzenia ciśnienia tętniczego, a nawet stany psychotyczne. Nie zmienia to jednak faktu, że w obecnej chwili brakuje udokumentowanych przypadków, wskazujących na Modafinil jako przyczynę śmierci choć jednej zażywającej go osoby. A te na całym świecie można liczyć już w milionach.

OD ASTRONAUTÓW PO LEGIĘ CUDZOZIEMSKĄ.

Wykorzystanie pozalecznicze zaczęło się bowiem od wojska, które wykazało zainteresowanie Modafinilem jako bezpiecznym zamiennikiem amfetaminy. Do tej pory stosowano ją w skrajnych sytuacjach deprywacji sennej, w której kluczowym czynnikiem dla powodzenia operacji była długa aktywność żołnierzy oraz utrzymywanie ich uwagi. Właśnie w taki sposób wielu pilotów podczas II wojny światowej wykonywało długie, nocne naloty bombowe. Francuska Legia Cudzoziemska potwierdziła nawet, że Modafinil wykorzystywany jest w jej szeregach podczas tajnych operacji, które wymagają od uczestników żmudnego przygotowania i długiego oczekiwania na rozkaz. Nie jest tajemnicą, że również rząd Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii oraz Indii eksperymentuje ze zwiększeniem efektywności swoich pilotów, właśnie przy użyciu podobnych neurostymulantów. Modafinil stosowany jest również przez astronautów na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej oraz najprawdopodobniej przez Baracka Obamę – który zażywa lek w celu uporania się z rozregulowanym trybem dnia i nocy po licznych podróżach zagranicznych. Nawet pomimo stosunkowo niegroźnych efektów ubocznych, do których zalicza się przede wszystkim odwodnienie (zażywając Modafinil często oddaje się mocz, przy jednoczesnym braku pragnienia i łaknienia), bóle głowy czy rozregulowanie zegara biologicznego, neurostymulanty prowokują wiele pytań natury etycznej. Do rzadkości na prestiżowych zagranicznych uczelniach nie należą umieszczane przez studentów w bibliotekach reklamy leku, który ma zagwarantować „zdaną sesję i przewagę nad konkurencją”. Czy przeciąganie aktywności podczas dnia do 20 godzin i sztuczne zwiększanie zdolności do koncentracji to jeszcze oszukiwanie, czy już naturalna konsekwencja rozwoju medycyny? W jaki sposób traktować sportowców, którzy zażywają podobne medykamenty nie będące na liście środków dopingujących. Czy profesjonalny szachista, będący w trakcie turnieju pod wpływem Modafinilu, powinien zostać zdyskwalifikowany? Na te i podobne pytania musimy zacząć szukać odpowiedzi już dzisiaj, ponieważ użycie neurostymulantów w świecie nieustannej konkurencji, w którym dzisiaj żyjemy, z czasem będzie jedynie rosło.
 
Doskonale w naszym prywatnym odczuciu "zamiast" modafinilu sprawdza się połączenie Zybanu i Welafaxu. Działanie zostało potwierdzone poprzez porównanie w okresie dawkowania przez pół roku raz Modafinilu, a przez kolejne pół Zybanu łącznie z Welafaxem.
   Borelioza.
 
 
"Borelioza atakuje raz na jakiś czas. Masz ,,atak” 2-3 tygodnie (choć pewnie długość u każdego trochę się różni), a następnie odpuszcza. Myślisz sobie ,,ciekawe co to było, ale dobrze, że przeszło”. Zapominasz o sprawie, a przy następnym podejściu zabija Cię trochę bardziej. Pierwszy atak wyglądał jak nieprawdopodobnie mocne grypsko. Poskładało mnie na milion sposobów, bolał każdy mięsień, każdy staw, gorączki miałem ze 40 stopni, żaden płyn/jedzenie nie dawały rady utrzymać się w żołądku dłużej niż minutę, a głowa bolała tak, że rozważałam jej odcięcie. Sugerowałem lekarzowi, że być może chodzi o małe ugryzienie, które mam na kostce, ale powiedział ,,nie, to nie to”.
 
STAWY to jeden z najbardziej charakterystycznych objawów boreliozy. Bolą, nie można chodzić.
 
Ból głowy, drętwienie/mrowienie ręki i nogi, objawy GRYPY – dreszcze, gorączka, straszne osłabienie to kolejne objawy boreliozy.
 
CO ZROBIĆ KIEDY PODEJRZEWASZ U SIEBIE BORELIOZĘ: 
 
Idź do lekarza – jeżeli nie masz w okolicy nikogo specjalizującego się w tym temacie, to koniecznie ZASUGERUJ zwykłemu lekarzowi, że podejrzewasz u siebie tę chorobę, niech skieruje Cię chociaż do szpitala zakaźnego. Przy tej chorobie ważne jest szybkie działanie a DIAGNOZA jest bezcenna.
 
Lekarz zleci Ci badania, a później jeżeli będzie ku temu podstawa – leczenie. Otrzymasz bardzo obciążające i długie leczenie antybiotykowe, nie będziesz wychodzić na słońce przez kilka miesięcy, a także będziesz czuć się jak jeden wielki chodzący antybiotyk – ciężko, słabo i nieciekawie. Wciąż toczą się batalie czy ta metoda jest dobra dla pacjenta – nie wiem czy dobra.
 
Badania.  Klasyczne badania w laboratorium są bardzo zawodne. Zwykłe badania na wykrycie boreliozy lub bardziej zaawansowany Wester Blot działają u nielicznych szczęściarzy. Dlatego nawet jeżeli wyjdzie wynik ujemny, a Twoje symptomy są podobne do tych opisanych – nie poddawaj się, borelioza może się ukrywać. Trochę bardziej skuteczne są badania KKI. A najpewniejsze są badania LTT ...... niestety… nawet one mogą nic nie pokazać – nie wykonuje się nawet badania płynu stawowego, jeżeli wciąż są podejrzenia, a nie ma dodatnich wyników badania krwi.
 
Ważne – kup ziółka. Herbata z czystka oraz nalewka ze szczeci. To właśnie one dają najlepsze efekty i chronią przed nawrotem.
 
Oszczędzaj się. Nie dotyczy to tylko boreliozy tylko życia w ogóle. Organizm to zespół naczyń połączonych – jeżeli zachlejesz to siada wszystko. Jeżeli połączysz to z nadludzkim maratonem w pracy/szkole – Twój organizm jest totalnie bezbronny i idziesz bez tarczy na konfrontacje z wszystkimi chorobami świata – nie warto. Tak samo działa przepracowanie i brak snu – maratony Cię zabijają, wtedy odpala się wszystko złe, co w Tobie drzemie – bakterie, wirusy, choroby.
 
 
Powtórzcie to swoim znajomym, których notorycznie bolą mięśnie i stawy, lub mają zagadkowe objawy. Nawet tym, którzy myślą, że nigdy nie byli ukąszeni – kleszcz potrafi być wielkości główki od szpilki i nie pozostawić żadnego śladu.
 
RUMIEŃ WĘDRUJĄCY – zazwyczaj tylko po tym klasyczny polski lekarz potrafi rozpoznać boreliozę. Tymczasem nie jest on wcale taki częsty, a czasami nie pojawia się NIC. Powtarzajcie, mówcie, opowiadajcie. Możecie komuś uratować życie, bo lekarze niestety w większości nie potrafią w przypadku tej magicznej choroby… Wykryta może być doprowadzona do stanu, w którym nie zagrozi już życiu – dlatego najważniejsza jest DIAGNOZA. Niewykryta jest zabójcą.
   Dbaj o przyjaźnie, przyjaciół, znajomych póki nie jest za późno.
 
Jakość kontaktów towarzyskich w wieku lat 20 i jakość posiadanych znajomości w wieku lat 30 wpływa na poziom dobrostanu psychologicznego w późniejszym wieku – czytamy w magazynie „Psychology and Aging”.
 
Naukowcy z Uniwersytetu Rochester (USA) wykazali, że częste kontakty interpersonalne podejmowane w wieku lat 20 oraz satysfakcjonujące i intymne relacje z innymi w wieku lat 30 pozwalają przewidzieć wyższy poziom dobrostanu emocjonalnego u osób po 50. roku życia.

W badaniu wzięło udział 222 studentów, którzy proszeni byli o szczegółowe zapisywanie codziennych interakcji z innymi ludźmi w wieku lat 20 i 30. Po upływie 30 lat – gdy badani przekroczyli 50. rok życia - badacze przeprowadzili z nimi wywiady kwestionariuszowe na temat poczucia dobrostanu emocjonalnego. Do ostatniego momentu badania dotrwało 133 uczestników.

Okazało się, że osoby, które w wieku lat 20 były aktywne towarzysko, tzn. posiadały dużo znajomych i często wchodziły w interakcje z innymi ludźmi cechowały się wyższym dobrostanem emocjonalnym w wieku średnim. Naukowcy tłumaczą, że w tym wieku szerokie grono znajomych pozwala na zdefiniowanie własnej tożsamości i odnalezienie swojego miejsca w świecie.

- W tym wieku spotykamy ludzi pochodzących z różnych środowisk, stykamy się z różnymi opiniami i poznajemy różne systemy wartości, które często są odmienne od naszych zapatrywań. Dzięki temu uczymy się, w jaki sposób pogodzić ze sobą te różnice – komentuje koordynatorka badania Cheryl Carmichael.

Na wyższy poziom dobrostanu w wieku 50 lat wpływała też jakość, ale nie ilość, kontaktów towarzyskich w wieku lat 30.

- Biorąc pod uwagę wszelkie wydarzenia mające miejsce około 30. roku życia – małżeństwo, założenie rodziny, czy rozwój kariery zawodowej – wciąż wydaje się niesamowite, jak jakość interakcji społecznych oddziałuje na satysfakcję emocjonalną w późniejszym życiu – mówi Carmichael.
Stwierdzono również, że ilość kontaktów towarzyskich w wieku 20 lat nie gwarantowała nawiązania bliskich i satysfakcjonujących relacji w wieku lat 30.

Teraz badacze chcą kontynuować pracę nad tym zagadnieniem, by dowiedzieć się jak najwięcej o tym, jak relacje społeczne z młodości kształtują nasze późniejsze życie.

- Byłoby wspaniale sprawdzić, czy aktywność społeczna we wczesnej dorosłości wywiera wpływ na długość życia, ryzyko śmierci i inne związane ze zdrowiem czynniki u osób biorących udział w badaniu – komentuje Carmichael.

- Poprzednie badania wskazują na to, że posiadanie słabych więzi społecznych jest tak samo ryzykowne dla zdrowia, jak palenie papierosów, a nawet bardziej niż nadmierne picie alkoholu i zmaganie się z otyłością – dodaje badaczka.
   Miód
 
Okazuje się, że zwykły miód to superpokarm. Jak podaje Zee News - zapobiega on rozwojowi chorób nowotworowych i chorób serca. Sekret tkwi w dużej koncentracji flawonoidów i antyoksydantów. Spożywanie miodu zmniejsza również ryzyko wystąpienia owrzodzeń i innych chorób przewodu pokarmowego, zwłaszcza bakteryjnego zapalenia żołądka. 
 
Działanie przeciwgrzybicze i przeciwbakteryjne związane jest również z obecnością enzymu związanego z produkcją nadtlenku wodoru. Dodatkowo, miód pomaga zregenerować naskórek przy urazach i oparzeniach. Miód poprawia również wydajność sportowców. Starożytni olimpijczycy wykorzystywali miód i suszone figi jako źródło energii. Miód skraca również czas po długotrwałym stresie i przywraca poziom glikogenu. 
 
Jak wynika z eksperymentu przeprowadzonego na grupie 110 dzieci, nocny kaszel i podrażnienie gardła zmniejsza intensywność już po podaniu pierwszej dawki miodu gryczanego. Okazał się on równie skuteczny, jak pojedyncza dawka Dekstrometorfanu (DXM) - składnika leków przeciwkaszlowych. Chociaż miód jest słodki i zawiera cukry proste, to pozytywnie wpływa na poziom cukru we krwi. Niektóre rodzaje miodu posiadają jeszcze niski indeksglikemiczny. 
 
Okazuje się, że miód to także idealny probiotyk. W miodzie można znaleźć pożyteczne bakterie (do 6 rodzajów pałeczek kwasu mlekowego i 4 rodzajów bifidobakterii). Miejscowe podawanie miodu poprawia również kondycję skóry.
   Choroby dziąseł a demencja.
 
Choroby dziąseł przyspieszają rozwój demencji aż sześciokrotnie - naukowcy zaskoczeni.
 
Choroby dziąseł przyspieszają pogarszanie się sprawności mózgu, skutkiem czego może być otępienie i choroba Alzheimera - ostrzegają naukowcy z University of Southampton oraz King's College w Londynie. Zależność między stanem zapalnym dziąseł i spadkiem kondycji mózgu potwierdzają przeprowadzone przez nich badania. Informuje o nich pismo PLOS ONE.
Brytyjscy naukowcy przeprowadzili badania na 59 osobach z łagodną lub umiarkowaną demencją. Poddawali je badaniom sprawności umysłowej oraz pobierali próbki krwi, aby zmierzyć poziom markerów zapalnych. Jednocześnie niepoinformowana o wynikach badań psychologicznych higienistka stomatologiczna przeprowadziła kontrolę stanu jamy ustnej uczestników eksperymentu.
 
Wyraźne problemy z dziąsłami miały 22 osoby, u 37 pozostałych były one znacznie mniej widoczne. Średni wiek w grupie z chorobami dziąseł wynosił 75 lat, natomiast dla osób z dziąsłami w niezłym stanie - 79. Większość pacjentów (52 osoby) obserwowano przez następne pół roku i powtórzono wszystkie badania. Jak się okazało, u osób z chorobami dziąseł (zapalenie przyzębia) postęp demencji był sześciokrotnie szybszy. Tak duża różnica i szybki postęp choroby były dla badaczy zaskoczeniem.
 
Zdaniem specjalistów stan zapalny dziąseł może przyspieszać pogarszanie się sprawności mózgu. Wysoki poziom przeciwciał przeciwko bakteriom powodującym stany zapalne dziąseł ma związek z podniesionym poziomem cząsteczek związanych z zapaleniem, które mogą działać na mózg.
 
Jak skomentowało dla BBC brytyjskie Alzheimer's Society (brytyjskie stowarzyszenie, które zajmuje się opieką nad osobami z demencją i chorobą Alzheimera oraz badaniami tych schorzeń - przyp. Onet.), jeśli wyniki badań się potwierdzą, właściwa higiena jamy ustnej mogłaby spowolnić postęp demencji (przy czym demencja przyczynia się z reguły do pogorszenia dbałości o jamę ustną).
 
Nieleczone choroby dziąseł wpływają nie tylko na pracę mózgu i są jedną z głównych przyczyn utraty zębów - dolegliwości te odbijają się na kondycji całego organizmu. Wiadomo, że bakterie, które wywołują choroby przyzębia mogą również przyczynić się do chorób serca, cukrzycy, reumatoidalnego zapalenia stawów, podnieść ryzyko obumarcia płodu czy choroby nowotworowej.
Przyczyną zapalenia dziąseł może być niewłaściwa higiena jamy ustnej lub jej brak (nieusunięte bakterie tworzą wówczas płytkę nazębną, a następnie kamień), zażywanie niektórych leków lub choroby np. cukrzyca
  Sen. 
 
Bezsenność to brak snu. A odwrotnie? Co w sytuacji, kiedy chce nam się spać niemal nieustannie, a czas naszej aktywności niebezpiecznie się skraca? Czy taka nadmierna senność to tylko przemęczenie czy jednak objaw choroby?
 
Mówi się, że sen jest dobry na wszystko. Uśmierza ból, odświeża umysł, wycisza emocje, regeneruje organizm. To prawda, ale w nadmiarze może szkodzić. W najlepszej sytuacji jesteśmy, gdy senność spowodowana jest zmęczeniem. Wtedy sprawa wydaje się prosta – musimy odespać. Aby zasnąć, trzeba położyć się do łóżka, przyłożyć głowę do poduszki, otulić kocem lub kołdrą, zamknąć oczy, przestać myśleć. Tak się zapada w zdrowy sen. Trochę inaczej reagujemy, gdy jesteśmy zestresowani – wzrasta wtedy poziom adrenaliny, a przepracowanie i natłok myśli utrudniają, wydłużają albo uniemożliwiają spokojne zaśnięcie. Ale kiedy do tego dojdzie wyczerpanie fizyczne, możemy zapaść w sen nagle – w autobusie, za kierownicą, w pracy, podczas rozmowy. Dodatkowo na długość i jakość snu wpływają choroby. Zatem już na pierwszy rzut oka widać, że z medycznego punktu widzenia sen to bardziej skomplikowane zjawisko, a senność dla każdego może oznaczać co innego.
Ile godzin powinien trwać zdrowy sen? Co jest normą, a co jej przekroczeniem? Niestety, od razu trzeba stwierdzić, że sen, choć jest jednym z głównych procesów zachodzących w organizmie, nie został jeszcze do końca poznany. Wiadomo jednak, że ma ogromne znaczenie dla prawidłowego funkcjonowania układu nerwowego. Podczas snu pobudzane są do aktywności te neurony (komórki nerwowe), które nie działały w stanie czuwania – dzięki czemu nie ulegają zaniknięciu. Sen to „chwila wytchnienia” dla całego organizmu, spada wtedy temperatura ciała, przez co oszczędzamy wewnętrzną energię, a nasze organy pracują wolniej i wydzielają mniej hormonów.
 
Warto też rozprawić się z mitami dotyczącymi prawidłowej długości snu. Dobowe zapotrzebowanie na sen to cecha indywidualna – zarówno u zwierząt, jak i u człowieka. Żyrafie wystarczą dwie godziny snu na dobę, a koty i nietoperze potrzebują ich nawet 20. Z kolei u pingwinów, fok i delfinów półkule mózgowe śpią na zmianę – kiedy lewa śpi, to prawa czuwa, i odwrotnie. Łatwo to zauważyć, bo śpiąca półkula zamyka wówczas oko leżące po swojej stronie. Ludzie – jak wykazały badania – śpią najczęściej 8–9 lub 7–8 godzin na dobę i wraz z wiekiem potrzebują coraz mniej snu. Najdłużej śpią noworodki i małe dzieci – ok. 18 godzin na dobę, ale ich sen podzielony jest na kilka części przerywanych karmieniem i przewijaniem. U dorosłych sen zwykle trwa nieprzerwanie między godziną 22–23 a 6–7 rano. Zatem w ciągu całego życia w sumie przesypiamy 20 lat.
 
U człowieka rytm zapadania w sen regulowany jest przez natężenie światła, bodźce społeczne, a także swego rodzaju naturalny „czasomierz” położony w mózgu, który „dyktuje” nam, kiedy mamy zasnąć, a kiedy się obudzić. Jego istnienia dowiodły testy naukowe przeprowadzone na grupie ludzi, których umieszczono na dłuższy czas w pokojach bez okien, zegarów, telewizji, radia, telefonów i pozwolono, by wybrali sobie porę snu i czuwania. Okazało się, że nasz mózg, nawet jeśli nie wie, czy jest noc, czy dzień, funkcjonuje w cyklach 24–25 godzinnych.
  Słodziki.
 
Ksylitol
 
Zwany też cukrem brzozowym, ma dwukrotnie mniej kalorii niż tradycyjny cukier i jest idealny dla cukrzyków.
Jakie ma zalety: Poprawia pracę układu odpornościowego, działa antygrzybiczo, wspomaga przyswajanie wapnia i magnezu (polepsza mineralizacje kości i zapobiega osteoporozie). Hamuje też apetyt na słodycze.
Warto wiedzieć! Kupując ksylitol, sprawdź, czy jest to oryginalny fiński produkt z kory brzozy, czy jego tańszy odpowiednik (produkowany w Chinach z kolb kukurydzy).
 
Erytrytol
 
Choć wygląda jak zwykły cukier, jest nieco mniej słodszy od niego i wywołuje... przyjemne uczucie chłodu w ustach.
Jakie ma zalety: Jego indeks glikemiczny wynosi zero, dzięki czemu jest bezpieczny dla cukrzyków. Ogranicza rozwój próchnicy zębów i chroni organizm przed działaniem wolnych rodników. Z uwagi na to, że praktycznie nie zawiera kalorii, wspomaga odchudzanie.
Warto wiedzieć! Ponieważ nie pozostawia nieprzyjemnego posmaku w ustach, często łączy się go z innymi niezbyt smacznymi słodzikami, np. niezdrowym aspartamem. Dlatego przed zakupem koniecznie przeczytaj etykietę i wybierz czysty (czyli 100-procentowy) erytrytol.
 
Stewia
 
Jest 300 razy słodsza od cukru i nie zawiera kalorii, dlatego uznaje się ją za najzdrowszy słodzik.
Jakie ma zalety: Hamuje łaknienie i apetyt na słodycze. Ma niemal zerowy indeks glikemiczny, więc nie wywołuje skoków cukru we krwi i napadów wilczego głodu. Nie powoduje też próchnicy.
Warto wiedzieć! Stewia dostępna jest w wielu postaciach, m.in. kryształkach, płynie, tabletkach. Najlepiej kupować czyste glikozydy stewiolowe, bez jakichkolwiek dodatków, bo mogą one znacząco podnosić kaloryczność słodzika.
 
Taumatyna
 
To białko pozyskiwane z afrykańskich owoców katemfe, które jest niemal 2500 razy słodsze od tradycyjnego cukru.
Jakie ma zalety: Jest całkowicie trawiona przez organizm i na całym świecie uznawana za absolutnie bezpieczną dla zdrowia. Potęguje niektóre smaki i aromaty, np. mięty, cynamonu czy imbiru, jednocześnie niwelując ich nieprzyjemny, piekący posmak.
Warto wiedzieć! Taumatyna widnieje na etykietach produktów pod symbolem E-957. Można kupić ją w postaci słodzika w płynie.
 
Sorbitol
 
Produkowany m.in. ze śliwek i jarzębiny, jest powszechnie stosowany w przemyśle spożywczym.
Jakie ma zalety: Jego spożycie nie wywołuje zwiększonego wydzielania insuliny, dlatego jest polecany osobom chorującym na cukrzycę. Często dodaje się go do żywności przeznaczonej dla diabetyków i produktów niskokalorycznych.
Warto wiedzieć! Nadmiar sorbitolu może powodować gazy, wzdęcia, a czasem skurcze jelit i biegunki. Dlatego nie powinny go stosować osoby z zespołem jelita drażliwego.
 
Naturalna słodycz w syropie.
 
Aby nadać potrawom i napojom słodki smak, zamiast cukru możemy też sięgnąć po: naturalny miód, syrop klonowy, syrop z agawy, syrop ryżowy, syrop jęczmienny, syrop daktylowy, syrop orkiszowy, melasę (syrop uzyskiwany przy produkcji cukru).
Warto jednak pamiętać, że tego rodzaju substancje słodzące mają wysoką kaloryczność (często zbliżoną do cukru!), dlatego najlepiej używać ich okazjonalnie.
   Prawda o statynach, co naprawdę niszczy nasze tętnice?
 
Słowo lekarza często traktuje się bardzo poważnie i trochę sceptycznie. Opinia jednego lub dwóch lekarzy, wygłoszona w gabinecie lub w szpitalu, może przekonać zmartwionego pacjenta do brania leków ze złożonymi skutkami ubocznymi, a nawet poddać się traumatycznym zabiegom, takim jak promieniowanie i chemioterapia. Ale gdy ci sami lekarze, z wieloletnim doświadczeniem i tysiącami zadowolonych pacjentów, wygłaszają opinię kwestionującą terapię ustanowioną przez medycynę głównego nurtu, masmedia nazywają ich nieodpowiedzialnymi lub szarlatanami, a nawet przestępcami.
Wielu lekarzy to bardzo godni podziwu ludzie, ale oni nadal są ludźmi. Wszyscy popełniają błędy, wszyscy się na nich uczą, ale naprawdę dobrzy są gotowi do nich się przyznać.
 
To sprowadza nas do dr Dwighta Lundella. Jest doświadczonym kardiochirurgiem i emerytowanym szefem chirurgii w Banner Heart Hospital w Mesa, Arizona. Nie tak dawno temu, dr Lundell wydał następujące oświadczenie:
„My lekarze, ze wszystkimi naszymi szkoleniami, wiedzą i władzą często nabywamy raczej duże ego, które sprawia, że trudno jest się przyznać, że nie mamy racji. Tak to jest. I sam przyznaję że nie mam racji. Jako kardiochirurg z 25-letnim doświadczeniem, po wykonaniu ponad 5.000 operacji na otwartym sercu, dzisiaj jest mój dzień by faktem medycznym i naukowym naprawić zło.
 
Przez wiele lat uczyłem się z innymi wybitnymi lekarzami nazywanymi „opiniotwórcami”. Bombardowani literaturą naukową, stale uczestnicząc w seminariach edukacyjnych, my opiniotwórcy nalegaliśmy, że choroby serca wynikają z prostego faktu podwyższonego poziomu cholesterolu we krwi. Jedyną akceptowaną terapią było przepisywanie leków obniżających stężenie cholesterolu, i zalecanie diety, która poważnie ograniczała spożycie tłuszczu. To ostatnie, oczywiście nalegaliśmy, obniży poziom cholesterolu i ryzyko choroby serca. Odstępstwa od tych zaleceń uważano za herezję i mogły, być może, prowadzić do nadużyć. To nie działa!
 
Tych zaleceń nie da się już obronić ani naukowo, ani moralnie”.
 
Nic dziwnego, oświadczenie Lundella odnoszące się do podejścia establiszmentu medycznego do leczenia chorób serca wywołało szum w branży medycznej. Zakwestionowało znaczenie statyn – powszechnie znanych jako leki obniżające cholesterol – jak Lipitor, Crestor, Zocor i inne.
 
Przyczyną wywołania przez oświadczenie Lundella takiego oburzenia jest to, że statyny to wielki biznes. Tylko w USA około 25% populacji bierze statyny. Kosztują od $53 do $500 miesięcznie. Lipitor Pfizera pojawił się na rynku w 1997 i jego roczna sprzedaż przekroczyła $125 mln. Crestor AstraZeneca był najlepiej sprzedającym się lekiem statynowym w 2013, sprzedaż w tym roku osiągnęła $5,2 mld. Przemysł statynowy szacuje się na około $30 mld rocznie. Niemniej jednak w Ameryce więcej rocznie umiera na choroby serca niż kiedykolwiek wcześniej.
 
Lundell powiedział dalej:
 
„Odkrycie sprzed kilku lat, że zapalenie ścianki tętnicy jest prawdziwą przyczyną chorób serca powoli prowadzi do zmiany paradygmatu w jaki sposób będą traktowane choroby serca i inne choroby przewlekłe. Ugruntowanezalecenia dietetyczne stworzyły epidemię otyłości i cukrzycy, której skutki pomniejszają historyczną plagę pod względem śmiertelności, ludzkiego cierpienia i poważnych konsekwencji ekonomicznych.
 
Zaglądałem do środka wielu tysięcy tętnic. Chora tętnica wygląda tak, jakby ktoś wziął szczotkę i wielokrotnie skrobał jej ściankę. Kilka razy dziennie, każdego dnia, żywność jaką jemy tworzy małe obrażenia zwiększające więcej obrażeń, co powoduje, że organizm w sposób ciągły i odpowiednio reaguje na zapalenie. Chociaż kusi nas smak słodkiej bułki, nasz organizm odpowiada niepokojąco jakby przybył obcy najeźdźca by wypowiedzieć wojnę. Produkty zawierające dużo cukrów i węglowodanów prostych, albo przetworzone z olejów omega-6 dla długiego okresu trwałości były podstawą amerykańskiej diety przez 60 lat. Te produkty powoli zatruwały wszystkich”.
 
Po prostu, to te produkty, które są pieczone lub nasiąknięte olejem sojowym, i te które są przetwarzane na długi okres trwałości, tworzą ekstremalną nierównowagę omega-6 i omega-3 tłuszczów w organizmach ludzi. Lundell szacuje stosunek nierównowagi, który „mieści się w zakresie od 15:1 do tak wysokiego jak 30:1 na korzyść omega-6”. Zdrowa proporcja jest bliżej 3:1.
 
Ale tym co sprawia kontrowersyjność wypowiedzi Lundella jest to, że cholesterol nie powoduje choroby serca… co sprawia, że statyny są zbędne. I proponuje leczenie choroby serca, które nie daje żadnych pieniędzy wielkiej farmie:
Mówiąc prosto, bez stanu zapalnego w organizmie nie ma żadnego sposobu na gromadzenie się cholesterolu w ściankach naczyń krwionośnych i wywołanie choroby serca i udarów. Bez stanu zapalnego cholesterol przepływałby swobodnie w organizmie jak zaplanowała natura. To zapalenie wywołuje zatrzymywanie cholesterolu.
 
Skoro teraz wiemy, że cholesterol nie jest powodem choroby serca, niepokój o tłuszcze nasycone jest dzisiaj jeszcze bardziej absurdalny. Teoria cholesterolowa doprowadziła do zaleceń żadnego tłuszczu, niskiego tłuszczu, co z kolei doprowadziło do tej żywności która teraz wywołuje epidemię stanów zapalnych. Medycyna głównego nurtu popełniła straszny błąd kiedy zaleciła ludziom unikanie tłuszczu nasyconego na rzecz produktów o wysokiej zawartości tłuszczów omega-6. Teraz mamy epidemię zapalenia tętniczego prowadzącego do ataków serca i innych milczących zabójców. Co możecie teraz zrobić to wybierać zdrową żywność jaką podawała wasza babcia, a nie tę którą wasza mama kupowała kiedy półki sklepu wypełnione były przetworzoną żywnością. Eliminując pokarmy zapalne i dodając istotne substancje odżywcze ze świeżej nieprzetwarzanej żywności, odwrócicie lata szkód wyrządzonych w waszych tętnicach i w całym organizmie z powodu stosowania typowej amerykańskiej diety”.
 
To chyba nie dziwi, że establishment medyczny przedstawia Lundella jako szarlatana. Głównym argumentem na poparcie jego „szarlatanerii” było to, że jego licencję medyczną unieważniono w 2008… choć ten człowiek był już na emeryturze i nie planuje wracać na salę operacyjną. Nie nazywano go szarlatanem kiedy operował, ale gdy wziął swoje 25 lat praktyki i dostrzegł to, co jego zdaniem jest przyczyną chorób serca, to wtedy zaatakowali go jego koledzy. Co sprowadza się do pytania, czy Lundell znalazł się na radarze amerykańskiego Stowarzyszenia Lekarzy kiedy pracował nad i promował swoją książkę, Lekarstwo na choroby serca [The Cure for Heart Disiease], którą wydał w 2007.
Milliony dolarów zarabia się na leczeniu chorób serca i na statynach. Ten ustanowiony przemysł nie chce by nikt ingerował. Lundell powiedział to sam: „Odstępstwa od tych zaleceń uważano za herezję i mogły, być może, prowadzić do nadużyć„. I na pewno łatwiej jest zdyskredytować emerytowanego kardiochirurga i szefa chirurgii mającego 25 lat doświadczenia kiedy unieważni się jego licencję.
  O piwie. 
 
 
 
Piwo ma większą zawartość białka i witaminy B niż wino. Chmiel, głównym składnik piwa jest bogatym źródłem flawonoidów, które są silnymi przeciwutleniaczami. Warto również wiedzieć, że piwo jest źródłem niektórych minerałów, które odgrywają istotną rolę w różnych procesach metabolicznych. Pite w umiarkowanych ilościach może zdecydowanie podnieść poziom zdrowia na wiele sposobów.
 
10 powodów dlaczego należy pić piwo:
 
 
 
Zdrowsze nerki! Niedawne badania odkryły, że piwo jest bardzo dobre dla nerek. W rzeczywistości każda butelka piwa zmniejsza ryzyko wystąpienia kamieni nerkowych o 40%.
Piwo może obniżyć zły cholesterol!
Piwo może również zwiększyć poziom witaminy B! Według ekspertów, napój ten zawiera wiele witamin z grupy B (B1, B2, B6 i B12).
Piwo dla silniejszych kości! Tak, badania wykazały, że podwyższony poziom krzemu w piwie może przyczynić się do zwiększenia gęstości kości.
Działa też świetnie jako lekarstwo na bezsenność! Lactoflavin i kwas nikotynowy, które są obecne w piwie pomagają zasnąć po ciężkim dniu!
Zmniejsza ryzyko zawału serca! Według ekspertów piwosze mają od 40 do 60 procent mniejsze ryzyko wystąpienia zawału serca w porównaniu z tymi co nie piją.
Zapobiega zakrzepom krwi!
 

Wzmacnia pamięć! Niedawne badania wykazały, że osoby pijące piwo są mniej narażone na chorobę Alzheimera i demencję.
Pomaga w walce ze stresem. Grupa ekspertów z Uniwersytetu w Montrealu odkryła, że dwie szklanki piwa dziennie mogą zmniejszyć stres związany z pracą lub lękami.
I wreszcie piwo sprawia, że skóra wygląda młodziej i pięknej! Eksperci twierdzą, że niektóre witaminy występujące w piwie mogą regenerować skórę i mają pozytywny wpływ na pigmentację, Twoja skóra stanie się gładsza i napięta.
 
 
 
  Paracetamol - wpływ na organizm i płód.
 
 
 
Najnowsze badania wykazały, że paracetamol, który jest szeroko stosowany w okresie ciąży, ma silny związek z objawami spektrum autyzmu, skupieniem uwagi oraz nadpobudliwością.
 
 
 
Wyniki badań opublikowane w "International Journal of Epidemiology" traktują o skutkach stosowaniu paracetamolu przez kobiety w ciąży. Wykazano, że spożywanie tego typu leków w czasie ciąży aż o 30 proc. może zwiększać szansę wystąpienia niektórych defektów uwagi i zaburzeń ze spektrum autyzmu.
 
 
 
Hiszpańscy naukowcy przebadali 2644 par matka-dziecko w celu oceny wpływu paracetamolu na kondycję dzieci. 88 proc. z nich przebadano w ciągu pierwszego roku życia, a 79,9 proc. na przestrzeni 5 lat. Wszystkie matki zapytano o to, jak wiele paracetamolu spożywały. Niestety, ustalenie dokładnych dawek było niemożliwe.
 
Okazało się, że 43 proc. rocznych dzieci i 41 proc. 5-letnich dzieci było pod wpływem paracetamolu w ciągu pierwszych 32 tygodni ciąży. Dzieci w wieku 5 lat były bardziej narażone na nadpobudliwość i impulsywność objawów. U chłopców, których matki spożywały paracetamol w czasie ciąży, wykazano więcej objawów ze spektrum autyzmu. Zespół naukowców pod kierownictwem Claudii Avelli-Garcii z CREAL wywnioskował, że "paracetamol może być szkodliwy dla rozwoju neurologicznego z kilku powodów. Przede wszystkim łagodzi ból poprzez oddziaływanie na receptory kannabinoidowe w mózgu utrudniając łączenie się ze sobą neuronów. Paracetamol może mieć także wpływ na rozwój układu odpornościowego lub być toksyczny dla niektórych płodów."
 
 
 
Naukowcom wciąż nie udało się wyjaśnić zaburzeń ze spektrum autyzmu u chłopców z nadmiernym spożyciem paracetamolu w trakcie ciąży przez matki. Związek taki niewątpliwie jednak występuje. Prawdopodobnie mają w tym udział zaburzenia endokrynologiczne androgenne, skutkujące tym, że na wczesnych etapach rozwoju to samce są bardziej narażeni na wszelkie zmiany.
 
 

   Sens życia.

 
 
Jak nadać życiu sens
Copyright ©2005-2018 Hyperreal.eu Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Ta strona może korzystać z Cookies.
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.

OK, rozumiem lub Więcej Informacji
Informacja o Cookies
Ta strona może wykorzystywać pliki Cookies, dzięki którym może działać lepiej. W każdej chwili możesz wyłączyć ten mechanizm w ustawieniach swojej przeglądarki. Korzystając z naszego serwisu, zgadzasz się na użycie plików Cookies.
OK, rozumiem